| |
powrót
Stanisław Stanik, "Nowa Myśl Polska" z 1 grudnia 2002 r.
Rozmowa z Bogdanem Chorążukiem, poetą i malarzem
Słowianofil na wietrze zachodnim
Urodziłeś się w Kostopolu na Wołyniu (1934). Jaki wpływ na twoje losy wywarło miejsce urodzenia, zwłaszcza na wybór przez ciebie drogi pisarskiej?
- Uważam to, że się urodziłem, za jeden z najważniejszych faktów w moim życiu. Ale mówiąc serio, w Kostopolu przyszła na świat cała moja bliska rodzina; była to przecież wtedy Polska. Moja matka, Rozalia z Lewandowskich, pokochała mieszańca polsko-ukraińskiego, który nazywał się Włodzimierz Chorążuk. W rezultacie płynie we mnie jedna czwarta krwi ukraińskiej, a trzy czwarte polskiej. Mam więc pochodzenie słowiańskie, czego specjalnie nie podkreślam, acz i nie ukrywam. Wołyń jest to prześliczna kraina wielkich poetów, malarzy, aktorów, w ogóle artystów, nawet polityków; wywodzili się stąd najwięksi magnaci. Kostopol za czasów mojego dzieciństwa był powiatowym miasteczkiem niedaleko Równego i Łucka. Stąd musieliśmy jako rodzina uciekać w okolice Berezna (17 km od dawnej granicy rosyjskiej) w obawie przed wyrżnięciem ze strony Ukraińców (było to w czasie II wojny światowej, a Ukraińcy szczególnie nie lubili mieszańców). Potem mieszkaliśmy długo w Ludwipolu, gdzie mama prowadziła sklepik. Gdy po Niemcach mieli wkraczać Rosjanie, Ukraińcy ostrzegli nas i wróciliśmy z powrotem do Kostopola. Tu żyło wielu Polaków, poza tym druga według liczebności nacja Żydów, potem Niemcy, Czesi, najmniej było Ukraińców. W 1945 roku, gdy ojciec już od dwóch lat nie wracał z frontu norweskiego pod biegunem (walcząc z Niemcami), a do Polski po zmianie jej granic szły ostatnie pociągi repatriacyjne (choć ja i mama zachorowaliśmy na tyfus), rodzina wsadziła nas na wóz, potem wpakowano nas do wagonu bydlęcego, przyjechaliśmy do Prabut w Prusach Wschodnich (między Malborkiem, Iławą a Kwidzynem). Co do tworzenia, w tym czasie nie narodził się jeszcze artysta Chorążuk.
Nie wiem, co u ciebie było pierwsze: pisanie wierszy do tomików czy pisanie tekstów do śpiewania. Przypuszczam, że wiersze były na początku. Skąd wypłynął dla nich impuls?
- Rzeczywiście, wiersze były pierwsze. Otóż przez przypadek, będąc w liceum felczerskim, napisałem hymn do znanej melodii, który zaczynał się tak: Felczer się felczera raz zapytał / co to znaczy tkanka łączna zbita. Napisałem i zapomniałem o tym. Dwadzieścia lat później, gdy wyjechałem na wieś, a to w celu podjęcia pracy, kupiłem przez przypadek kilka tomików takich autorów, jak Bryll, Drozdowski, Iredyński i chyba Śliwonik (był to początek lat sześćdziesiątych). Czytam sobie te wiersze, czytam, bardzo mi się to podoba, ale czuję, że ja bym nie napisał gorzej. Zaczynam pisać po swojemu, piszę i piszę, i uświadamiam sobie, że to już. Chorążuk.
Piotr Kuncewicz w "Poezji polskiej od 1956 roku" sformułował taką syntezę twojej osobowości: "Z wykształcenia felczer i filozof, przedmiot wielorakich kontrowersji i polemik, poeta, po trosze dramaturg, autor książek dla dzieci, bardzo licznych piosenek, a jak się w końcu okazało - malarz". Uchwycił tu krytyk wielość twoich profesji, ale gdybyś zastanowił się nad ich uporządkowaniem, co byś postawił na początku i dlaczego?
- Miałem z kolegą w najgorszych PRL-owskich latach fabryczkę; gdy zbankrutowaliśmy, przyjechałem do Gdańska, gdzie podjąłem pracę w Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej jako inspektor plaż. I tam "wdepnąłem" w środowisko poetyckie. Wielki wpływ na mnie wywarł Mieczysław Czychowski, który malował i pisał wiersze. Obracałem się w kręgu "Żaka", w którym wówczas brylowali tacy artyści, jak Afanasjew, Cybulski czy Niemen. Choć byłem przy narodzinach rocka, nie myślałem jeszcze o pisaniu piosenek. Zadebiutowałem wierszem w radiu gdańskim, zaraz potem wydrukowałem też wiersz w "Tygodniku Morskim". Zacząłem więcej pisać, lecz zysk z tego był mały: gdy umierałem już z głodu, szkolny kolega - kapitan milicji "załatwił" mi pracę w ośrodku zdrowia w Rudzienicach. Miałem na koncie wydane tomiki, lecz w tych Rudzienicach Suskich koło Ostródy robiłem wszystko, co wiąże się z ratowaniem życia: jeśli kogoś przecięło, zszywałem go, jeśli kobieta rodziła dziecko, odbierałem je.
Dorabiano ci gębę do twojej profesyjności, do wyborów tematu i idei twojej twórczości. Piotr Kuncewicz we wspomnianej wcześniej książce określił twoją osobowość twórczą tak: "Mamy tu dość wyraźną inspirację nadrealistyczną, przy czym zdaje się i bez specjalnej inspiracji wyobraźnia Chorążuka szybowała w dość zawrotne rejony. [...] Język Chorążuka zaskakuje czytelnika swoimi asocjacjami, homonimami, neologizmami". Czy faktycznie drążysz swój świat w języku czy w idei, w poglądach, które chcesz innym przekazać?
- Pojęcia nie mam, jak to jest, bo moja wizja świata realizuje się za pomocą wierszy, a nie moich słów o nich. Mam pewien światopogląd, wydaje mi się on spójny. Lecz nie dbam o czytelność mojego ideału, który chciałbym wyrazić; używam takiego szyku słów, który daje mi autonomiczność. Wspomniany Kuncewicz wyraził się jednak, że cierpię na obsesję śmierci. Tak, to motyw wyrazisty u mnie, mogę nawet powiedzieć, że przez całe życie odruchowo zajmowałem się tematem śmierci (na przykład ostatnio napisałem w wierszu, że "pomiędzy mną a śmiercią stoi jeszcze matka"). To rzeczywiście kategoria najważniejsza w moich przemyśleniach. Wynika to z tego, że oprócz życia nie ma nic bardziej istotnego niż śmierć, a życie to też umieranie. Odpowiem tak: przede wszystkim czuję się filozofem, nie poetą, nie malarzem, więc czymś dla mnie najważniejszym jest właśnie myślenie, także o życiu. Zajmują mnie bardzo nowe możliwości istnienia i jego kresu. Np. może wkrótce stać się możliwe "umieranie do komputera". Ale kiedy człowiek połączy się z komputerem, nastąpi kres człowieka. Alternatywą będzie "zarażenie" naszą inteligencją aparatury elektronicznej. Może będzie możliwe odszyfrowanie (indywidualnej) świadomości. Tu tylko wskazuję problemy, które interesują filozofów i mnie z nimi. Uważam, że futurologia taka ma swoje uzasadnienie wobec rewolucji w genetyce i technologii informacyjnej.
Czy jako pisarz zależysz od polityki i czy jako twórca pragniesz uprawiać także politykę? A jeśli tak, to jaką?
- W tej chwili nareszcie bezpośrednio nie zależę od polityki. Jako twórca też nie chcę narzucać nikomu swojej ideologii (od 20 lat przecież nie wydałem żadnego tomiku wierszy, choć wiersze piszę i mam ich pełną teczkę). Tworzę dla siebie, a to duża frajda. Ludzie nawet nie wiedzą, że piszę. Nie wydaję, bo środowisko literackie jest pokrętne, nie chcę wdeptywać w to, jakie jest (nie mam na myśli wszystkich literatów). Zrezygnowałem z najciekawszego kontaktu z moimi odbiorcami, za pomocą wierszy, choć ciągle "chodzą" w środkach przekazu moje piosenki ("Zegarmistrz światła" w wykonaniu Tadeusza Woźniaka można usłyszeć kilka razy dziennie w różnych stacjach radiowych).
Temat piosenki chciałbym podjąć za chwilę. Najpierw proszę o kilka słów o dramaturgii, którą oprócz poezji czy malarstwa też uprawiasz. Co nowego, innego niż w wierszach, chcesz w niej przekazać?
- Z dramaturgią było tak: przyszedł do mnie trzydzieści parę lat temu młody reżyser, Andrzej Marczewski, i powiedział: "Zdobył pan za tekst piosenki Grand Prix w Opolu, czy nie interesuje pana teatr? Nie mógłby pan napisać dla mnie dramatu?" Napisałem tak zwany dramat otwarty, bez początku i końca, dramat pod tytułem "Didaskalia" (w formie samych przypisów, bez tekstu głównego). A potem stworzyłem jeszcze 5 innych utworów tego typu, nie wystawianych (nigdy nie zabiegałem o ich wystawienie). Może okażą się godne upublicznienia po mojej śmierci? Napisałem jednak jakieś musicale, spektakle dziecięce ("Lato Muminków" było grane przez 25 lat, zostało nagrane na płyty). Napisałem także kilkanaście piosenek do "Kubusia Puchatka" (granego w "Syrenie" i innych teatrach).
A czy twoja twórczość dla dzieci to wyraz naturalnej miłości tego, co małe, bezradne, czy przeciwnie - objaw instynktu kierowania, nakazywania słabym, surowego wychowywania ich?
- Częściowo na to pytanie odpowiedziałem, mówiąc o przesłaniu mojej twórczości w ogóle. A stworzyłem serię książek (6-7) dla dzieci, która nazywa się "Głowacze" (może ona właśnie ocali mnie właśnie dla potomnych?). Jest to próba nawiązywania do najlepszych wzorów książek: "Alicja w krainie czarów", "Kubuś Puchatek" itd. Napisałem to na swoim najwyższym poziomie, z całą powagą. Czy bawiłem się językiem? W przyzwoitych granicach tak, bo utwór miał nie tylko uczyć, ale i bawić. Książka wyszła w nakładzie 120 tys. egzemplarzy, nakład olbrzymi. Ale z całej serii wyszła jedna, o dróg pozostałych nawet nie chciałem zabiegać. Nakład wydanej mimo wszystko nie największy, książeczka przeciwpożarowa "Ogień" wyszła w nakładzie 450 tys. egzemplarzy, co nadal nie jest najwyższym notowaniem, bowiem moja sygnałowa piosenka z serialu "Plebania" miała dotychczas około 2 miliardów odsłuchań. Nie narzucam nikomu, a najbardziej dzieciom kategorycznych praw.
Na ogół znany jesteś wśród odbiorców twojej twórczości jako autor tekstów piosenek: "Zegarmistrz światła", nieformalnego hymnu pokolenia lat sześćdziesiątych, także wspomnianego motywu przewodniego do "Plebanii" Co chcesz wyrazić przez teksty piosenkarskie, nawet jeśli traktujesz je jako twórczość drugorzędną?
- Myślę, że dla niewielu znany jestem jako poeta. Znany jestem szeroko jako autor piosenek, które wyrażają, co wyrażają. Ich pisanie jest dobrym zajęciem usługowym, choć staram się wykonywać je jak najlepiej (moim zdaniem jest to "uduchowione rzemiosło"). Nad filozofią "tekściarstwa" nie zastanawiam się za bardzo, uprawiam je na zamówienie. Wyjątkowo mój wiersz "Zegarmistrz światła" obmyślany wcześniej, dał początek znanemu przebojowi w wykonaniu Tadeusza Woźniaka. Proponowałem temu wspaniałemu artyście potem różne eksperymenty (np. tekst w formie trójkąta), pewne rzeczy zrealizowaliśmy, w praktyce do wykonania "szły" pomysły najprostsze. Osiągnąłem największe uznanie za właśnie repertuar Woźniaka. Najogólniej powiem, że w piosenkach nie rezygnuję z siebie. Stąd tematyka egzystencjalna, wyrażająca moją osobowość, traktująca o śmierci, o katastrofach, podana jest w formule nadrealistycznej.
Jako filozof, co pragnąłbyś przekazać współczesnemu światu, który wciąż na nowo się dzieli i nie może wyzbyć się wojen?
- Ogólnie przedstawiłem już krąg moich przemyśleń egzystencjalnych, z pogranicza science fiction. Dodam tylko, że moim zdaniem w następnym po nas pokoleniu może skończyć się historia ludzkości. Być może jesteśmy ostatnią formacją, która naturalnie umrze. Na co dzień zajmuję się jednak filozofią od przypadku, choć filozofia to często w ogóle postawa ludzka. I otóż pragnąc pognębić swoje widzenie świata, czytam trudne teksty z logiki formalnej, matematyki. Jako człowiek myślący z wykształceniem filozoficznym reaguję na świat, biorę od podstaw i wyciągam do dna wnioski.
Czy w twoim świecie artystycznym, a mam tutaj na myśli także twoje dokonania malarskie, bardzo ciekawe kolorystycznie, znajduje się miejsce dla myśli narodowej i narodowych imponderabiliów (z pozoru rzeczy nieistotnych)?
- Jestem słowianofilem, co nie znaczy, że nie podziwiam tego, co dzieje się w Ameryce (w nauce, w kulturze niekiedy, mniej w polityce). Na naszych oczach cywilizacja przeniosła się ze starożytnego Rzymu poprzez Europę za Ocean. Imperia rządzą się własnymi prawami, mianowicie prawami imperiów. Jakie to są prawa? Koncentracja sił i środków, przy czym te środki muszą być od kogoś pozyskiwane (koszty słabszych). W zamian za to imperia zawsze pchają cywilizację do przodu. Ale nie lubię polityki, choć śledząc rzeczywistość, lubię mieć o niej zdanie. A jak widzę nas samych? Byłem wychowywany przez Rozalię Chorążuk, a ona była patriotką i katoliczką, coś z tej postawy we mnie zostało. Sprawa Polski? Jesteśmy schowani w strasznym kącie i przejście nasze do Unii, choć bardzo niebezpieczne, jest chyba szansą. Zawsze jednak możemy w razie czego z Unii się urwać, i to może być nowa szansa.
Dziękuję za rozmowę.
powrót
|