powrót

 

WYWIAD Edwarda HULEWICZA:

BOGDAN CHORĄŻUK

Notka wstępna:

Bogdan Chorążuk, Kwidzynianin. Artysta w pełnym tego słowa znaczeniu, jak niewielu innych, zasługujący na to miano. Artysta wszechstronny: poeta, malarz, filozof, autor tekstów piosenek, były: lekarz, aktor, dyrektor Estrady, właściciel fabryki wyrobów ceramicznych. Człowiek niebanalny i wyjątkowy, o niebywale bogatej przeszłości i takimż dorobku artystycznym w wielu dziedzinach sztuki. Magister filozofii, wydał osiem książek poetyckich, znaczące wystawy malarskie, wielkie hity w showbiznesie (m.in.„Zegarmistrz światła”, „Muminki”, „Kubuś Puchatek”, piosenka wiodąca w serialu „Plebania”).

      W maju 45-tego roku wywieziono nas i zostawiono na stacji w Prabutach. Tam z mamą osiedliśmy, a swoją edukację rozpocząłem w niedalekim właśnie Kwidzynie w Technikum Mechanizacji Rolnictwa. Do tej samej bodaj klasy, chodził ze mną niejaki Waldemar Baszanowski. Na szczęście po niecałym roku, z hukiem mnie wylano, bo jestem antytalentem mechanizacji, a szczególnie rolnictwa. Mieszkałem wtedy u jednej z moich licznych ciotek, jednej z sióstr ojca, którego Rosjanie przyskrzynili, (ależ nie Rosjanie, toż to Stalin – dodaje ironicznie) i nie puścili w ślad za nami, choć trzy razy uciekał przez granicę i trzy razy stawał pod ścianą do rozstrzelania. Posiedział sobie trochę, w końcu machnął ręką, ożenił się i mam w ten sposób siostrę przyrodnią. To był mój pierwszy pobyt w Kwidzynie.

      Wróciłem jak niepyszny i niedokształcony do Prabut, i to, co pamiętam, że pędziliśmy bimber i sprzedawaliśmy okolicznym sołdatom. Ten bimber kapał, ja go od czasu do czasu musiałem próbować, czy ma dostateczną moc i do dziś nie rozumiem, że ja nie zostałem alkoholikiem, jak większość moich przyjaciół alkoholików i nie zmarłem wkrótce, co byłoby rzeczą normalną.

      Pewnego dnia mama woła mnie i wręcza mi jakiś bilet kolejowy - w jedną stronę, bo na powrotny, z powodu potwornej biedy, nie stać jej było - mama była sama z trojgiem dzieci. Daje mi więc ten bilet do jakiejś miejscowości i powiada: Pojedziesz tam, zdasz egzamin, pewnie tam przyjmą cię do internatu. Pojechałem do Siemianowic Śląskich, gdzie ukończyłem Państwowe Liceum Felczerskie. Dostałem nakaz pracy do Gościcina pod Wejherowem do Fabryki Mebli, gdzie kazano mi ratować ludzi przerżniętych na pół i tego typu przypadki. Byłem medycznie absolutnie zielony, ale na szczęście była tam pracująca w tym zawodzie pielęgniarka i jakoś się tam uchowałem.

      Byłeś w tzw. wieku przedpoborowym. Jak poradziłeś sobie z tym problemem?

      Rzeczywiście, w tym mniej więcej czasie, dostałem wezwanie do wojska. Po moim liceum, miałem stopień chorążego ze specjalizacją: broń atomowa. Liceum Felczerskie tworzono w tym celu, żeby w razie wybuchu wojny atomowej - a wtedy wisiała ona na włosku, kiedy pół populacji zginie, w tym i lekarzy - im więcej się „naprodukuje” tego typu ludzi, tym większa ich część się uchowa. Kształcenie lekarza trwa zbyt długo i nie wiadomo czy do wybuchu wojny zdoła się „wyprodukować” odpowiednią ich ilość, więc wymyślono trzyletnie studia felczerskie. Możesz się śmiać, ale ja uzyskałem wtedy uprawnienia do leczenia i w ten sposób leczyłem, w kilka lat potem, w Ośrodku Zdrowia w Ryjewie koło Kwidzyna. Oprócz tego pracowałem w Stacji Sanitarnej w Kwidzynie, a felczer Pajewski – może go znasz - pracował na dole w pogotowiu.

      Wróćmy jednak do tamtego okresu. Jak wspomniałem, dostałem powołanie do wojska. Nie za bardzo miałem wtedy ochotę na wojsko. Postanowiłem się od tego wymigać. Wiem, brzydko, bardzo brzydko – ci młodzi, ach ci młodzi, a ja byłem wtedy bardzo młody. No summa-sumarum przez dwa lata niemal nie wysiadałem z pociągu. Jeździłem po kraju, gdzieś spałem po sadach, piwnicach, u poznanych jakichś ludzi, słowem nie kończyłem podróży. Nie znaczy to, że się ukrywałem, bo co jakiś czas zgłaszałem się, prosiłem, że jeszcze nie teraz, że się bardzo źle czuję - jak trzeba było, szedłem na jakiś czas do szpitala - byłem przecież medykiem. Oj, brzydko, brzydko – powiadam ci.

      Potem przyjęto mnie do pracy w Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej. Pracowałem jako inspektor szkolny. Jeździłem na kolonie, chodziłem do szkół, sprawdzać higienę. Jednocześnie w tymże Ryjewie, o którym wspomniałem po raz pierwszy skorzystałem ze swoich uprawnień do leczenia i przyjmowałem pacjentów, wolno mi było wypisywać recepty, choć nadal byłem zielony, ale już dużo mądrzejszy, bo parę lat praktyki swoje robi., no i w szpitalu już byłem na praktyce z własnym organizmem.

      I znów zdaje się zapragnąłeś odmiany. Tym razem postanowiłeś zostać kapitalistą.

      Właśnie. Z niejakim Gienkiem Majerowiczem - nie wykluczone, że był to jego pomysł, bo on był niewyczerpalny w tego rodzaju pomysłach, zmontowaliśmy fabryczkę ceramiczną z niczego, to znaczy, trochę za pożyczone pieniądze, trochę ze złomu, trochę wreszcie zaoszczędziłem handlując prototypami komputerów. Mieściła się ona w pewnej sali teatralnej na Ogrodowej. Trwało to z cztery, bodajże lata, a w apogeum działalności mieliśmy samochód ciężarowy, kilkunastu robotników, piec wielkości mojej kuchni, sprowadzaliśmy wagonami potrzebne do produkcji surowce - to była dość poważna skala. Początkowo produkowaliśmy ceramikę artystyczną, zabytkową, na przykład wiele kościołów jest krytych moją dachówką. Później robiliśmy cegłę szamotową i inne materiały ogniotrwałe, na które w Polsce było embargo, powszechnie ich brakowało, można je było dostać tylko na przydział, więc szły jak woda. Zacząłem być kimś, miałem walizki pieniędzy.

      Skończyło się to jednak tym, że zbankrutowaliśmy na skutek różnych zbiegów okoliczności. Trochę dusił nas urząd skarbowy, bardzo, ale to bardzo źle na nas patrzył komitet powiatowy partii - na moją kilka razy dziennie zmienianą koszulę, na mój demonstracyjny tryb życia, kawiarnie, dziewczyny itp. A dobiło nas to, że znieśli ograniczenia na sprowadzanie tych wyrobów i olbrzymie nasze zapasy stały się zbyt tanie, żeby pokryły nasze wydatki, w każdym razie zostaliśmy z dużymi długami i ja tak jak stałem, w jednym sweterku, z dokumentami i jedną książką, wyjechałem do Gdańska, rozdawszy robotnikom wszystkie garnitury, radia, meble w zamian za należne im apanaże.

      Był to chyba rok 62-gi. Wylądowałem w Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej na Wałowej w Gdańsku. Taka czterdziestoletnia pani dyrektor, zarumieniła się na mój widok i... przyjęła mnie do pracy. Sprawdzałem czystość plaż, ośrodków nadmorskich itd., a obok na ulicy Aksamitnej dostałem dodatkową pracę w przychodni, gdzie przyjmowałem pacjentów, ale to trwało dość krotko, bo pokłóciłem się z jakimś kierownikiem i zostałem stamtąd wyrzucony.

      Pomówmy trochę o sztuce. Gdzie i kiedy możemy umiejscowić początki Twojej twórczości?

      Jeszcze w Liceum felczerskim, pamiętam, ni z tego ni z owego – z głupia frant, zacząłem pisywać słowa do znanych piosenek:

                               „Felczer się felczera raz zapytał

                                Co to znaczy łączna tkanka zbita?..

Wspominam o tym nie tylko dlatego, żeby nawiązać do tematu pytania, ale, ale też i dlatego, że wraz z gromadą kolegów, których przywódcą był wspomniany Gienek Majerowicz, obecnie miejscowy kapitalista, na ławce, przed magistratem w Kwidzynie śpiewaliśmy nocami piosenki dla mieszkającej naprzeciwko znanej miejscowej piękności, obiektu naszych westchnień, no, ale nie tylko dla niej.

      W Gdańsku, w „Żaku”, a przede wszystkim w „Rudym Kocie” - przenosząc się znów do lat sześćdziesiątych, zetknąłem się na swoje nieszczęście najpierw ze środowiskiem literackim, poetyckim; Czychowski, Kotlica itd. itd. i zaraziłem się od nich czytaniem, a wkrótce i pisaniem. Pierwszy wiersz drukowany w Dzienniku Bałtyckim, potem w Tygodniku Morskim, potem w Radio. Doszło do tego, że wpadłem w jakiś amok. Pisałem na okrągło, rzuciłem pracę, właściwie podejmowałem ją dorywczo, na przykład w Izbie Wytrzeźwień, czy robiłem jakieś wykłady antyalkoholowe w Stoczni Gdańskiej, co wyglądało mniej więcej tak, że właziłem na kadłub jakiegoś statku i trułem cos robotnikom w czasie ich przerwy obiadowej. Skończyło się to tym, że po dwóch latach takiego amoku ważyłem około 30 kilogramów, słowem głód, nędza, ale za to pisałem przez 27 godzin na dobę. Pisałem zawsze, wszędzie i niezależnie od miejsca i okoliczności. Spałem wtedy u Czychowskiego na jakiejś rzuconej na podłogę burce, a korzystaliśmy z jego kilkuletniego śmietnika w kuchni, który był pełen bogactw w rodzaju skórek chleba, petów i tym podobnych artykułów pierwszej potrzeby. Był autentyczny głód.

      To obrazki jakby zaczerpnięte z klasyków rosyjskich. Zaczynam wątpić w Twój instynkt samozachowawczy.

      Spokojnie, skończyło się to tym, że kiedy dosłownie umierałem z głodu, to mój zaprzyjaźniony kolega, który pracował w Iławie, zaproponował mi załatwienie jakiegoś Ośrodka Zdrowia w Rudzienicach, dużej wsi gromadzkiej, między Iławą, a Ostródą. Pojechałem tam. Jezioro, las, niewyobrażalne dla mnie góry jedzenia, kiełbas, służbowy alkohol – ja nie piję, ale zaczęli do mnie zjeżdżać koledzy...Przez trzy i pół roku prowadziłem ten Ośrodek Zdrowia, przyjmowałem pacjentów z piętnastu okolicznych wiosek, a zdarzało się, że o drugiej, czy trzeciej w nocy, po pachy w śniegu jechać trzeba było kilkanaście kilometrów do jakiegoś przypadku – ktoś umierał, ktoś się rodził, kogoś maszyna przecięła, rwałem zęby, robiłem tam wszystko, byłem jedynym medykiem na okolicę. Mam tam całe, duże grono przyjaciół na cmentarzu.

       W tej dramatycznej historii, było czasami i zabawnie, bo pracując 24 godzin na dobę, po kilkugodzinnym przyjmowaniu pacjentów w Ośrodku, latem przenosiłem gabinet nad jezioro, gdzie można mnie było znaleźć w razie jakiejś potrzeby.

      Wróćmy do Twojej twórczości.

      W Rudzienicach napisałem pierwszą swoją debiutancką książkę pt. „Dwulwice”, a znajomi ludzie z Olsztyna mi ją wydali. Spotkała się ona z niezwykle zajadłą medialną napaścią. Wszystkie najważniejsze pisma przez dwa lata mnie atakowały: „Kultura”, „Współczesność” itd. itd. Książka była wydana w trzystu egzemplarzach na powielaczu. Z tego 150 sztuk, klub literacki ZMS od razu zniszczył, bo była to książka jak na tamte czasy bardzo obrazoburcza, formalnie absolutnie własna i skrajnie eksperymentatorska, bo ja nacisk zawsze kładę na stronę formalną.

      „Pojezierze” z rozpędu, zanim się zaczął ten skandal, wydało mi drugą książkę, ale już normalną, drukiem i jako ciekawostka – nazwisko na okładce napisali przez samo „H”. Po dwóch książkach - pomyślałem sobie - co ja tu dłużej będę siedział, odpocząłem, odpasłem się - ważyłem już ze sto dziesięć, czy sto dwadzieścia kilo, najwyższy więc czas, skończyć te planowane od dawna studia. Coraz bardziej interesuje mnie literatura, ale na filologię nie pójdę, bo zdawałem sobie z tego sprawę, że zostałbym neoklasykiem, czyli nikim. Trudno być poetą po filologii, poetą oryginalnym, własnym. Pisałbym cudze wiersze, bo tak by mnie tam zniekształciło, tak jak wszystkich innych zresztą. Na co więc pójść? Jakaś psychologia? Nie za bardzo mam na to ochotę. Socjologia? Oj nie, nie. No tak, filozofia! Filozofia!

      Podziękowałem więc za pracę, z dziewczyną z Iławy, która rzuciła posadę nauczycielki i refrenistki w miejscowej knajpie, wsiedliśmy do pociągu i wylądowaliśmy we Wrocławiu. Z trudem zdaliśmy egzaminy - bo było kilkunastu chętnych na jedno miejsce - na wydział filozofii. Mnie przyjęto, a ją z braku miejsc, nie. Umieściłem ją w jakiejś szkole pod Wrocławiem, sam chodziłem na zajęcia, a potem przekazywałem jej to wszystko w domu. Skończyło się to tak, że w końcu ją też, po pół roku  przyjęto. Nie wyszło mi to na dobre, ponieważ z jej powodu; była bardzo ładna – zadarłem z logikiem. Widocznie miał pretensje o to, że jest ona bardzo ładna i jest moja, a przy tym ja byłem kompletny matoł z logiki, bo mnie raczej inne rzeczy interesowały. Miałem trudności z zaliczeniem u niego, krótko mówiąc z hukiem wyrzucili mnie z tej uczelni.

      Biorę więc dziewczynę za rękę, z jedną, wspólną walizką, bez grosza, bez żadnych znajomości i kontaktów, jedziemy do Warszawy. Ciekawa sytuacja, na Uniwersytecie, gdzie zaszedłem, jakiś przeraźliwie chudy facet, w ubikacji odlewa się obok mnie, przy sąsiednim pisuarze. Wymieniliśmy uśmiechy, a kiedy poszedłem na pierwszy wykład, zobaczyłem tegoż faceta za katedrą, wykładającego filozofię. Spytałem sąsiada, kto to taki? A to profesor Leszek Kołakowski...

      Po wykładzie podszedłem do niego, opowiedziałem wszystko, że mnie wyrzucili, ja piszę książki, nie za bardzo tam ta logika, tu jest zupełnie inna filozofia. Dobrze – powiedział profesor, proszę zaliczyć pierwszy rok, co też i zrobiłem i może pan studiować. Studiowałem, skończyłem, obroniłem pracę, otrzymałem tytuł magistra filozofii. I mimo, ze wiele zrobiłem w innych dziedzinach, do dziś najbardziej jestem filozofem. Nie napisałem książki w tym zakresie, ale nie jest wykluczone, że ja ją całe życie piszę. Robiłem dyplom z ontologii, ale na bardzo specjalny temat związany z ontologią, mianowicie z futurologii. Czyli o zasadności istnienia w ogóle, o desygnacie pojęcia przyszłość. Desygnatem, jest słowo, które dany przedmiot opisuje. Desygnatem słowa „krzesło”, jest krzesło.

      Wróćmy jeszcze na moment do Kwidzyna. Czy uczestniczyłeś w życiu kulturalnym Kwidzyna, jak ono wyglądało tam wówczas?

      O tak, występowałem w teatrze, zresztą występowaliśmy tam razem z Tobą. W Kwidzynie istniał wówczas znany na terenie polski teatr amatorski, na wysokim poziomie. Wystawiał poważne pozycje dramatyczne. Grałem przeważnie główne role w tych sztukach. Pamiętam „Mazepę”, „Igraszki z diabłem”, gdzie grałem Sarkę-Farkę. To do dziś sobie chwalę, bo to jeden z dopływów mojej artystyczności. Ja później napisałem cały pawlacz sztuk teatralnych. Niektóre np.”Didaskalia”, były wystawiane, w teatrze Ateneum w Warszawie. Ja mam w pamięci te obrazy tamtych czasów kwidzyńskich i oddycham atmosferą Kwidzyna do dzisiaj.

      Jesteś poetą i literatem, między innymi autorem książek dla dzieci. Opowiedz coś na temat swojej twórczości poetyckiej i literackiej.

     Przede wszystkim sprostowanie: książek dla dzieci i równocześnie dla ich rodziców. To są książki pisane w taki sposób, żeby zainteresowały te dwie grupy. Ja napisałem serię takich książek, pod nazwą „Głowacze”, co wydano mi w gigantycznym nakładzie 120 tysięcy egzemplarzy. Ogólnie napisałem i wydałem osiem książek poetyckich: 
"Dwulwice" - Klub Literacki w Olsztynie 1965 
"Dziennik Inwigilacyjny" - Pojezierze 1965 
"Pamięć" - Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1966 
"Sprostacz naszym czasom" - Wydawnictwo Morskie 1967 
"Koncentracje" - Wydawnictwo Literackie 1968 
"Zegarmistrz światła" - Pojezierze 1973 
"Opowiadania" - Wydawnictwo Łódzkie 1988 oraz 
"Głowacze" - Alfa 1988 (opowieści dla dzieci
)

Jak już powiedziałem, debiutowałem w 1965 roku tomikiem wierszy napisanych rok wcześniej, podczas pobytu na wsi. Początkowo miałem ambicję tworzyć wyłącznie poezję poważną, patetyczną. Dopiero, gdy spotkałem zegarmistrza, który zainspirował mnie do napisania słów piosenki, a ta odniosła niesłychany sukces, postanowiłem eksperymentować również w lżejszych formach poezji. Jestem autorem licznych piosenek, ostatnio napisałem słowa piosenki do polskiego serialu,,Plebania”.

Jeśli chodzi o dzieci, moje piosenki znajdują się w musicalach od 25 lat obecnych w teatrach takich jak „Lato Muminków”- ·”kilkanaście piosenek, „Kubuś Puchatek”, też kilkanaście. Na płytach i kasetach zostało wydanych sto, może dwieście moich piosenek „dorosłych”, a więc trzy płyty Tadeusza Woźniak – 90% moich piosenek, kilkadziesiąt innych znanych wykonawców, itd., itd.

Ogólnie jestem nie tylko poetą, również malarzem, eseistą, myślicielem. Kim właściwie czuję się najbardziej? Patrz - www.chorazuk.republika.pl W tej chwili prawie nie piszę już wierszy. Od dwóch lat też nie maluję. Teraz - - powiedziałbym - filozofuję.    

      Jesteś artystą, można by rzec, wszechstronnym. Tworzysz również w dziedzinach malarstwa i grafiki. Przyznam, że na mnie Twoje pejzaże, które ja osobiście odebrałem jako obrazy fantastycznych, kosmicznych pejzaży, będących równocześnie nierealnymi, wzburzonymi morzami koloru, zrobiły na mnie wrażenie. Twój dorobek plastyczny, wystawy w kraju i za granicą.

      Malowanie jest swojego rodzaju medytacją. Poza tym uwielbiam ciapać się w farbie. Moje obrazy krążą po sieci, można je obejrzeć w wielu wirtualnych galeriach. Dlaczego namalowałem swoje obrazy? A kto miałby je namalować, jak nie ja?(Cytat z „Lapidariów”).

Przede wszystkim jestem w paru galeriach internetowych: www.artofice.com.pl , Galeria, która przede wszystkim wypożycza dzieła sztuki dla tych wszystkich firm, które się meblują i pracują w tych „najwyższych wieżowcach”. Galeria www.bordo.pl , gdzie mam z pięćdziesiąt obrazów. W tej chwili robię własną galerię, która będzie się nazywać www.chorazuk.com.pl 

       Jak to się zaczęło? Ja studiując filozofię, praktycznie studiowałem to, co ja chciałem, nikt z niczego tam mnie nie rozliczał, ja mogłem chodzić na te wykłady, na które ja chciałem, czytać to, co ja chciałem. Studiowałem więc dużo estetyki, historii sztuki, coraz częściej zacząłem chodzić na wystawy, coraz bardziej zacząłem kochać malarstwo. Wszystkie pieniądze, jakie miałem, wydawałem na albumy, plakaty – zebrałem kilkutysięczny zbiór najlepszych polskich plakatów od 47-mego do 69-tego roku. Już - przypomnijmy sobie, w Kwidzynie, w tej swojej fabryce, jeszcze całkiem nieświadomie, amatorsko i odruchowo, lepiłem jakieś figurki, aniołki, które teraz, do dziś stoją po różnych salonikach literackich.

      Choć robiłem to nieświadomie, jak powiadam, ale zawsze naznaczałem moją indywidualnością, bo tylko w ten sposób można być odróżnialnym, uznając, że to jest normą, do której inni mają się odnieść i to jest jedyna wartość, godna oferowania ludziom. Nie ma bowiem sensu pisać cudzych wierszy, malować cudzych obrazów, słowem powtarzać to, co już ktoś inny wynalazł, jakąś formę, jakiś zestaw kolorów, jakiś pomysł na wiersz, jakąś filozofię, którą już Platon dwa tysiące lat temu wynalazł.

      Sztuka jest jedna, tylko realizowana za pomocą innych środków formalnych: słowem, kolorem dźwiękiem, itd. Tyle tylko, że moja podświadomość coraz bardziej zbliżała się do świadomego zrozumienia, że ja kocham sztukę, że to jest coś największego, z czym ja chcę współżyć w pełnej skali. Odbyło się to podobnie jak z moimi początkami pisania, wtedy, kiedy to w malignie, latami, nic innego nie dostrzegając, pisałem, pisałem, pisałem. Tak samo, któregoś razu, bodajże w 84-tym roku, na przykład, wszedłem do pracowni i wyszedłem gdzieś w 91-szym. Prawie nigdzie nie chodząc, nie bywając, nie przyjmując nikogo. Namalowałem gigantyczną serię akwarel, monotypii, z czego korzystam do dziś, w bardzo różny sposób. Pozornie przestałem malować, ale tamten materiał na różne sposoby mogę wykorzystywać. Chlapanie w farbie, jak wiesz, bo sam malujesz, to zajęcie, od którego nie można się oderwać. Ja przeszedłem od pędzelka, przez pastele, portret, portret fantastyczny z galaktykami odbijającymi się w oczach kobiety, wielometrowe pejzaże fantastyczne itd., aż do tego, że wszystko to, od początku, od pierwszej myśli, do ostatniej, jest wykonane w sposób mój i tylko mój własny. Maluję na materiale przez siebie wynalezionym: na uszlachetnionym, spreparowanym specjalnie skaju. Nikomu się dotąd to nie udało, bo skaj nie przyjmuje żadnej farby. Ja go do tego zmusiłem. Biorę ten skaj bezpośrednio z fabryki, gdzie według mojej recepty go preparują. Musiałem oczywiście wynaleźć własne środki klejące - nie maluję farbami, a pigmentami, oraz żywicami poliakrylowymi, najchętniej trzema: magenta, żółć cyklinowa i cyjan ftalowy, czyli podstawowy błękit. Nie używam na podkład bieli cynkowej, tylko supertrwałej, superbiałej bieli tytanowej. Używam własnych, wynalezionych przez siebie, narzędzi do przenoszenia farby z tuby na obraz. Nie mam własnej pracowni, maluję tutaj w domu, dlatego mogę sobie pozwolić tylko na obraz do trzech metrów. Oczywiście, po każdej takiej sesji konieczny jest remont mieszkania.

      Jeśli chodzi o wystawiennictwo, to w sumie nie ma to sensu, bo nic z tego nie wynika, najwyżej ktoś kupi obraz. Największą wystawą jest teraz internet i w tym kierunku ja podążam, bo tam mam widownię światową.

      Nie mam nic do ukrycia, wszyscy mamy jednakowe przygody, tylko każdy z nas się różni psychicznie, a niektórzy, tak jak ja, potrafią to eksterioryzować, uzewnętrzniać w różny sposób w postaci malarstwa, pisarstwa, czyli w swego rodzaju wydzieliny prywatne. Kobiety? Miłość? No tak, bywało bardzo różnie. Nigdy nie byłem żonaty, choć miałem parę żon. Paradoks? Pozorny, bo one po prostu były żonami kogoś innego. Przeszedłem suchą nogą przez życie, bo ożeniłem się ze sztuką. W sztuce, albo daje się wszystko, albo nic. Wtedy być może coś osiągniesz. Co nie znaczy, że ja rezygnowałem z życia. Miałem wyjątkowo bujne życie.

      Dzieci? Mam kilkunastoletnią dziewuszkę z jedną panią, a nie jest to jedyna moja zdobycz na tym polu. Jeszcze w czasach kwidzyńskich zgłaszała się do mnie jakaś panienka z wiadomością, że jestem ojcem, ale w związku z tym musiała wyjść za mąż w trybie przyśpieszonym. Byłem wtedy, pod tym względem skandalicznie niedojrzałym człowiekiem.

      Tak, byłem przez parę lat dyrektorem Estrady Rzeszowskiej. Po dyrektorze Ciastoniu, nie chciano zatrudniać na tym stanowisku nikogo miejscowego, ja jednak jego zatrzymałem w przedsiębiorstwie, powierzając mu działkę, której serdecznie nie znosiłem, mianowicie gastronomię; nocne lokale, striptizy i tego typu rzeczy. Jestem literatem, członkiem Związku Literatów, Filozofów itd., Na tamtym terenie, wprawdzie skromne, ale było środowisko literackie, które zastanawiało się, kogo by tu na to stanowisko powołać, koniecznie nie miejscowego - jak już powiedziałem, bo jakieś tam skandale, powiązania itd. Tamtejsi literaci zaproponowali, ze jest pewien twórca, bliski estradzie, bo też pisze piosenki, jest dyrektorem Mazowieckiego Towarzystwa Kultury w Warszawie, ma jakieś doświadczenia dyrektorskie. Nacisnęli ministerstwo, a ministerstwo mnie to zaproponowało:

       Rzuciłem wszystko, tym bardziej, że nie miałem specjalnie czego rzucać, wsiadłem w malucha i po jedenastu godzinach jazdy w potwornej mgle, byłem w Rzeszowie. Wszystko to skończyło się kolejną aferą - ja odnoszę wrażenie, że ja swoje nazwisko zrobiłem dzięki aferom. Owóż, po przyjeździe okazało się, że nie ma żadnej obiecanej willi, mało tego, nie ma żadnych mieszkań. Posłano mnie do pobliskiego Łańcuta: tam dadzą panu w zamku jakiś apartament. Świetnie – myślę sobie. Umieszczono mnie w powozowni. Przydział na samochód – po długich naciskach, rzeczywiście, dostałem przydział... na malucha. W końcu wkurzyłem się z tym mieszkaniem w powozowni i któregoś razu postanowiłem przenieść się do hotelu. Wynająłem sobie mimo protestów księgowego, apartament, najlepszy, jaki był w hotelu. Było wiele hałasu i w końcu dano mi przydział na niewielkie, czterdziestometrowe mieszkanie. Kazałem tam wstawić meble, dywany, telewizor. Wtedy jeszcze oglądałem telewizję, jak widzisz teraz nie mam telewizora, bo od telewizji się głupieje. Ja nie mam na to czasu, brak mi go na pisanie, na malowanie, myślenie, na życie. Po co mi to sztuczne życie? Wprawdzie nadrabiam to, kiedy wyjadę do Sopotu do Domu Środowisk Twórczych, żeby zobaczyć, czym się tak lud cieszy.

      A jak się to skończyło? Kolejnym skandalem. Kiedy nie spełnili mi żadnych z obiecanych warunków, ja niemal od początku chciałem stamtąd odejść. Oni mnie jednak nie puszczali. Znalazłem wyjście. Zawsze mnie prosili, żebym sprzedawał im swoje teksty. Poszedłem więc do dyrektora Wydziału Kultury i sprzedałem mu tych tekstów, na mniej więcej dziewięć maluchów. Zrobił się straszny skandal, że niby to ja podpisałem sam z sobą umowę. Zajęła się tym nawet prokuratura, zrobił się potworny huk w mieście. Oczywiście nie byli w stanie nic mi zrobić, bo formalnie wszystko było w porządku, no więc napuszczono na mnie prasę. Opisała to „Polityka”, wtrącił się również Urban, inni ludzie w różnych „Sztandarach” mnie bronili, słowem kolejna, medialna, głośna sprawa. Skończyło się to niczym, po prostu uśmiechnąłem się i z tymi pieniędzmi wróciłem do Warszawy. Muszę przy tym tutaj dodać, że to były uczciwie zarobione pieniądze, bo harowałem ciężko. Estrada eksploatując w tym czasie kilkanaście programów dziennie, zarabiała ciężki szmal. Błagano mnie nawet, żebym nie rozbudowywał tej działalności, ale ja nie widziałem powodu, żeby nie dać z siebie wszystkiego, co też robiłem.

      Nie ma przeciętnego odbiorcy sztuki, bo albo ktoś ma wysmakowany gust, ktoś względnie wyrafinowany, albo nie jest. Sztuka jest wysoce specjalistyczną i skomplikowaną dziedziną działalności człowieka. Dzieła powstają podczas niebywałej koncentracji. Twórca zamieszcza w nim samego siebie i jeżeli ktoś nie jest predysponowany do tego, żeby taki stopień komplikacji móc odebrać, wówczas nie tylko jej nie odbierze, ale ją odtrąci. Uzna to za bełkot, powie: o co chodzi? Co oni tam w tej Warszawskiej Jesieni puszczają? Przecież tego nie można słuchać. Albo, co oni tam malują? Przecież to nie jest sztuka, ta wykrzywiona gęba u Picassa, te brudne kolory u Gauguina, czy szaleństwo van Gogha, czy nadrealiści, o abstrakcji już nie mówiąc. Podobnie jak nie jest rzeczą prostą zrozumieć innych wzlotów pomysłowości ludzkiej, jak matematyki, pewnych koncepcji filozoficznych. Ja na filozofię poszedłem między innymi, dlatego, że czytałem dziesięć razy pewien tekst, bodajże Ajdukiewicza i mimo, że był napisany po polsku, ja go nie rozumiałem. Czułem, że tam jest coś ważnego, ale że to mi umyka, ja nie mogę tego dotknąć młodym, biednym umysłem.

     „Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami” – powiedziałbym do tych - posługując się tu Słowackim, do których przyszło mi mówić. Byłem takim jak większość, ale poszczęściło mi się i zacząłem słuchać, obok Chopina, Szymanowskiego, który jest jak wiadomo bardziej wyrafinowany i z dużo późniejszej epoki. Tym łatwiej mi było przejść później do dodekafonii, aleatoryki i tym podobnych wynalazków.

      Mnie od początku ciągnęło do malarstwa, choć we wczesnej młodości, na poziomie szkoły podstawowej, niewiele wiedziałem. Uczono nas ledwie na mniej niż podstawowym poziomie.

      Co mógłbym poradzić tym, którzy chcieliby pojąc, na czym polega wspaniałość wyższej matematyki - bo to wszystko jedno, czy będę mówił o sztuce czy o matematyce? Trzeba po prostu próbować, krok po kroku, trzeba chcieć, mieć wolę. W wypadku sztuki malarskiej trzeba chodzić na wystawy, nawet, jeśli nie rozumie się tego malarstwa, nawet, jeśli to odrzuca. To samo ma się z poezją. Czytać, czytać i jeszcze raz czytać, jednego, drugiego poetę. Czasami bywa, że są to takie kondensaty, że często człowiek męczy się już po jednym wierszu, więc należy ograniczyć się do dwóch linijek tygodniowo, miesięcznie, rocznie, ale wracać do sztuki. Trzeba chodzić na wystawy, trzeba próbować czytać, oglądać, słuchać, próbować, próbować, próbować. W matematyce też krok, po kroku wgryzamy się w jej złożoności i poszerzając swoją wiedzę pojmujemy jej coraz większy obszar. Trzeba chcieć.

       To jest jedna część zagadnienia. Drugą jest to, że sztuka, a więc malarstwo i muzyka, w zasadzie się skończyła pięćdziesiąt lat temu, prócz poezji, – ale na temat poezji, to już jest mój prywatny pogląd. A więc z trzech podstawowych dziedzin sztuki, tylko poezja pozostała. Świat dźwięków, ich kombinacje wyczerpały się. Podobnie z tonacjami kolorystycznymi. Tu są trzy podstawowe barwy i nie można w nieskończoność operować w ich zestawieniami. Oczywiście nadal malarze malują i usiłują poszukiwać różnych form rozwoju plastyki. Mało artystów natomiast maluje obrazy, z tej prostej przyczyny, że w zasadzie wszystkie obrazy zostały namalowane. Jeśli się jednak ktoś o taką rzecz pokusi, musi mieć na uwadze podstawowe prawo: obraz musi zawierać bardzo wyraźne piętno osobowości malującego artysty, winien być odróżnialny na pierwszy rzut oka, z nikim nie dający się pomylić i dzięki temu poruszający emocjonalnie, powodujący rezonans intelektualny, a więc zaciekawiający, wzburzający, przyciągający, zachwycający. To jest jedyne usprawiedliwienie malowania. W przypadku Picassa, on użył pierwszy tego rodzaju środków formalnych, tego rodzaju deformacji i jest to pewna wartość. W latach pięćdziesiątych pierwszy Jackson Pollock odkrył nowy kierunek w malarstwie, zwany taszyzmem, a praktycznie polegało to na malowaniu obrazów laniem farby na płótno, bezpośrednio z puszki. To był właśnie koniec malarstwa, chociaż trzeba tu było pewnego rodzaju odwagi zaproponować to, jako dzieło sztuki, jako przedmiot samo tłumaczący się w ramach historii sztuki; pojęć piękna, aksjologii, tradycyjnych teorii wartości itd.

       Trzeba jeszcze tutaj zauważyć oddzielny problem. Często, bardzo często zdarza się hucpa. Niektórzy na siłę wystawiają, to, co mają, bo mają jakieś wejścia, mają układy. Wystawiają rzeczy niedobre, rzeczy złe, przedmioty udające sztukę. Sztuka jest rzeczą rzadką, a żeby wiedzieć, co jest sztuką, a co nią nie jest, trzeba dużo umieć, dużo wiedzieć, dużo czuć, a więc poszerzać swoją wiedzę.

       Co do muzyki, nadal jej słucham, mimo że tej najnowszej, najwspółcześniejszej nie ma. Wielu kompozytorów muzyki współczesnej znam osobiście. Na przykład Penderecki nie kryje się z tym, że zdradził awangardę, porzucił ten wspaniały nurt, w jakim stworzył chociażby „Ofiarom Hiroszimy tren”, „De natura sonoris” i szereg tego typu utworów. W latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych istniała wspaniała szkoła tej muzyki, której przedstawicielem jest choćby Wojciech Kilar. W komponowaniu utworów najbardziej w tej chwili wyrafinowanej muzyki poważnej - nazywam ją artystyczną, używa się czasami archaicznych, średniowiecznych instrumentów, podkłada się pod struny, czy młoteczki gwoździe, po to, żeby uzyskać jakość dźwiękową, jaką jeszcze dotychczas nie użyto, jaką po raz pierwszy, dzięki różnym zabiegom, poza instrumentalnym, osiągnąć. W związku z tym pewien amerykański kompozytor użył po raz pierwszy jako instrumentu syreny strażackiej. Zabrzmiało to pięknie. Dlaczego syrena gorsza ma być od siedemnastowiecznego rogu myśliwskiego? Powstała swoista jakość dźwięku, która bardzo pięknie zcałościowała się z utworem, dodała się pozytywnie do utworu. A stało się to ponad pięćdziesiąt lat temu, więc wyobrazić sobie należy, jak muszą się biedzić współcześni kompozytorzy, żeby jeszcze coś od siebie dodać, a przynajmniej być odróżnieni od tła środowiskowego, od innych muzyków.

       Inną, jakże bogatą nową dziedziną jest obszar muzyki elektronicznej. I jeżeli o tym mówimy, to szykuje się pewna rewolucja, mianowicie bezpośredniego nadawania i odbioru, niemal poza dźwiękiem, emocji muzycznych, bodźców zsynchronizowanych z falami, jakie przebiegają w mózgu. Na początek będzie się to odbywało za pomocą chemii.

      Ja swego czasu robiłem ze swoim organizmem pewne eksperymenty oczyszczające za pomocą kilkutygodniowych głodówek. To niesamowite doznania. W człowieku jest pewna tęsknota do ekstremalności, do poznania siebie, własnych możliwości. Miałem też w swoim życiu półroczny eksperyment z zachowaniem ascezy. Po takim doświadczeniu, gdzie w ciągu czterech tygodni straciłem 23 kilogramy, zrozumiałem, że nie ma takich rzeczy, których nie podjąłbym się, że stać mnie na podejmowanie poważnych zadań i realizować je z powodzeniem. W tej chwili, właściwie całe moje życie - to, co robię od długiego czasu  , jest przygotowaniem pewnej niezwykłej historii. Tak niezwykłej, że nie mogę o tym nikomu powiedzieć. Jeżeli oczywiście nie padnę po drodze, co w moim wieku może się zdarzyć, a z czego zegarmistrze światła szczególnie sobie zdają sprawę..

     Reasumując: sztuka jest pojęciem o wiele szerszym, większym, pełniejszym, bardziej rozległym, niż to, co egzystuje w świadomości przeciętnego człowieka. Trochę pokory na litość boską, a przynajmniej rozumu, żeby sobie zdać sprawę, że ja jeden, biedny, nie jestem w stanie odebrać tego wszystkiego najpiękniejszego, największego, najtrudniejszego, co wytworzyła cywilizacja.

      Coś niecoś pisuję, chociaż mało, jeżeli maluję, to jako pędzla używam komputera, programów graficznych. Ulepszam, pogarszam swoje rzeczy, przykrawam, kadruję, dodaję, lub ujmuję koloru, słowem pracuję przeważnie z Photoshopem.

      Piosenek piszę bardzo mało, ale jak napiszę, to idzie to 12 razy w tygodniu (serial„Plebania”). Za teatrem specjalnie nie przepadam, bo rozminęły się nasze koncepcje. Ja zazwyczaj piszę zupełnie, co innego, co grywa teatr. Mam szanse jeszcze wygrać z tą dramaturgią, bowiem to mi uświadamia, że być może puszczę tego rodzaju swoją twórczość do Internetu. Tworzę jakby nowy kierunek.

     Jestem trochę ezoterykiem, ukończyłem pewnego typu szkolenie w tym kierunku, chciałem się zorientować, o co chodzi z tzw. aurą, bioenergią, co przecież mamy nawet w porzekadłach ludowych typu: „jak ręką odjął”. Od lat zastanawiałem się, co Jung kiedyś mówił o prawu serii, o prawu synchroniczności zjawisk - rzecz pomiędzy filozofią, a ezoteryką. Istnieje coś, co nazywamy lewitacją, na co jest tysiące świadków. Niektórzy święci, są na przykład, dlatego świętymi, że umieli lewitować. Świat jest o wiele szerszy, głębszy, jest inny, niż nam się wydaje, a ja żyję na tym świecie pełną parą, bo w końcu ten świat z jakiegoś powodu został mną zasiedlony.