powrót

 

 

Bogdan Chorążuk

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KROWA

 

 

 


Luksusowo urządzony apartament na ostatnim piętrze drapacza chmur.

Fotografie z rzutnika: wieczorne niebo, daleko w dole potok aut, miganie neonów, przytłumiony gwar miasta.

NAMA (N) zaczyna się rozbierać; NAMAN (Nn) już przebrany czyta.

 

N:        Kochasz mnie?

Nn:      Pośpiesz się, bo nie zdążymy.

N:        No, ale powiedz, że mnie bardzo kochasz!

Nn       (komentuje czytane): Niebywałe! Zupełnie tak samo jak w ubiegłym roku. Kto by to przypuszczał?

N:        No powiedz!

Nn       (odkłada gazetę): O, do diabła! Zdaje się, że zapomniałem w laboratorium wyłączyć gaz. Murowany pożar!

N:        Ciebie tylko obchodzą laboratorium i pożary! A kiedy ja się dla ciebie nieustannie spalam, to tego nie widzisz!

Nn:      Zadzwonię do strażnika. Niech sprawdzi (nakręca numer telefonu).

N         (przymierza stosy sukien): Niebieską? Czarną z koronkami? A może z aksamitu? Jak myślisz?

 

(Słychać, jak ktoś pyta z telefonu: Tu Zakłady Doświadczalne nr 6. Przy telefonie Kowalski. Słucham? Słucham! Kto mówi?!)

 

Nn:      Łączność jednostronna. Nie słyszy mnie. A to pech! Pośpiesz się. Trzeba będzie zadzwonić z automatu. Spóźnimy się.

N:        Ach, tak! Zapomniałam ci powiedzieć, że dzwonili, że niezapłacony rachunek. Zupełnie zapomniałam.

Nn:      Tego się należało spodziewać.

N:        Myślisz tylko o swoich eksperymentach. Dom cię nie obchodzi. Wszystko na mojej głowie, I jeszcze się dziwisz.

Nn:      Poczekam na ciebie na dole (chce wyjść).

N:        Już kończę. Zawsze mnie poganiasz. Znowu będę wyglądała najgorzej ze wszystkich!… Zapnij mi zamek na plecach.

Nn:      Na stole zostały papiery… Wieloletnia praca! Pośpiesz się!

 

Namanowie wkładają płaszcze, gaszą po kolei światła, radio TV. Naman staje przed drzwiami wyjściowymi, zaczyna je otwierać. W drzwi jest wprawiony skomplikowany cały system wielu zamków. Naman po kolei przy nich manipuluje, następnie próbuje otworzyć drzwi. Drzwi nie ustępują. Naman odchodzi od drzwi, następnie podkrada się do nich i wykonuje szereg skomplikowanych popukiwań, błyskawicznych, jednoczesnych czynności i następnie znowu szarpie za klamkę. Na próżno.

 

Nn:      Słuchaj…

N:        Nie, nie pamiętam. Przecież mówiłam ci tyle razy, że nigdy tego nie zapamiętam.

Nn:      To było 2262362346, czy 226322366?

N:        Zdaje się, że 22623623346.

Nn:      Sprawdzałem. To chyba jednak nie ten numer.

N:        To sprawdzaj po kolei. Może ci się uda.

Nn:      Człowieku! Nie ma ani chwili do stracenia. Tam się już wszystko na pewno spaliło, spopieliło!

N:        No, jeżeli się wszystko spaliło, to nie ma co się tak bardzo już śpieszyć. Próbuj.

Nn:      Żeby przez przypadek natrafić na właściwą kombinację, trzeba by było przy tych drzwiach spędzić od ośmiu do szesnastu lat.

N:        To bardzo skomplikowany zamek. Jesteś po prostu genialny! I dlatego cię tak ogromnie kocham!

Nn:      Zaraz, zaraz! A może to było 23456788765432? Nie! 23456788765432 to było w zeszłym tygodniu! Nie! Dwa tygodnie temu.

N:        Dwa tygodnie temu było 78787887887878. Poczekam, aż otworzysz (zdejmuje płaszcz, włącza TV).

TV:      W Zakładach Doświadczalnych Nr 6, z niewyjaśnionych dotychczas powodów wybuchł pożar. Dzielnym strażakom udało się jednak uratować piękne XVII-wieczne schody i portal. Za chwilę pokażemy państwu…

N:        Zdaje się, że miałeś rację.

Nn:      Jaką rację?

N:        Jak to jaką? Swoją

Nn:      65433456?

N:        Zachował się zabytkowy portal. Nie wszystko stracone. Podobno takie rzeczy dają się odbudować. Nie martwisz się chyba za bardzo?

Nn:      O czym ty tak tam cały czas mówisz? Daj mi przez chwilę chociaż zastanowić się! 97532468! Też nie.

N:        Powiadam, że w TV mówiono, że Zakład, którym kierujesz, ucierpiał.

Nn:      Jak to: ucierpiał? Co ty ciągle pleciesz?! Przecież Zakład nie może cierpieć, nie umie cierpieć. Cierpienie jest cechą istot cierpliwych, to jest, co mówię, cierpiących.

N:        Chciałeś powiedzieć: żywych. Spłonęły Zakłady.

Nn:      Spłonęły?! Na litość boską! Co ja mam za żonę! Cały dorobek życia spłonął, a ona…

N:        Cały dorobek twojego życia, to teraz tylko ja! Kochasz mnie, Namanie?

 

Naman rozpędza się i z całej siły tłucze głową o drzwi. Drzwi nawet nie poruszają się. Naman wali się u ich stóp nieprzytomny.

 

Cięcie. Ten sam apartament. Jasny dzień. Naman z zabandażowaną głową na rozbabranym tapczanie. Nama przelicza zapasy żywności (kostka cukru, 1 jajko, 3 landrynki…)

 

N:        Niewiele tego. Jeżeli będziemy oszczędzać, wystarczy na tydzień.

Nn:      Trzeba napisać list i wyrzucić go oknem. Może go kto znajdzie, przeczyta i uwolni nas.

N:        O, jest jeszcze cała torba pieprzu!

Nn:      Tego się należało spodziewać. Torba, powiada, pieprzu! Też coś!

 

Namanowa przygotowuje stół do „śniadania”: biały obrus, sztućce, naczynia. Na wielkiej paterze kładzie dwie landrynki.)

 

N:        Śniadanie gotowe!

Nn:      Śniadanie?! Ty zawsze coś wymyślisz. Można na tobie polegać.

N:        Wiesz, Namanie, a mnie się wydaje, że my jesteśmy jednak typowym małżeństwem…

Nn:      Jak mam to rozumieć? Ty coś przede mną ukrywasz! Przyznaj się! Masz kochanka.

N:        Ależ skądże! Nigdy (na boku): …się nie przyznam…

 

Naman wychodzi na moment z pokoju. Namanowa błyskawicznie wrzuca jedną landrynkę pod łóżko. Naman wraca z wędką.

 

Nn:      Spróbuję złowić na wędkę jakiegoś ptaszka. Gołębia albo chociażby wróbla.

N:        Przecież nie mamy przynęty.

Nn:      Już wiem. Wytniemy z „Biologii” dla VII C rycinę dżdżownicy, może się coś na to nabierze…

N:        Ale czy wróble uwielbiają gastronomiczne dżdż…

Nn:      Dżdżownice.

N:        Dżdź…

Nn:      Ach, gdybyśmy byli na wyspie! Ryby by chyba na to poleciały.

N:        Ryby przecież, zawsze mi to tłumaczyłeś, pływają. Polatują ptaki.

Nn:      Wszystko jedno (wystawia wędkę za okno, wyciąga z szuflady zwój przewodów elektrycznych, cewek, lamp, zaczyna majstrować).

N:        Chcesz upleść siatkę na gołębie?

Nn:      Nie. Wprost przeciwnie.

N:        Przeciwnie?

Nn:      Skonstruuję nadajnik na ultrakrótkie fale.

N:        Zawsze cię kochałam. Wierzę, że dokonasz bardzo jeszcze wiele.

Nn:      Zboczysz, wszystko skończy się dobrze. Taki nadajnik potrafi działać na odległość tysięcy kilometrów.

N:        Co ty nie powiesz! Nigdy bym nie przypuszczała! To wspaniałe!

Nn:      Cóż chcesz, moja droga. Postęp. Człowiek potrafi bardzo wiele.

N:        I pomyśleć, że jutro już mieliśmy siedzieć nad morzem!

Nn:      Eee tam! Dwa tygodnie. Za to w przyszłym roku wyjedziemy na urlop w góry, jeśli zechcesz.

N:        W przyszłym roku! Czy sądzisz, że do tego czasu uda nam się stąd wydostać?

Nn:      Przypuszczam, że w pacy zaczną się końcu niepokoić moją nieobecnością. Może ktoś przyjedzie sprawdzić, co się ze mną stało. To nie może przecież trwać wiecznie.

N:        Gdybyśmy tylko mieli trochę więcej do jedzenia.

Nn:      Słuchaj, czy gryzonie są jadalne?

N:        Jakie gryzonie? O czym ty mówisz, Namanie. Czujesz się może niedobrze?

Nn:      Jeszcze by tego brakowało! Szpital na bezludnej wyspie!

N:        Namanie. Ty naprawdę jesteś chyba nieco chory! O jakiej wyspie mówisz? Przecież jesteśmy w Warszawie, mieszkamy w jednym z najwyższych wieżowców tego kraju naokoło milion dwieście tysięcy osiemset sześćdziesiąt troje ludzi, a ty…

Nn:      Zaraz ci tom wytłumaczę. Czy nie słyszałaś jednak dzisiaj w nocy jakiegoś chrobotania?

N:        Jakiego znowu chrobotania? Chrobotania do drzwi? Może ktoś do nas chciał wejść. Może…

Nn:      Nie, nie o drzwi. Mam na myśli chrobotanie pod podłogą.

N:        Pod podłogą? Chyba ci się wydawało.

Nn:      Słyszałem, że szczury potrafią wspinać się i żyć na najwyższych piętrach domów mieszkalnych.

N:        Coś podobnego! I przypuszczasz, że jeden taki szczur…

Nn:      Jeden albo i więcej. Tak jest! Albo i więcej, Pod podłogą albo w otworze wentylacyjnym. Można by go złapać i ewentualne…

N:        Nomanie! Ty chyba nie myślisz, że ja!

Nn:      Ależ skąd, moja dziecinko. Byłaby to jednak świetna przynęta.

 

(Naman wyciąga zza okna wędkę)

 

Nn:      Widocznie jednak gołębie nie lubią dżdż…

N:        Dżdżownic.

Nn:      Dżdż…

N:        Widocznie. Albo może rysunek był nie dość sugestywny.

Nn:      W młodości się zaczytywałem w różnych książkach.

N:        A ja pasjami lubiłam chodzić z ciotką Melanią na grzyby.

Nn:      Między innymi czytałem jedną taką powieść. Nazywa się „Robinson Cruzoe”.

N:        Tak, pamiętam! To wspaniała książka! I ja ją czytałam.

Nn:      Otóż nasza sytuacja jest trochę podobna do sytuacji, jak on się nazywa… Łokietek?… Paznokietek…? Kolanko?…

N:        Piętaszek!

Nn       No właśnie. Piętaszek!

N:        Bezludna wyspa!

Nn:      Nie przejmuj się. Przecież nas ktoś w końcu uratuje.

N:        Zaczynam powoli tracić już nadzieję. Wysłaliśmy już razem osiem tysięcy dwieście szesnaście listów i nic z tego, jak na razie, nie wynikło.

Nn:      Minęły dopiero dwa miesiące. A w ogóle, to przestań narzekać.

N:        Za chwilę będzie obiad.

Nn:      Yhmmm! To rozumiem!

N:        Palce lizać! Ugotowałam dzisiaj jedenasty tom Wielkiej Powszechnej Encyklopedii.

Nn:      Tylko znowu nie przesadź z tym nieszczęsnym pieprzem! Wystarczy, że o nim pomyślę, a piecze mnie nie tylko już język, ale dosłownie wszystko!

N:        Żeby tak jakiś maleńki szczypiorek, jeden ziemniak, no i choćby szczypta soli…

Nn:      Nie przesadzajmy. Książka to celuloza. A celuloza to związek organiczny. Węglowodan. Zupełnie podobnie jak w ziemniakach.

N:        To samo mówiłeś przecież wczoraj, kiedy ugotowałam ci parkiet.

Nn:      Parkietu nie tknę długo. Nazbyt łykowaty.

N:        Są jeszcze meble. Dużo mebli.

Nn       (ogląda z nagłym zainteresowaniem własne buty): Mam pomysł! Jutro ugotujesz świetną potrawkę z pantofli!

N:        A w czym będziesz chodził?

Nn:      Mogę siedzieć. Jakoś ostatnio nie mam ochoty za wiele chodzić.

N:        Kochasz mnie bardzo?

Nn:      Bo ja wiem?

N:        No, powiedz!

Nn:      A ty?

N:        Kocham cię strasznie, strasznie!

Nn:      To dobrze. (Rozkłada skomplikowaną i prymitywną aparaturę nadawczą. Włącza ją do sieci. Gulgotanie.)

N:        A co to?

Nn:      Nareszcie się z tym uporałem. Za chwilę nawiążę z kimś radiowy kontakt…

N:        …i ten ktoś nas uwolni! Cudownie! Jesteś naprawdę wspaniały! Podaję do stołu. To nasz ostatni obiad z celulozy.

 

(Wychodzi, słychać jak śpiewa, następnie rumor naczyń. Kamera chwyta wyciągającą się zza firanki rękę, która usiłuje dosięgnąć leżących na stoliku papierosów. Słychać wzmocniony elektronicznie chrobot, być może taki sam, jak kiedyś w nocy słyszał Naman, chrobot zagłusza gorączkowy dialog prowadzony przez Namana przy pomocy krótkofalówki, wraca Nama z wazą, z której wystaje dymiący kikut okładki WEPu.)

 

N:        Trochę się przypaliła. Ale chyba ci będzie mimo wszystko smakowało. Jest niezwykle miękka.

Nn:      udało się niestety połączyć.

N:        To świetnie. Szybko kończymy obiad, trzeba się uczesać, przebrać.

Nn:      Jak to?

N:        No, przyjdą przecież zaraz goście i…

Nn:      Jacy goście?

N:        No ci, którzy mają nas uwolnić. Przecież udało ci się przeprowadzić rozmowę… Miałeś połączenie – no nie?

Nn:      Owszem.

N:        No i przyjdą zaraz.

Nn:      Niestety, nie tak szybko.

N:        A to dlaczego? Nie śpieszy się im, czy co?

Nn:      Pojęcia nie mam.

N:        Wiesz, ja niczego nie rozumiem. Mówiłeś, że…

Nn:      Mówiłem, mówiłem! No to co z tego?!

N:        Jak to co? Jedz, bo ostygnie. To co z tym połączeniem?

Nn:      Wszystko w porządku. Aparatura działa jak należy. Udało mi się połączyć. To był ktoś na Azorach.

N:        Mówi się „ozorach”. Ozory w sosie chrzanowym są czymś niepowtarzalnym. Mówię ci…

Nn:      Nie. Mówi się „na Azorach”, a nie „na Ozorach”. To takie wyspy na Oceanie Spokojnym… Czy na pewno Spokojnym?

N:        Wyspy w sosie chrzanowym? Zupełnie nie rozumiem?

Nn:      Nie wyspy, tylko sos. Co mówię. Wyspy, oczywiście wyspy!

N:        A ten ktoś nam przyśle kawałek tej jadalnej wyspy, czy co? Tak? To chciałeś powiedzieć?

Nn:      Przestań mnie denerwować. Jeszcze ci raz wytłumaczę wszystko od początku. Uważaj: Ozory to nie są wyspy w sosie chrzanowym.

N:        Zapewne dlatego, że Ocean Spokojny nie jest sosem.

Nn:      No właśnie. I ten facet, z którym się połączyłem, obiecał, że natychmiast wysyła flotyllę ratunkową.

N:        Flotyllę? To jednak te Oazory czy też Aozory pływają w sosie chrzanowym. Mówiłam!

Nn:      Wytłumaczyłem mu jednak, że to nie wchodzi w rachubę. Zapytał wtedy, w czym mógłby pomóc. Kiedy mu powiedziałem wszystko od początku, powiedział, że rozumie i że natychmiast, jak tylko mu się uda, wyśle nam całą fiolkę. Może nawet dwie.

N:        Dwie czego?

Nn:      Dwie, oczywiście fiolki.

N:        Fiolki – czego?

Nn:      Lekarstwa, oczywiście.

N:        Słuchaj no, już nie od dzisiaj podejrzewam, że mnie uważasz za idiotkę.

Nn:      A bo co? Nie jesteś? Pewnie, pewnie. Nie jesteś. Co mówię!

N:        I oto mam znowu podobne wrażenie. Nie wiem, co o tym sądzić.

Nn:      Nie przejmuj się. Zło przeminie. Chwila szczęścia niedaleka.

N:        A w jakim języku rozmawiałeś?

Nn:      Nie wiem. To znaczy wiem: ja mówiłem po angielsku, a on mi odpowiadał w jakimś innym języku. Dlatego wiem i jednocześnie nie wiem, w jakim języku z nim rozmawiałem.

N:        Ale przecież ty nie znasz angielskiego!

Nn:      Nie znam, nie znam! Nie znam także portugalskiego, węgierskiego, włoskiego, chińskiego oraz dziesiątków innych! Chyba nie muszę się z tego przed nikim tłumaczyć! Człowiek ma przecież prawo nie znać tego i owego. Nikt przecież nie ma prawa wymagać od człowieka, żeby znał wszystkie języki! Co ty sobie myślisz?! To by przekraczało nasze możliwości.

N:        A jak się nazywa ten lek?

Nn:      Nie podał nazwy. Wiadomo mi tylko, że to ma być świetne lekarstwo, podobno leczące wszelkie zatrzaśnięcia. Uniwersalne, mówię ci! Działa podobno absolutnie niezawodnie!

N:        Oszalałeś! Lekarstwo przeciw zatrzaśnięciu?! Ty jesteś nienormalny! Ratunku!

Nn:      Trzeba wierzyć ludziom. Skoro tak powiedział, to to musi coś znaczyć. Postęp jest tak szybki, że należy się nie takich jeszcze wynalazków spodziewać!

N:        Nie wierzę wynalazkom. Mam zdaje się pomysł.

Nn:      Pomysł? Ty – pomysł?! Ależ to coś nieprawdopodobnego!

N:        Trzeba spróbować jakoś zaalarmować sąsiadów. Zwrócić ich uwagę wywoławszy coś niezwykłego!

Nn:      Co masz na myśli?

N:        Trzeba będzie spróbować zachować się bardzo, ale to bardzo głośno. Nastaw radio na cały regulator.

Nn:      Najpierw spróbuję nadać SOS alfabetem Morse’a.

 

(Nadaje wprost do ściany. Czynność tę potem małżonkowie powtarzają na zmianę jeszcze wiele razy. Dzwoni po pewnym czasie telefon.)

 

Głos z telefonu:  Jestem sąsiadem z dołu, proszę nic nie mówić, ty łobuzie, ja panu pokażę, tak hałasować po całych nocach, czy pan wie, kim ja jestem, nawet we własnym domu człowiek nie może odpocząć, podam do Kolegium Orzekającego, proszę nic nie mówić, to musi się natychmiast skończyć, bo jak nie!

N:        Poda nas do Kolegium!

Nn:      Ale żeby poratować człowieka, to nie. Co za ludzie!

N:        Normalne: znieczulica społeczna.

Nn:      Dziś w nocy znowu słyszałem te szczury.

N:        Szczury?

Nn:      Szczury, szczury! Przecież mówię: szczury! Szy, czy, u, er, yyyy! Szczu-rry! Szszszczczczuuuurry!!

N:        No już dobrze, dobrze, uspokój się. Wszystko będzie dobrze. Wyłożymy truciznę, otrujemy, i już. W porządku?

Nn:      Coś jakby zrobiło się zimno.

N:        Rzeczywiście.

Nn:      O rany! A co to?

N:        Zniknęła większość żeberek kaloryferowych. Przyznaj no się! Zjadłeś je w nocy?!

Nn:      Coś ty! Pewnie zniknęły same! Mnie też dziwi kilka rzeczy. Ale nie mówię o nich. Nie chcę cię martwić.

N:        Co masz na myśli?

Nn:      Poduszka!

N:        Poduszka?

Nn:      Tak, poduszka!

N:        Co – poduszka?

Nn:      Robi się z dnia na dzień coraz bardziej chuda.

N:        Niemożliwe! Chudnie, czy co? Przecież poduszki nie są głowożerne!

Nn:      A jednak!

N:        Cśśś! Może usłyszeć.

Nn:      Śledzę ją od dawna.

N:        Zaczynam podejrzewać wszystkie meble. Ich lojalność jest coraz bardziej wątpliwa.

Nn:      Trzeba się mieć na baczności. W naszej sytuacji nie możemy sobie pozwolić przecież na nieuwagę. To może kosztować.

N:        Ile. Podaj cenę.

Nn:      To trudno obliczyć.

 

(Słychać dzwonek u drzwi. Namowie zrywają się, pędzą ku drzwiom. Nasłuchują. U ich stóp spada list w urzędowej kopercie.)

 

N:        Zadzwonił, wrzucił list i odszedł. Szkoda, że te drzwi są takie grube.

Nn       (z dumą): Ba! Absolutnie dźwiękoszczelne. Solidna robota!

N:        Byłeś zbyt solidny.

Nn:      Niestety. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy nie wolno przesadzać. (Rozrywa kopertę, czyta głośno):

            Powołując się na zarządzenie Centralnego Urzędu Weterynarii z dnia, nr, wzywa się Obywatela do natychmiastowego doprowadzenia do najbliższego lekarza weterynarii celem zaszczepienia krowy Obywatela. W wypadku uchylania się od obowiązku zaszczepienia rogacizny, grozi Obywatelowi kara grzywny pięć tysięcy złotych, z zamianą na areszt trzymiesięczny. Podpisał… Podpis nieczytelny. Masz tobie!

N:        Więc jednak!

Nn:      Co – więc jednak?

N:        Tyle, tyle lat! Jaka ja byłam głupia. Wierzyłam ci. Kochałam!

Nn:      Uspokój się, moje drogie dziecko. O co ci chodzi?

N:        O co mi chodzi? Jeszcze śmiesz o to pytać? Prowadzisz podwójne życie! Ten list cię zdemaskował. Wstrętny bigamista! Brzydzę się tobą! Wiedziałam, że to się tak skończy! Te twoje konferencje, delegacje, nagłe wieczorne wyjazdy! Całe szczęście, że byłam na tyle przewidująca i że też, jak się dało, korzystałam z życia. Nie tylko ty mnie oszukiwałeś!

Nn:      Ależ, kochanie! O czym ty mówisz? Ta krowa…

N:        Nie mów do mnie „kochanie”! Ja też mam kochanka! Zdradzałam cię, bo wiedziałam, że mnie nie kochasz!

Nn:      Co?! Co ty mówisz? Jakiego kochanka? Ty chyba żartujesz! Powiedz: żartowałaś?

N:        A właśnie, że nie! Skoro ty prowadzisz podwójne życie, to i mnie wolno chyba, no nie?

Nn:      Słuchaj no, co to ma znaczyć? Chcesz mi powiedzieć, że…

N:        Właśnie to chcę powiedzieć!

Nn       (na stronie): Nic nie rozumiem… Powiedz mi Spokojnie, o co ci chodzi. Tylko po kolei. Wyjaśnijmy sobie wszystko. Zupełnie spokojnie. Ostatecznie jesteśmy z sobą tyle lat!

N:        Dobrze. Wszystko ci wytłumaczę. Bo to jest tak: skoro przyszło wezwanie do szczepienia krowy, to znaczy, że ty masz krowę.

Nn:      O jakiej ty krowie na litość boską mówisz! Przecież nie mamy żadnej krowy. Czyś ty oszalała?!

N:        Nie mamy, nie mamy! Pewnie, że nie mamy. Przynajmniej ja nie mam.

Nn:      Nie rozumiem. To znaczy, że ja ją mam, czy co?

N:        Właśnie tak przypuszczam! Skoro masz krowę, to do tej krowy wystarczy teraz tylko dodać dalszy ciąg.

Nn:      O czym ty mówisz? Dodać do krowy dalszy ciąg?

N:        Tak właśnie. Każda krowa musi mieć przecież jakiś dalszy ciąg. Wiem wszystko! Nie, nie przerywaj mi! Tyle lat! Tyle lat!

Nn       (na stronie): Więc jednak oszalała.

N:        Dalszym ciągiem krowy jest łąka, no nie?

Nn:      Zazwyczaj, ale nie zawsze.

N:        A co jest przymocowane do łąki?

Nn:      Jak to – przymocowane?

N:        No, przymocowane! Po prostu przymocowane!

Nn:      Doprawdy nie wiem.

N:        Do każdej łąki jest przymocowana stajnia.

Nn:      Nie stania, ale obora.

N:        O, właśnie! Obora! Jak ty wszystko wiesz!

Nn:      Co nieco rzeczywiście wiem… Ale nie rozumiem…

N:        Zaraz co to wytłumaczę.

Nn       (na stronie, ale słyszy go N): Ciekaw jestem, co będzie dalej…

N:        Ciekaw jesteś, ty łajdaku. Ciekaw jesteś, co dalej? Dalej?

Nn:      No, rzeczywiście, jestem bardzo ciekaw. (Na stronie): Oszalała!

N:        Dalej, do stajni.

Nn:      Obory.

N:        …do obory jest przymocowany na stałe mały piękny wiejski domek.

Nn:      Domek, o, domek. Domek, jak piąstka dziecka, domek, jak bochen razowego chleba. Pamiętam, pamiętam! Mama w dzieciństwie zawsze nam dawała kawał chleba z miodem.

N         (bije go w twarz: Z miodem, ty kanalio! Z miodem

Nn:      …i z mlekiem, jeszcze ciepłym… Prosto od, jak to się nazywa…

N:        Od krowy, od krowy, kreaturo. Prosto od krowy. Od tej właśnie krowy, którą teraz będziesz musiał wypić!

Nn:      No, no! Wypić krowę? To nie do wiary!

N:        Wypić piwo, które nawarzyłeś, czyli wypić w tym wypadku krowę!

Nn:      No, ale co dalej?

N:        Jeżeli sądzisz, że mnie wytrącisz z równowagi, to się mylisz. Wiem absolutnie wszystko!

Nn:      Oho, ho Powiedz no wobec tego, jaki jest pierwiastek kwadratowy, a następnie sześcienny z liczby ipsylon…

N:        Jaki znów ipsylon? Co ma wspólnego krowa z jakimś ipsylonem?

Nn:      Normalnie niewiele. Ale w tym przypadku…

N:        I tak mnie nie zbijesz z pantałyki! Zaczynam rozumieć.

Nn:      Bo to jest tak, widzisz: jeżeli ze średniomlecznej krowy wyciągnąć pierwiastek kwadratowy.

N:        Pierwiastę.

Nn:      Nie pierwiastę, ale pierwiastek.

N:        Mnie w szkole uczono, że z krowy daje się wyciągnąć co najwyżej pierwiastkę, a nie pierwiastek. Ty coś ciągle kręcisz!

Nn:      Eee, tam! Nic nie kręcę. Powiadam tylko, że jeżeli z krowy wyciągnąć pierwiastek kwadratowy, to…

N         (wyzywająco): To co?!

Nn:      …To tego pierwiasta wtedy zaczyna w krowie po prostu brakować!

N:        Tssa! Też mi! Osiągnięcie!

Nn:      No dobrze. Wracajmy do rzeczy. Więc – domek…

N:        A w domku, maleńkim i ślicznym domeczku, jak dzika róża.

Nn:      Dlaczego dzika? Czy nie można by jej trochę oswoić?

N:        A więc w tym domku, który niewątpliwie jest kryty czerwoną dachówką.

Nn:      Czeremcha, czeremcha!

N:        Co – czeremcha?! Jeszcze coś?

Nn:      A naokoło kwitnąca czeremcha! Pachnie, jak cholera! Wytrzymać nocami nie można. No i te słowiki…

N:        Słowiki wyrazów obcych… obcych mi ogromnie… Jak teraz ty… Ja ciebie nienawidzę! Ja bym ciebie…

Nn:      Tę sprawę jeszcze wyjaśnimy (groźnie). A teraz do rzeczy!

N         (chlipie): Bo to mnie jednak (nadal) boli!

Nn:      Co, co? Co cię, maleńka, boli? Może weź proszek, albo nie: lepiej ci obandażujemy to. Tylko pokaż co (zaczyna się kręcić po pokoju). Tu gdzieś kiedyś dawno temu była zdaje się woda utleniona… Jodyna, tabletki do bandażowania, nie, to znaczy bandaże na ból głowy, też nie, nie tak, zaczyna mi się mącić w głowie, co z tą krową… Już wiem: połknij tę krowę, to ci przejdzie bandaż!

N:        Sytuacja jest taka: niewątpliwie zwariował, a ja, biedna jestem, na amen zamknięta w jednym pokoju z czubem nad czubami. (Krzyczy): Nie zbliżaj się do mnie!

Nn       (przytomnieje): Co? Aaaa, tak! Tak! Wszystko w porządku. Przez moment zamyśliłem się… Mów dalej.

N:        …a w tym domku śliczna młoda osoba płci odmiennej.

Nn:      Odmiennej od czego?

N:        Ode mnie, bandyto!

Nn:      O, to znaczy, że tam mieszka jakiś facet. No, powiedzmy – chłopak.

N:        Nie chłopak, ale chłopka. Chłopka-rolniczka. Twoja druga żona!

Nn:      Interesujące… Młoda?

N:        Bo ja wiem? Chyba tak, inaczej byś pewnie na nią nie poleciał.

Nn:      No to chyba rzeczywiście – młoda.

N:        No widzisz!

Nn:      A teraz ci wszystko wyjaśnię. To było zupełnie nie tak.

N:        Mniejsza o szczegóły.

Nn:      Kiedy szczegóły są dosyć istotne. Imponderabilia…

N:        Nie używaj przy mnie tak bardzo nieznanych wyrazów! Tyle ci razy mówiłam!

Nn:      Imponderabilia, czyli rzeczy nieuchwytne, ale mające istotny wpływ na przedmiot, zdarzenie lub proces, którego dotyczą, lub o którym mowa.

N:        Tylko bez zasłon dymnych. Chcesz się wymigać, co? No to jak z tą krową? Do rzeczy, albo zatkam sobie uszy i nie będziesz miał mi okazji nigdy więcej tego wytłumaczyć!

Nn:      Dobrze, dobrze! To było, jak powiadam, tak: żadnego domku otoczonego czeremchą nigdy nie było.

N:        Nie kłam, sama widziałam kilka takich domków. Nam mówił…

Nn:      Jaki znowu Nam. Co za Nam?

N:        Mów dalej. Sprawa z Namem wyjaśni się lada chwila!

Nn:      Chyba znowu bredzisz. O rany, jakaś ty chuda. Dopiero teraz to zauważyłem.

N:        Oddawałam ci przez te miesiące zatrzaśnięcia uwięzieniającego nas najlepsze smakołyki.

Nn:      Ee, tam, takie smakołyki… Parkiet, Wielka Encyklopedia Powszechna… Żebra kaloryferów natomiast wyjadłaś po kryjomu przede mną sama… Nie mam ci tego za złe, ale…

N:        Żebra wyjadły się same. Z głodu. A ja rzeczywiście oddawałam tobie najbardziej miękkie części gotowanych książek, najsmaczniejsze wiersze w potrawce z pieprzonego pieprzu i dlatego teraz jesteś taki mądry.

Nn:      …i liryczny… Wiem, wiem… Jesteś z siebie dumny!

N:        Hm!

Nn:      Nie było więc, powiadam, żadnego…

N:        Nawet najmniejszego?

Nn:      …domku, nie przerywaj, domku, nie przerywaj.

N:        Domku, domku – nie przerywaj

            bo się przypuszczenie kiwa

            Co nie uda się żonowi

            To się uda jej mężowi!

Nn       (na stronie): Przekonywujące objawy natręctwa myślowego oraz kompletnego rozproszenia sił inteligenckich. Składnia w rozsypce, styl plugawy, dziwny, zdania chropowate, mimo ich braku.

N:        Najlepsze parkiety

            na połowę diety!

Nn:      Nie było domku, zatem nie było także obory. A skoro nie było obory.

N:        Żyliście na łące, czy jak? A zimą? Jak to było zimą?

Nn:      Nie było zimy.

N:        Zima zawsze musi być! Nie okłamiesz mnie. Ja wszystko wiem!

Nn:      Nie było zimy, bo nie było łąki, a skoro…

N:        No i gdzie tu logika? Co ma wspólnego zima z łąką? Może być łąka, ale nie być zimy, i odwrotnie: może być, a nawet jest na pewno zima, ale nie musi być łąka, ot co!

Nn:      Jaka zima, przecież jest lato i upał jak diabli (wyciera pot).

N:        W każdym razie kłamiesz, tego jestem pewna!

Nn:      Kłamię tylko w połowie.

N:        Więc jednak.

Nn:      Drugą połowę ty kłamiesz.

N:        Ja nie kłamię nawet połowy! Ja wiem wszystko!

Nn:      Nie ma łąki, to znaczy nie mogło na niej być krowy.

N:        Nie ma na łące krowy? To gdzież ona?

Nn:      Właśnie do tego zmierzam… Ale ty mi nie dajesz dojść nawet do jednego słowa.

N         (patrzy na zegarek): Nieprawda! Mówisz i mówisz! Już przeszło 40 minut. (spogląda wprost w obiektyw): Ludzie przed telewizorami niecierpliwią się! Domagają się rozwiązania…

Nn:      Właśnie do tego zmierzam.

N:        No to powiedz. Powiedz, gdzie schowałeś tę krowę!

Nn       (pokazuje na szafę): Tam!

N:        Co? To niemożliwe! Tam ją trzymasz? Chowasz przede mną! W mieszkaniu! Jak można! Co za przyzwyczajenia! I pomyśleć, że ja z takim sypiałam przez tyle, tyle lat! Nam by tego nigdy nie zrobił!

Nn:      Masz tobie! Znowu majaczy o jakimś Namie!

N:        Majaczy? No to zobaczymy!

Nn:      Nie ma co patrzeć. Krowa – to pomyłka.

N:        Krowa, to krowa, a nie pomyłka. I nie pozwolę ci zapaskudzić mieszkania! Żebyś przynajmniej powiedział! Nie zamawiałabym mleka w tym miesiącu!

Nn:      Mleka! Pod drzwiami na korytarzu musi stać kilka tysięcy butelek mleka. Fantastycznego, białego płynu! Można by go przerobić na twarożek, tarzać się w twarożku, pływać w kwaśnym mleku, mój Boże, oddałbym konia za szklankę mleka!

N:        To i konia przede mną ukryłeś?

Nn:      Konia nie ukrywałem przed nikim, także i przed tobą. Koń nie istnieje.

N:        Jak to! Przecież ten czworonóg…

Nn:      Nie istnieje.

N:        To może byś wreszcie pokazał tę krowę?

Nn:      Proszę bardzo! (podpiera się rękami, udaje krowę, muczy) Mmmm! (usiłuje N pobódz)

N:        To wariat! Wariat! Mój mąż zwariował. On chce mnie pobódz!

Nn:      Skoro nie ma domku z kwitnącą czeremchą, łąki i obory, to i nie ma krowy. To wymysł Urzędu Weterynaryjnego! Musisz mi wierzyć na słowo! Musisz, rozumiesz?! Inaczej oboje zwariujemy!

 

(W tej chwili drzwi szafy ze skrzypem otwierają się i wychodzi z niej makieta krowy. Namanowie cofają się przerażeni.)

 

N:        A kysz, a kysz! (krowa zupełnie ludzko kaszle) A pójdziesz ty, paskudztwo! Jeszcze narobi na dywan!

Nn:      Nie rozumiem. Zapewne znajdujemy się na etapie halucynacji (chce pogłaskać atrapę krowy, która jakby tylko na to czekając, gryzie go w rękę) O, do diabła! Przecież krowy nie gryzą Co to wszystko znaczy!

N:        Udaje niewiniątko! Zaraz zapewne z szafy wyjdzie łąka, zielona wszystkimi ziołami, następnie czerwona obora, a na samym końcu czeremchy, które otaczają domek. Wszystko się zgadza!

Nn:      Wszystko jedno, skąd się tu wzięła. Nie takie rzeczy się przecież zdarzają niekiedy. Pamiętam, mój dziadek…

N:        Przestań przynajmniej w takiej chwili opowiadać o tym dziadku. Już mi niebiesko w głowie od tego twojego dziadka. Dziadek, dziadek i ciągle dziadek. Od tylu lat, tylu lat!

Nn:      Mniejsza istotnie o dziadka. Fenomen jest interesujący sam w sobie, to prawda, ale zastanówmy się, jakby go wykorzystać praktycznie. (medytuje) Hm. Już wiem! Można by ją wydoić!

Krowa:           Na litość boską, tylko nie to!

N:        Czy się przesłyszałam? Zmysły mnie zmamiły? To krówsko łaskawe było się odezwać!

Nn:      To nie ma większego znaczenia. Skoro w szafie na 30 piętrze ukrywa się krowa, to to, że potrafi jeszcze do tego przemawiać ludzkim głosem, naprawdę, powiadam, nie ma już znaczenia. Znaczenia, że tak powiem, praktycznego. Spróbuj ją mimo wszystko wydoić. Mam ochotę na szklankę kefiru.

Krowa:           Krowy nie dają kefiru. Krowy dają mleko.

Nn:      Ale ja mam ochotę na szklankę kefiru. Nie mogłabyś tego uwzględnić?

N:        Słuchaj no – Namanie! Ta krowa ma na nogach nylonowe pończochy. Spójrz no na nią!

Nn:      Widocznie krowy szafowe właśnie takie pończoszki noszą. Ja się niczemu od dawna nie dziwię…

N:        A ja wszystko wiem!

Nn:      Jak zwykle: pierwiastek kwadratowy z krowy?

N:        Ta krowa nie jest krową!

Nn:      Niemożliwe.

N:        Jak to – niemożliwe? Przecież tak jest.

Nn:      Każda krowa dopóty jest krową, dopóki jest krową. Twierdzenie dwa: Każda krowa jest krową.

            Twierdzenie trzy: Każda krowa dlatego jest krową, że właśnie jest krową.

            Twierdzenie piąte: W każdej krowie zawiera się co najmniej, i co najwyżej jedna krowa.

            Twierdzenie szóste: W krowie nic, co nie jest krową, nie mieści się.

            Twierdzenie siódme: Jeżeli krowa jest krową, to krowa nie może być nie krową. Inaczej. Krowa nie jest niczym innym. Stąd wniosek, że to bydlę, jeżeli jest krową, to jest krową.

N:        Ale ja przecież mówię, że ta krowa nie jest krową.

Nn:      A ja przecież ci przed chwilą udowodniłem, że krowa nie może nie być krową. Poczekaj. Nie ma sensu się spierać. Ja to spróbuję załatwić.

N:        Co – załatwić?

Nn:      Oczywiście: wydoić to bydlę!

Krowa:           Ostrzegam, że będę wierzgała i gryzła.

N:        Patrz, jakie ona ma lakierowane paznokcie (spod atrapy wystają lakierowane jaskrawo paznokcie). Gdzie pani dostała taki piękny lakier?

Krowa:           U prywaciarza na Chmielnej. Ale to załatwia mi moja kosmetyczka.

Nn:      Patrzcie! To krówsko chadza nawet sobie po kosmetyczkach! Jak to człowiek nie zna zupełnie życia!

 

(Głos krowy z play-becku; głos kobiety, następnie głos mężczyzny.)

 

Nn:      Czy nie zechciałabyś nam dać trochę mleka?

Krowa:           Tylko bez tykania. A mleka, to sama bym się z rozkoszą napiła!

N:        Zupełnie zwariowana krowa!

Krowa:           No, no! Tylko bez inwektyw (dekamufluje się).

N:        O rany! Przecież to ta dziwka z naprzeciwka! (do męża): No! Tym razem chyba nie będziesz zaprzeczał! Niezbity dowód. (wylicza) Miłość w gruzach, małżeństwo w rozsypce, rozwód, separacja, ty dziwkarzu (rzuca się na niego).

Krowa:           Proszę się uspokoić. To było tak: jestem sierotą. Przyjechałam do stolicy do swojej starej cioci. Niestety, musiałam chyba pomylić numer mieszkania. Weszłam tu, bo drzwi były otwarte.

N:        Znowu zapomniałeś zamknąć. Nie można na tobie polegać.

Nn:      Rzeczywiście, ostatnim razem przypominam sobie, że w pracy przez cały czas mi się wydawało, że nie zamknąłem drzwi.

Krowa:           No właśnie. A potem zaraz państwo skądś wrócili, przestraszyłam się i schowałam do szafy. Potem państwo stąd miesiącami nie ruszali się, było mi coraz bardziej głupio się tak ni z tego, ni z owego ujawniać, no i tak zostało… Głupia sprawa…

Nn:      Tak, rzeczywiście głupia. A pod jaki to numer chciała pani trafić?

Krowa:           To znaczy, chciał pan zapytać, pod jakim numerem mieszka moja ciocia? Stara ciocia?

Nn:      To ma pani i młodą?

Krowa:           Pod numer 1313.

Nn:      No to wyjaśnione. Nasze mieszkanie ma numer 1331.

Krowa:           I właśnie to mnie musiało chyba zmylić.

Nn:      Bardzo ładnie, bardzo ładnie (zaciera ręce). Ślicznie! Tylko mi proszę jeszcze powiedzieć, jak to jest możliwe, żeby taka śliczna dziewczyna miała taką wielką brodę.

N:        Jaką brodę? Przecież to schab nie broda?

Krowa (podchodzi do lustra, ogląda się):  A rzeczywiście: broda. O, ja nieszczęśliwa! Od tego wielomiesięcznego siedzenia w szafie urosła mi broda! Co ja teraz pocznę!

N:        Och, proszę się nie martwić, broda, jak broda. Podobno w Paryżu nowa moda. Sama niedawno słyszałam przez radio.

Krowa:           Jaka moda?

N:        Kobiety zapuszczają sobie wąsy i brodę.

Krowa:           Niebywałe! Zupełne zboczenie. Czego to ten Dior nie wymyśli. Ależ to okropne! Nie będzie można już zupełnie odróżnić mężczyzny od kobiety!

Nn:      Są pewne sposoby. Niezawodne, chociaż troszeczkę męczące.

N:        Sposoby?

Nn:      Zaraz jeden z takich sposobów wypróbujemy…

Krowa:           Niech się pan nie wygłupia! Co pan ma na myśli?!

Nn:      Czy byłabyś moja droga łaskawa zobaczyć, czy w kuchni jest wszystko na swoim miejscu?

N:        A co niby miałoby nie być na swoim miejscu?

Nn:      Wszystko. (N. posłuszna mężowi chce wyjść)

Krowa:           Na litość boską! Proszę nie wychodzić! Pan nie chce, żeby pan sprawdzał, kim ja jestem.

Nn:      No widzisz.

N:        Nie jesteś biedną sierotką? Nie jesteś? No to wobec tego, kto ty jesteś?

Krowa:           Jestem złodziejem (dekamufluje się kolejny raz. Z play-becku głos mężczyzny).

Nn:      Wiedziałem! Od razu wiedziałem!

N:        No i co teraz?

Nn:      Proszę nam powiedzieć, co też pan chciał takiego stąd ukraść?

Złodziej:        Sam nie wiem… Zwabiły mnie te potężne, okute metalowe drzwi do mieszkania państwa. Działałem odruchowo. Prawdopodobnie zagrała we mnie krew zawodowego hazardzisty. Chciałem spróbować się z tak niesłychanie wspaniałą konstrukcją zamkową…

Nn:      Ach, pan mi pochlebia. Nie ma o czym mówić. To nie takie znowu skomplikowane. Nie takie rzeczy się robiło.

Złodziej:        Twierdzę jednak, że jest to najwspanialszy zamek w całym znanym nam rejonie Wszechświata!

Nn:      Pan naprawdę jest ogromnie miły. Szkoda, że nie możemy pana poczęstować herbatą… A jak pan sforsował ten zamek?

Złodziej:        Po prostu: drzwi wtedy, jak już mówiłem, nie były zamknięte, i…

N:        Więc jednak! Widzisz, Namanie, do czego może doprowadzić roztargnienie! Powinieneś się leczyć… Wyjechać na kilka miesięcy gdzieś w góry, gdzieś do sanatorium…

Nn:      I następnie?…

Złodziej:        Potem wrócili państwo i musiałem wejść pośpiesznie, oczywiście do szafy.

Nn:      I był tutaj pan z nami przez cały czas… Stąd te szczury… Teraz rozumiem… No, ale na szczęście, jest pan wyjątkowo sympatycznym złodziejem.

N:        Tak, tak, niczego nam przecież nie ukradł i jest taki sympatyczny…

Nn:      Szkoda, naprawdę szkoda, że nie mogę pana poczęstować kieliszkiem koniaku.

N:        Ach, koniaku!

Złodziej:        Teraz, skoro się wszystko wyjaśniło, mógłbym państwa zaprosić na kieliszeczek koniaku do siebie.

Nn:      Ba, zaprosić!

Złodziej:        Mieszkam piętro niżej…

Nn:      Ach, tak, to pan rzeczywiście mówił niedawno prawdę. Tylko widzi pan, bieda w tym, że zatrzasnęły się drzwi. Zapomniałem kolejności cyfr. Ten zamek jest szyfrowany…

Złodziej:        Ach, to trudność bez znaczenia. Odkryłem ten szyfr podczas wielomiesięcznych rozmyślań na stosie sukienek i halek.

Nn:      Naprawdę!?

N:        Czyżby nasze uwięzienie miało się niedługo skończyć?! To wspaniałe! Jest pan bardzo fantastycznym złodziejem!

Nn:      Więc, jeżeli kolejność cyfr nie jest 234567865432, to jak…

Złodziej:        Po prostu – odwrotna: 8765432345678.

Nn:      Niebywałe! Tak jest rzeczywiście, teraz to sobie wreszcie przypominam!

N:        Wreszcie! Ale w porę. Nie ma co mówić!

 

(Nn. majstruje przy zamku, drzwi po chwili z piskiem i z niebywałym zgrzytem otwierają się, widać na korytarzu setki butelek mleka, stosy listów. Nn. biegnie na przełaj, potykając się o listy i wywracając butelki, słychać jego oddalający się krzyk radości.)

 

Złodziej:        Musi się wyszaleć. Jak się tak długo zostaje na jednym miejscu, to się chce biegać, biegać, biegać!

N:        Kochanie. Nam! Byłeś wspaniały! Nawet mnie ci się udało przez moment oszukać. Pomyśleć: i ja uwierzyłam! Krowa w mieszkaniu! Sierotka! Powiedz mi tylko, skąd ty znasz numer naszego mieszkania?

Nam:   Jak to? Przecież mi go dałaś, kiedy Naman wyjechał na konferencję Cybernetyków do Upsali. Pamiętasz?

N:        Ach, tak! A ja myślałam… Ale to nic. Masz wspaniałą pamięć. Teraz cię będę kochała za tę pamięć najbardziej! Najbardziej!

 

(Pocałunek, w drzwiach staje zdyszany, nie widziany przez całujących się. Naman otwiera ze zdziwienia usta, chce coś powiedzieć, zauważa go w końcu przodem do niego odwrócona Nama, kładzie tajemniczo palec na ustach, pokazuje na Nama. Naman się wycofuje i następnie z hałasem słyszanym z daleka wchodzi ponownie. Nam wyrywa się z objęć Namy, odskakuje od niej. Nagle zaczyna strzelać coś na korytarzu.)

 

Nama:  To mleko! Sfermentowało! Lada chwila wybuchnie. Uciekajmy, póki czas.

 

(Towarzystwo rzuca się na złamanie karku na schody; widać sylwetki w panicznej ucieczce, sylwetki oddalają się, jest coraz ciszej, ciszej, ciemniej, wyciemnienie.)

 

 

Koniec

 

 

powrót