powrót

 

Bogdan Chorążuk

 

 

 

 

JAK W TEATRZE

 

 

Osoby:
1.    ON
2.    ONA
3.    REŻYSER
4.    GLOS(Y)


AKT I

Scena 1.

 

Widownia jeszcze poprawia się na miejscach. Kurtyna zasłonięta. Na widowni jasne światło. Nagła ciemność. Gdzieś, jednocześnie ze wszystkich miejsc na sali, poprzez gigantofony słychać potężny wybuch, a za chwilę jęki i rzężenia umierającej.
Nawoływania obsługi i aktorów z różnych miejsc sali.
W gigantofonach trzask buzującego płomienia.
Jednocześnie przez minutę na widowni i scenie absolutna ciemność. Słychać, jak między rzędami i z tyłu widowni ktoś biega, coś przesuwa.
Reflektory skierowane w drzwi wejściowe do sali. Spoza nich wychodzą ON i ONA. Powoli zapala się na scenie światło. Na scenie reżyser. Gestami przywołuje ich.

ONA:     Jak sądzisz, czy to już się stało? (przez moment milczy). Chyba tak. Publiczność jest spokojna. Tak, to już się stało.
ON:        Publiczność? Niech ją diabli! Co ona ma do tego. Ach, jestem dziś taki zmęczony! Jasne. To już stało się. Ten wstęp jakiś dziwny.
ONA:     Dziwny? Dlaczego. Oni (pokazuje na widownię) powinni być zadowoleni. Jeszcze się nic nie zaczęło, a już im się zwróciła forska za bilety.
ON:        Hm. Dzisiaj jest 9 grudnia 1963 roku. Próby zaczęły się w.
ONA:     Nie żyje. To znaczy, że. Tak. To znaczy, że dla niej zabrakło wszystkiego? Całego Wszechświata? Odpowiedz, czy to mniej więcej tak?
ON:        Daj spokój.
ONA (histerycznie):  Odpowiedz, odpowiedz, odpowiedz.
ON:        Słuchaj no, mała. Chcesz w dziób? (powoli wchodzą z widowni na scenę, przez cały czas nie widzą Reżysera, których ich obserwuje z boku)
ONA:     Nie ukryjesz przede mną niczego! (milczy) Czy to już dzisiaj? (milczenie) Tak się boję!
ON:        Może dzisiaj, a może nie dzisiaj.
ONA:     Ale wcześniej czy później to się i tak stanie. Na pewno.
ON:        Bo ja wiem? Chyba tak.
ONA:     Słuchaj no, ty! Mam prawo wiedzieć! (po chwili): A zresztą możesz nie mówić. Ja i tak wszystko wiem.
ON:        Wiesz - co?
ONA:     Wiem wszystko.
ON:        To znaczy - wiesz kiedy, wiesz - jak, i może wiesz nawet - dlaczego?
ONA:     Przestań się zgrywać. I tak wiem, że się boisz. Aż śmierdzisz strachem! Tym strachem, który ukrywasz przede mną. Który ukrywasz nawet przed sobą. Ale ja ciebie znam!
ON:        Ostatecznie jesteśmy ze sobą tyle lat. Nie masz się czym chwalić. To żadna sztuka.
ONA:     A propos. Ten początek rzeczywiście nie wyszedł.
ON:        I dlatego pewnie zaproponujesz, żeby jeszcze raz powtórzyć.
ONA:     A jak myślałeś. Sam przecież widzisz, że wszystko się rozłazi. Reżyser będzie wściekły.
(Reżyser schodzi ze sceny bez słowa
ON:        Reżyser. Reżyser. Od razu Reżyser. Zawsze z nim wyjeżdżasz nie w porę. A nam zostało może jeszcze kilka godzin.
ONA:     Postaraj się o tym zapomnieć. Musimy do końca zrobić co do nas należy.
ON:        Ba! A co my właściwie robimy? I kto tu pierwszy zaczął histeryzować? Pójdę sprawdzić efekty.
(wychodzi za kulisy)

 

Scena 2.

               ONA.
Głos z magnetofonu.
Ona włącza ostentacyjnie magnetofon.

GLOS kobiety z magnetofonu:  To co, powtarzamy, czy nie? Wy chyba nigdy nie przestaniecie się przekomarzać. Moglibyście przynajmniej dzisiaj dać sobie z tym spokój.
ONA:     Dlaczego akurat dzisiaj? (milczenie) Ach, tak, rzeczywiście. Wszystko mi się miesza. Człowiek tak przesiąkł tym wszystkim, że już naprawdę nie wie, gdzie się kończy teatr, a gdzie życie zaczyna.
GŁOS:   Wejście było głupawe: nie przewidzieliście paniki publiczności.
ONA:     Paniki jednak nie było.
GŁOS:   Tym razem. Ale.
ONA:     Mniejsza z tym, słuchaj, jak ci tam jest? Bo przecież ciebie nie ma.
GŁOS:   To jest bez znaczenia. Czy kiedykolwiek istniałam? Co znaczy istnieć? Czy nie wystarczy ci to, że jestem gotowa wziąć w następnej próbie udział?
ONA:     Naprawdę tracę już rozeznanie w tym wszystkim. Wiem, że dzisiaj, może zresztą nie dzisiaj, zdarzy się coś, czemu nie można zapobiec.
GŁOS:   Zdarzy się coś potwornego, coś, od czego w jednej chwili pobieleją ci wszystkie włosy, coś, od czego zaczniesz w oczach swego męża rozpadać się, przestawać, unicestwiać. Coś, czemu nie można zapobiec. Dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę. Naprawdę dobrze.
ONA:     Jak myślisz, czy on wie o tym na pewno?
GŁOS:   Kochasz go, jak widzę. Tak. No to co - zaczynamy?
ONA:     I nawet nie wiem, jak to będzie wyglądało. Mam uczucie trochę podobne do tremy, tremy przed premierą. Zwielokrotnione. Nie, to jeszcze nie to. Czuję się tak, jakby to moje uczucie tremy siedziało naprzeciwko mnie w fotelu z poderżniętym gardłem i rozmawiało o najbardziej niezawodnych metodach pozbywania się królików.
GŁOS:   Chyba - o najbardziej niezawodnych metodach mnożenia królików.
ONA:     Tak, tak.
GŁOS:   Pomyliłaś się! po raz pierwszy. Uważaj. Zostało ci niewiele!
ONA:     To naprawdę głupie. Przypuszczam, że on mimo wszystko kocha mnie. Niekiedy, kiedy do mnie mówi, szczególnie, gdy.
(W tym momencie słychać nagle nasilający się oddech, bicie serca - wszystko super-wzmocnione przez gigantofony, odgłos szamotaniny, zduszone jęki, kroki zbliżającego się, biegnącego człowieka, jakiś jeszcze jeden zduszony jęk oraz dźwięk uderzenia, a następnie przeraźliwy, świdrujący krzyk - ale inny niż w 1. scenie - kobiety z magnetofonu.)

 

Scena 3.

ONA:     Co. Co. to. by-ło? (krzyczy): Co to było? (pytanie zwrócone w stronę magnetofonu)
ON         (który przed chwilą wszedł ubrany w mundur wojskowego-policjanta, z tyłu za nią):  To? Ach nic takiego. Znowu go wytropiliśmy. Skurwysyn. Całego mnie podrapał.
ONA:     I, i co?
ON:        Ach, nie warto mówić. Już jest w kostnicy. Powiadam ci, tak się wyprężył tym razem, tak kwiczał, jak go trzepnąłem tym (pokazuje skrwawiony nóż), że. Trzeba go ciągle i ciągle od nowa zabijać.
ONA:     Ale ja przecież słyszałam głos kobiety. Przeraźliwy krzyk gwałconej. Słuchaj, ty coś przede mną ukrywasz!
ON:        Naprawdę nie masz się o co martwić. Przecież jestem kawalerem. I wojskowym. Ty nic nie rozumiesz. Żołnierz w każdej chwili może wykopyrtnąć. Żołnierz ma prawo, rozumiesz, moralne prawo do tego i owego. A poza tym.
ONA:     Wiem, wiem. Wiem, co chcesz powiedzieć. Którego dziś mamy?
ON:        Chwileczkę (podchodzi do ściennego kalendarza). No tak: 23 lipca.
ONA:     Mniejsza o detale. Który rok?
ON:        Zaraz, zaraz. Jeżeli jestem w mundurze, to znaczy 1943.
ONA:     1943. Mam się gdzieś spotkać ze Stefanem. Wiesz. Opowiadałam ci o nim. To on był tym pierwszym.
ON:        A ja drugim. Tak, tak, znamy ten tekst. Zawsze jesteśmy drudzy. Mogłybyście się wysilić bardziej. Zaczyna mnie to nudzić.
ONA:     Kiedy naprawdę. wiesz, on jeszcze nie wie o tym, że za kilka dni zginie.
ON:        I to w najgłupszy sposób.
ONA:     No tak. Szedł na akcję. Bał się. Wprost trząsł się ze strachu. To była jego pierwsza. Wiem, znam ten strach. Sama nim jestem.
ON:        I co?
ONA:     Mówiłam ci przecież. Opowiadałam tyle razy. Więc szedł na tę swoją pierwszą akcję, trząsł się. Był niemal oślepły ze strachu. Z wiązką granatów pod płaszczem. Nie obejrzał się nawet. Szedł przez ulicę jak ślepy. Jak pijany. Zataczał się. To było na skrzyżowaniu Alej z Marszałkowską. Wszedł na jezdnię. Nie obejrzał się. Samochód, wyładowany Niemcami wyleciał w powietrze z nim razem. Na tej wiązce granatów.
ON:        Słuchaj no, czy on naprawdę jeszcze nie wie nic? Będziesz przecież dzisiaj u niego. To stało się w środę?
ONA:     Nie, w piątek. Będę u niego dopiero pojutrze.
ON:        Ty kurwo!
ONA:     Nie masz prawa tak mówić! Ja go, widzisz, kocham.
ON:        Kocham, kocham! A ja to co? Ja się nie liczę?
ONA:     Ty? Ty?! Ciebie przecież poznam dużo później. Ty jeszcze nie istniejesz. Dla mnie.
ON:        Interesujące. To w takim razie kto przed chwilą.
ONA:     Będę u niego w piątek. Może by go jednak przestrzec?
ON:        Dobre sobie! Przestrzec! Lepiej byś zrobiła darując go sobie w ogóle. Choćby ze względu na mnie. Z chwilą, kiedy wejdziesz do jego łóżka, pomiędzy mną a tobą.
ONA:     Miłość, nienawiść. Miłość-nienawiść. Nienawiść-miłość. Miłościowiść. Nienawiłość.
ON:        No dobrze już. Przestań nawijać. Czy można by temu zapobiec?
ONA:     Powinniśmy. To nasz patriotyczny obowiązek!
ON:        Ach, patriotyczny obowiązek.
ONA:     A ta (pokazuje na bagnet) to kto właściwie był?
ON:        Eee. Taka jedna. Niemczura. Strzelała do nas z okien piętra. Mogliśmy ją wykończyć granatami. Ale ja się uparłem. Postanowiłem wziąć ją żywcem. Kiedy chłopcy kładli ogień zaporowy podkradłem się do drzwi, zaszedłem ją od tyłu. Kiedy.
ONA:     Była ładna?
ON:        Była spocona i brudna. To mnie podnieciło. Rąbnąłem ją w kark kolbą pistoletu.
ONA:     Ach, to wtedy tak kwiknęła, że aż z magnetofonu trysnęła krew.
ON:        No tak. Jeżeli do krwi jeszcze dodasz spermę, chwała naszego zwycięstwa będzie bardziej wieczna.
ONA:     Nasze sztandary na gruzach powalonego krwiopijcy.
ON:        Odwieczny wróg.
ONA:     Faszysta.
ON:        Miała cipeczkę jak garnuszek. Gliniany garnuszek.
ONA:     A mnie zawsze po tym chce się śmiać.
ON:        Durna, czy co?
ONA:     A bo pan taki śmieszny.
ON:        Co pani robi dziś wieczorem?
ONA:     Którego dziś mamy?
ON:        Piątek.
GŁOS    (z radia, które przed chwilą na scenę wniósł człowiek z obsługi):  Halo, halo! Tu Warszawa! Mamy dziś piątek, dnia 11 lipca 1951 roku. Podajemy wiadomości. W dniu wczorajszym generalissimus Stalin przyjął na Kremlu.
ON:        O Jezu, niech pani to ściszy. A zatem?
ONA:     Dzisiaj nie mogę.
ON:        A gdyby pani mogła?
ONA:     Ple, ple.
ON:        Mam wobec pani zamiary. Poważne zamiary.
ONA:     Ale -
GŁOS z radia:  Przestańcie już na litość boską! Słuchać tego nie można. Przepraszam państwa. Podajemy dalszy ciąg wiadomości. Jak donosi nam nasz specjalny wysłannik, w Karaczi.
GŁOS z magnetofonu:  Nie, tu naprawdę można zwariować. Wyłączcie go, bo.
ON:        No dobrze, dobrze. To co, powtarzamy?
GŁOS:   Ale - od razu powtarzamy! Co ty sobie myślisz? Nie bierzesz pod uwagę nastroju widowni. Czy widzisz tę dziewczynę w trzecim rzędzie?
ON:        Która, która, czy ta z.
ONA:     Pst: idzie Reżyser.
(Na scenę wchodzi strażak. Wnosi coś i stawia to-to na podłodze.)
A nie, to tylko strażak.
GŁOS:   Powiadasz, że strażak? O Jezu! Strażak?! To coś się chyba pali. Niczego nie widzę!
ONA:     I nic dziwnego. Jeszcze by tego brakowało! Jedziemy dalej?
ON:        Widzę, że już zapomniałaś, co nas dzisiaj czeka.
GŁOS:   No nie! Jak jej tak ciągle będziesz o tym przypominał, to z próby wyjdą nici!
ON:        Powiedziałem: mam tę próbę gdzieś!
ONA:     Żeby to można było odwrócić w jakiś sposób. Czy naprawdę nie ma żadnego sposobu?
GŁOS:   Niestety! Biedne dziecko! To się naprawdę stanie jeszcze dzisiaj, może jutro, w każdym razie stanie.
ONA:     Kiedy nie wiem, co się stanie.
ON:        Żebym przynajmniej wiedział - kiedy.
ONA:     Lub choćby - w jaki sposób. Nie kiwnę palcem!
ON:        I co - będziesz czekała? Czekała - na co?
ONA:     Nie będę nic robiła, skoro to i tak ma się zdarzyć!
ON:        Możesz tak czekać długo.
ONA:     Nie kiwnę palcem!
ON:        Słuchaj no, bęcwale. Zaraz wstaniesz i zaczniesz robić. Robić cokolwiek. Chociażby dobre wrażenie?
GŁOS z magnetofonu:  Do złej gry -
ON i GŁOS z magnetofonu (recytują):  moczyć majtki ze strachu, ale udawać, że cię to nic nie obchodzi.
ON i wiele magnetofonów (chóralnie):  rzygać krwią, ale mieć twarz kamienną! Uśmiechać się. Powinnaś śmiać się, śmiać się, śmiać - ty bęcwale!
ONA:     Śmiać się do rozpuku? Bardziej jeszcze? Bardziej niż bardziej?
(Z magnetofonu słuchać kroki nadchodzącego człowieka.)

 

Scena 4.

               ONA
REŻYSER (wchodzi)

REŻYSER:    Świetnie, świetnie moje dziecko. Tylko ten początek. No, ale to nie nasza wina.
ONA:     Nie mogę, już naprawdę nie mogę. Dłużej tego nie wytrzymam!
REŻYSER:    Dobrze, naprawdę dobrze. Robisz to bezbłędnie. Tak trzymaj. Pamiętam w 34, nie, to było, a zresztą. Solski, tak, tak, pracowałem z nim kiedyś.
ONA:     Słabo mi.
REŻYSER:    Za mocno krwawisz. Przesadzasz. W teatrze nie wolno przesadzać. Tak jak i w życiu.
ONA:     Wody.
REŻYSER:    W tej scenie będą cię oklaskiwali. Tylko ta krew! Tyle krwi! (podaje jej opaskę Esmarcka) Zaciśnij sobie żyły.
(Na scenie powiększa się wielka plama krwi)
ONA:     Świadomość, że to się może zdarzyć w każdej chwili, paraliżuje mnie.
REŻYSER:    Bezbłędnie, bezbłędnie! Tak trzymaj! Popuść opaskę. Nie przejmuj się. Zawsze cię jeszcze zdążymy uratować. Popuść, popuść bardziej. Mała transfuzja rzecz całą załatwi od ręki. Ależ, no tak, ty najwyraźniej mdlejesz. Ale aktorka! To będzie bomba!
(Podnosi jej powieki) Blada. Wykrwawiła się zupełnie. Nie wiem, czy przy tak forsownej robocie dociągnie choćby do końca przedstawienia. Trzeba by poluźnić reżim. Ale bomba!
(Powoli wycofuje się za kulisy)
Ale bomba!
(Ściemnienie, obsługa zmienia dekoracje przy otwartej kurtynie.)

 

Scena 5.

               Wchodzi ON.
ONA nieprzytomna nadal. Kałuża krwi. ON w kalesonach.

ON         (macza palce w kałuży):  Krew (milczy). Krew i sperma (milczenie). Krew, sperma i cywilizacja (milczenie, z magnetofonu leją się kaskady sypkich dźwięków: niech reżyser coś wymyśli).
Krew, sperma, cywilizacja i jeszcze kilka rzeczy. Wiele różnych rzeczy. Ale tupik (śmieje się). Tupik i trupik. Ciekaw jestem, jak z tego wybrną. Reżyser też nie jest bez winy. Chwileczkę, zreasumujmy: w tej chwili jest godzina 19.23. Spektakl trwa zatem dopiero od 23 minut. W zasadzie tylko dwoje aktorów: ON i ONA.
(Dalszy ciąg z magnetofonu. ON schodzi ze sceny, magnetofon mówi jego głosem)
ON:        W 23 minucie zostaje tylko jeden martwy aktor. Czy trup aktora jest zdolny udźwignąć ciężar oczekiwania całej, nabrzmiałej ludźmi sali? Biedaczka. A jednak przeczucia nie zawiodły jej. No dobrze. Lekarze później zobaczą, co się stało. Kiedy ma być sekcja? Co mają lekarze w tej sprawie orzec? Dziś tyle ludzi umiera na serce. No, ale to było co innego.
REŻYSER      (wchodzi):  Ja tobie mówię: wstań!
ON         (jako głos z magnetofonu):  Durniu! Ona nie żyje!
REŻYSER:    Nie żyje! Zaraz nie żyje! To znaczy owszem. Ona nie żyje, tego wymaga tekst sztuki. Ale sztuka jest tylko sztuką, jest czymś sztucznym. Można ją przerwać w dowolnym momencie. I zrobię to, bowiem tak chcę. Ba! Tego domaga się od nas publiczność. Wystarczy spojrzeć na nią. Ludzie się zaczynają gubić. (do zmarłej): Ja tobie mówię: wstań, wstań do diabła!
ONA      (słabym głosem):  Gdzie jestem? Co się stało? (przytomnieje) Kim pan jest?
REŻYSER:    Chwileczkę, chwileczkę! Czy to nie za wiele pytań? Zamiast okazać mi wdzięczność, pani mnie zarzuca pytaniami. Proszę się pozbierać, trzeba wziąć pod uwagę publiczność.
ON         (z magnetofonu):  Wziąć pod uwagę?
REŻYSER:    Słucham, czy pani coś mówiła?
ONA:     Ja? Skądże. To on (wskazuje na magnetofon).
REŻYSER:    To dziwne. No, ale niech tam. Trzeba wezwać obsługę, niech usunie tę plamę.
(Woła za kulisy): Hej, hej!
(Wchodzi sprzątaczka, wyciera krew.)
ONA:     Słabo mi. Chodźmy już.
REŻYSER:    Ja myślę. Straciła pani wiele krwi (wychodzą).
ON         (z magnetofonu):  To jego wina. Jeszcze trochę, a byłoby po tobie.

 

Scena 6.

               Wchodzą:
ON - jako starzec w pumpach, marynarka w kratkę, kapelusz tyrolski z piórkiem, ale jednak wyraźnie ON, widz musi w nim z miejsca go rozpoznać.
ONA - jak 5-letnia dziewczynka, warkocze, lalka, palec w buzi, sepleni.
ON ją prowadzi za rękę.

ON:        Ledwie cię odratowaliśmy (kaszle).
ONA:     Cio to jest play Strindberg?
ON:        Straciłaś wiele krwi. Lekarz powiedział, że gdyby.
ONA:     Dzisiaj w przedszkolu pani powiedziała, że czajki są dziababy. Ja chcę siusiu! (upuszcza lalkę, popłakuje)
ON:        Słuchaj-no, czy ten reżyser się do ciebie przypadkowo nie dostawia? Ma takie rozlatane ręce, kiedy na ciebie patrzy.
ONA:     Ja chcę siusiu!.
ON:        Minęło tyle lat, a ja ciągle nie potrafię jeszcze ścierpieć nawet tego, jak ktoś na ciebie patrzy. Gdy widzę, że mężczyzna  wyłuskuje spod sukienki twoje ciało, mam.
ONA:     Ja chcę dziababa!
ON:        Wiem, wiem! To o pani wspominała Liska. Proszę moją propozycję traktować poważnie. Dziś ludzie są tacy rozbiegani. W pani jest coś, co mi się podobało od pierwszego momentu. Jest pani taka spokojna! Imponuje mi spokój innych ludzi (kaszle). Może dlatego, że sam jestem zupełnie inny. To znaczy jestem taki właśnie, jakim mnie pani widzi, ale między nami mówiąc, to nieprawda. (kaszle, smarka w chustkę) Do tego mogę się przyznać tylko pani. Jestem w gruncie rzeczy zupełnie inny. Od dawna już podejrzewałem, że nie jestem sobą. Nieraz, gdy zdarzyło się coś, co mnie zmuszało do jakiejś szczególnej reakcji, bowiem nie można było nie zareagować, ze zdumieniem się przypatrywałem swoim gestom, słuchałem nie-swoich słów wypowiadanych przez moje usta, jakbym to nie ja robił to, co robiłem. Dopiero kiedy spotkałem tego faceta, wiele rzeczy stało się dla mnie jaśniejszymi. Chociaż do dzisiaj jeszcze wszystkiego nie rozumiem. Wiem na przykład, że często, że niekiedy, to właśnie on, a nie ja, jest mną. Ale co się dzieje, kiedy ja jestem sobą? Czy jestem? Ba! Być - jestem. Ale czy być nie sobą, znaczy mimo wszystko jakoś-być? Jeszcze nie dalej jak wczoraj zrobiłem coś, czego bym nigdy nie zrobił. To znaczy, chciałem powiedzieć, że zrobiłem coś, czego ja, powtarzam, ja, nigdy bym nie zrobił. Wstydzę się o tym nawet pani mówić. Będzie nam, jak przypuszczam, dobrze ze sobą. Nie jestem bogaty, ale chciałbym pani zapewnić przynajmniej życie. Życie pozbawione wszelkich trosk. Pieniądze. Wiem, że i pani nigdy w życiu nie przelewało się, ale moja pozycja nie jest ostatnio tak zła. Pani nie może nie zgodzić się. Kocham panią, ach kocham panią od tak dawna. Lidka. A zresztą. Mamy niewiele czasu. Jestem już jedną nogą w grobie. Musimy się śpieszyć.
(W tym momencie ONA wychodzi za scenę. Zaraz potem słychać krzątaninę, przesuwanie mebli, trzaskanie jakichś garnków, dźwięk szkła, śmiechy rozbawionych gości, donośny głos pani.)
ONA      (zza kulis):  Niech Marysia poda tę wiśniową. (głosy gości) Wiśniową, a nie tę.
GŁOS I  (zza kulis):  Jej majątek szacują na osiem milionów!
GŁOS II:        A co się właściwie stało z jej mężem?
GŁOS I: Nikt nie wie, ale się przypuszcza.
ONA:     Niech to Marysia położy na stoliku.
GŁOS Marysi:          Kiedy stolik nie sprzątnięty.
GŁOS II:        Osiem milionów!
GŁOS I: Co najmniej.
ON         (na scenie. Dotychczasowy GŁOS I sceny, to był jego głos. ON mówi w dalszym ciągu tak, jakby ONA się nadal znajdowała w pokoju):
Raz zdawało mi się, że go widzę niedaleko. Tuż przed sobą. Jak szedł. Podbiegłem, cały drżałem. Wyprzedziłem go i miałem wrażenie, że to ja idę przed sobą: to były moje plecy, moje ubranie, każdy jego krok był taki, jak mój. Trzymał w ręku teczkę, w której, wiedziałem to doskonale, co się znajdowało, bo przecież jeszcze niedawno układałem w niej systematycznie: śniadanie, które mi pani przygotowała, kiedy wróciłaś ze szpitala, urodziłaś Edwarda, tego, którego zabili nam Niemcy, ech, jakie on ma jasne włoski. Edziu! Edziu! po obiedzie jesteś już? no to: pusz, pusz, pusz!
(Za sceną wybuch śmiechu gości, następnie kwilenie dziecka, następnie jego głos z magnetofonu zza sceny):
Znowu się zesrało! Będzie z Edzia tęgi kawalerzysta!
(Następnie głos rozhisteryzowanej panienki: Niech Edzio zabierze tę rękę, a to Edziowi dam po pysku!)
ON         (na scenie, śmieje się):  Czy było ci przyjemnie? Wiesz, nie spodziewałem się (zachowuje się jak podczas stosunku płciowego: przyspieszony oddech, pojękiwania, westchnienia, rzężenie). Nie spodziewałem się, że może istnieć coś tak przyjemnego. Tego nie da się opowiedzieć. Nie ruszaj się! Czy pani lubi Brahmsa? Sala u nas taka mało akustyczna! Zaraz to zrobię, o, zaraz to zrobię! Teraz odwróć się, tak będzie przyjemniej, czy dzisiaj jest niedziela?
(Zza sceny słychać z gigantofonów narastający rytm oddechu spółkujących, a następnie wstrzymywany krzyk towarzyszący wspólnie przeżywanemu orgazmowi.)
(ON tarza się niemal po podłodze.)
ONA      (wchodzi ubrana bogato: pióra, muślin, aksamity, połysk):  Wie pan, pewien facet chciał mi odgryźć piersi. Ale mu się nie udało! Odgryzł tylko jedną! (staje daleko od niego, zaczyna zachowywać się tak jak podczas stosunku) Tylko nie zrób tego do środeczka! Ja się boję! Dzisiaj nie można!
ON:        Powiedz Edziowi, żeby przestał latać za Maryśką. Jeszcze mi w domu brakuje bachora!
ONA:     Powiedz mi, że mnie kochasz! Och! Jakie ty masz oczy! (zwija się jak podczas orgazmu)
(Odgłos orgazmu z gigantofonu za sceną, krzyki miłosne.)
ONA      (nagle krzyczy):  Niech pan zabierze tę rękę. Ach, świnia! Jak pan to ślicznie powiedział! A co było dalej?
ON:        Jesteśmy biedni, lecz stać mnie na nas! Rzucę ci pod stopy siebie! Będziesz mnie mogła deptać i całować, posyłać po cukierki!
(Zza sceny słychać histeryczny krzyk mężczyzny II.)
M. II:      Ja cię nauczę! Będzie mi tu odgryzał piersi!
GŁOS I (jego):          Ludzie, ludzie, uspokójcie się. Na sali pełno gości!
GŁOS II:        Jak mu dam po mordzie, to mu się odechce! Rasputin! Kariatyda na własnym palu, we własnym sosie, we własnym ubraniu!
GŁOS I: Niech się pan uspokoi. No, niech się pan uspokoi.
GŁOS III:       Zło przeminie, chwila szczęścia niedaleka. E tam.
ON         (na scenie, dalej tym samym co poprzednio tonem):  Jesteśmy tacy biedni! Nie stać nawet na siebie. A propos: co pani robi dziś wieczorem?
ONA:     Och, nie tak mocno, nie tak mocno! (krzyczy): To boli! Przestań! Proszę - przestań!
ON         (włącza radio).
GŁOS z radia:  Tu Moskwa. Na posiedzeniu plenarnym car rozdwoił się i zaczął szaleć. Sprawę zbadała komisja. Brak bliższych szczegółów. Paryż. Dzisiaj, o piątej nad ranem, zatraciła się w swych apartamentach znana multimilionerka Bamba-Buba, pieszczotliwie zwana Pamba-Puba. Było to wielkie przeżycie. Ach, tu Bejrut, grupa abisyńskich.
ON         (wyłącza radio): A pamiętasz ten wieczór, kiedy Edziowi przyniesiono zawiadomienie o śmierci? Bo ty przecież nie żyjesz? Idę po papierosy. (wychodzi)
ONA:     Tak, ale ta scena wydaje mi się przesadnie zagrana.
GŁOS z magnetofonu (ten sam co w scenie 1.):  To co, powtarzamy?
ONA:     Może od sceny 3.?
GŁOS z magnetofonu:  Od sceny 3.?
(Słychać, jak ktoś biegnie, słychać wzmocniony przez gigantofony odgłos bicia serca - wszystko jak w zakończeniu sceny 2.)

 

Scena 7.

Zagrana w zupełnie innym tempie i konwencji.

ONA:     Co. to. by-ło? (krzyczy): Co to było? (pytanie zwrócone w stronę magnetofonu)
ON         (który przed chwilą wszedł ubrany w mundur wojskowego-policjanta, z tyłu za nią):  To? Ach, nic takiego. Znowu wytropiliśmy. Skurwysyn. Całego mnie podrapał.
ONA:     I, i co?
ON:        Ach, nie warto mówić. Już jest w kostnicy. Powiadam ci, tak się wyprężył tym razem, tak kwiczał, jak go trzepnąłem tym (pokazuje skrwawiony nóż), że. Trzeba go ciągle i ciągle od nowa zabijać.
ONA:     Ale ja przecież słyszałam głos kobiety. Przeraźliwy krzyk gwałconej. Słuchaj, ty coś przede mną ukrywasz!
ON:        Naprawdę nie masz się o co martwić. Przecież jestem kawalerem. I wojskowym. Ty nic nie rozumiesz. Żołnierz w każdej chwili może wykopyrtnąć. Żołnierz ma prawo, rozumiesz, moralne prawo do tego i owego. A poza tym.
ONA:     Wiem, wiem. Wiem, co chcesz powiedzieć. Którego dziś mamy?
ON:        Chwileczkę (podchodzi do ściennego kalendarza). No tak: 23 lipca.
ONA:     Mniejsza o detale. Który rok?
ON:        Zaraz, zaraz. Jeżeli jestem w mundurze, to znaczy 1943.
ONA:     1943. Mam się dziś spotkać ze Stefanem. Wiesz. Opowiadałam ci o nim. To on był tym pierwszym.
ON:        A ja drugim. Tak, tak, znamy ten tekst. Zawsze jesteśmy drudzy. Mogłybyście się wysilić bardziej. Zaczyna mnie to nudzić.
ONA:     Kiedy naprawdę. wiesz, on jeszcze nie wie o tym, że za kilka dni zginie.
ON:        I to w najgłupszy sposób.
ONA:     No tak. Szedł na akcję. Bał się. Wprost trząsł się ze strachu. To była jego pierwsza. Wiem, znam ten strach. Sama nim jestem.
ON:        I co?
ONA:     Mówiłam ci przecież. Opowiadałam - tyle razy. Więc szedł na tę swoją pierwszą akcję. Trząsł się. Był niemal oślepły ze strachu. Z wiązką granatów pod płaszczem. Nie obejrzał się nawet. Szedł przez ulicę jak ślepy. Jak pijany. Zataczał się. To było na skrzyżowaniu Alej z Marszałkowską. Wszedł na jezdnię. Nie obejrzał się. Samochód, wyładowany Niemcami wyleciał w powietrze z nim razem. Na tej wiązce granatów.
ON:        Słuchaj no, czy on naprawdę jeszcze nie wie nic? Będziesz przecież dzisiaj u niego. To stało się w środę?
ONA:     Nie, w piątek. Będę u niego dopiero pojutrze.
ON:        Ty kurwo!
ONA:     Nie masz prawa tak mówić! Ja, widzisz, go kocham.
ON:        Kocham, kocham, a ja to co? Ja się nie liczę?
ONA:     Ty? Ty?! Ciebie przecież poznam później. Ty jeszcze nie istniejesz. Dla mnie.
ON:        Interesujące. To w takim razie kto przed chwilą.
ONA:     Będę u niego w piątek. Może by go jednak przestrzec?
ON:        Dobre sobie! Przestrzec! Lepiej byś zrobiła darując go sobie w ogóle. Choćby ze względu na mnie. Z chwilą, kiedy wejdziesz do jego łóżka, pomiędzy mną a tobą.
ONA:     Miłość, nienawiść. Miłość-nienawiść. Nienawiść-miłość. Miłościowiść. Nienawiłość.
ON:        No dobrze już. Przestań nawijać. Czy można by temu zapobiec?
ONA:     Powinniśmy. To nasz patriotyczny obowiązek!
ON:        Ach, patriotyczny obowiązek.
ONA:     A ta (pokazuje na bagnet) to kto właściwie był?
ON:        Eee ta. Taka jedna. Niemczura. Strzelała do nas z okien piętra. Mogliśmy ją wykończyć granatami. Ale ja się uparłem. Postanowiłem wziąć ją żywcem. Kiedy chłopcy kładli ogień zaporowy podkradłem się, zaszedłem ją od tyłu. Kiedy.
ONA:     Była ładna?
ON:        Była spocona i brudna. To mnie podnieciło. Rąbnąłem ją w kark kolbą pistoletu.
ONA:     Ach, to wtedy tak kwiknęła, że aż z magnetofonu trysnęła krew.
ON:        No tak. Jeżeli do krwi jeszcze dodasz spermę, chwała naszego zwycięstwa będzie bardziej wieczna.
ONA:     Nasze sztandary na gruzach powalonego krwiopijcy.
ON:        Odwieczny wróg.
ONA:     Faszysta.
ON:        Miała cipuszkę jak garnuszek. Gliniany garnuszek.
ONA:     A mnie zawsze po tym chce się śmiać.
ON:        Durna, czy co?
ONA:     A bo pan taki śmieszny.
ON:        Co pani robi dziś wieczorem?
ONA:     Którego dziś mamy?
ON:        Piątek/
GŁOS z radia (które przed chwilą na scenę wniósł człowiek z obsługi):  Halo, halo, tu Warszawa. Mamy dziś piątek, dnia 11 lipca 1951 roku. Podajemy wiadomości. W dniu wczorajszym generalissimus Stalin przyjął na Kremlu.
ON:        O Jezu, niech pani to ściszy. A zatem?
ONA:     Dzisiaj nie mogę.
ON:        A gdyby pani mogła?
ONA:     Ple, ple.
ON:        Mam wobec pani zamiary. Poważne zamiary.
ONA:     Ale -
GŁOS z radia:  Przestańcie już na litość boską! Słuchać tego nie można! Przepraszam państwa. Podajemy dalszy ciąg wiadomości. Jak donosi nam nasz specjalny wysłannik, w Karaczi.
GŁOS z magnetofonu:  Nie, tu naprawdę można zwariować. Wyłączcie go, bo.
ON:        No dobrze, dobrze. To co, powtarzamy?
GŁOS:   Ale, od razu powtarzamy! Co ty sobie myślisz? Nie bierzesz pod uwagę nastroju widowni. Czy widzisz tę dziewczynę w trzecim rzędzie?
ON:        Która, która, czy ta z.
ONA:     Pst: idzie Reżyser.
(Na scenę wchodzi strażak. Wnosi coś i stawia to-to na podłodze.)
A nie, to tylko strażak.
GŁOS:   Powiadasz, że strażak? O Jezu! Strażak?! To coś się chyba pali! Niczego nie widzę!
ONA:     I nic dziwnego. Jeszcze by tego brakowało! Jedziemy dalej?
ON:        Widzę, że już zapomniałaś, co nas dzisiaj czeka.
GŁOS:   No nie! Jak jej tak ciągle o tym będziesz przypominał, to z próby wyjdą nici!
ON:        Powiedziałem: mam tę próbę gdzieś!
ONA:     Żeby to można było odwrócić w jakiś sposób. Czy naprawdę nie ma żadnego sposobu?
GŁOS:   Niestety. Biedne dziecko! To się naprawdę stanie jeszcze dzisiaj, może jutro, w każdym razie stanie.
ONA:     Kiedy nie wiem, co stanie się.
ON:        Żebym przynajmniej wiedział - kiedy.
ONA:     Lub choćby - w jaki sposób. Nie kiwnę palcem!
ON:        I co - będziesz czekała? Czekała - na co?
ONA:     Nie będę nic robiła, skoro to i tak ma się zdarzyć!
ON:        Możesz tak czekać długo.
ONA:     Nie kiwnę palcem!
ON:        Słuchaj no, bęcwale! Zaraz wstaniesz i zaczniesz robić. Robić cokolwiek. Chociażby dobre wrażenie?
GŁOS z magnetofonu:  Do złej gry -
ON i GŁOS z magnetofonu (recytują):  moczyć majtki ze strachu, ale, ale udawać, że cię to nic nie obchodzi.!
ON i wiele magnetofonów (chóralnie):  Rzygać krwią, ale mieć twarz z kamienia, uśmiechać się.! Powinnaś się śmiać, śmiać się, śmiać, ty bęcwale!
ONA:     Śmiać się do rozpuku? Śmiać się jeszcze bardziej? Bardziej niż bardziej?!
ON         (z magnetofonu kroki nadchodzącego); Cholera, znowu on!
(wycofuje się)

Scena 8.

REŻYSER (wchodzi)  Świetnie! Świetnie moje dziecko! Tylko ten początek. No, ale to nie nasza wina.
ONA:     Nie mogę, ja już naprawdę nie mogę. Dłużej tego nie wytrzymam!
REŻYSER:    Dobrze, naprawdę dobrze. Robisz to bezbłędnie. Tak trzymaj. Pamiętam w 34 roku, nie, to było. A zresztą. Solski. Tak, tak. Pracowałem z nim kiedyś.
ONA:     Słabo mi.
REŻYSER:    Za mocno krwawisz. Przesadzasz. Nawet w teatrze nie wolno przesadzać. Tak jak i w życiu.
ONA:     Wody.
REŻYSER:    W tej scenie będą cię oklaskiwali. Tylko ta krew! Tyle krwi! (podaje jej opaskę Esmarcka) Zaciśnij sobie żyły.
(Na scenie powiększa się wielka plama krwi)
ONA:     Świadomość, że to się może zdarzyć w każdej chwili, paraliżuje mnie.
REŻYSER:    Bezbłędnie, bezbłędnie! Tak trzymaj! Popuść opaskę. Nie przejmuj się. Zawsze cię jeszcze zdążymy uratować. Popuść, popuść bardziej. Mała transfuzja i sprawa się wyjaśnia. Ale aktorka! No! To będzie bomba!
(Podnosi jej powieki) Blada. Wykrwawiła się zupełnie. Nie wiem, czy przy tak forsownie prowadzonej robocie dociągnie do końca przedstawienia. Trzeba poluźnić reżim. Ale bomba! (powoli wycofuje się za kulisy) Ale bomba!

 

Scena 9.

ONA podnosi się z podłogi, sprzątaczka wychodzi ze sceny. Dłuższe milczenie.

ONA:     Zdaje się, że coś powiedziałeś?
ON:        Straciłaś wiele krwi.
ONA:     Nie rozumiem, jak to się mogło stać. Przecież to teatr!
GŁOS z magnetofonu (taki jak w scenie 1. - kobiecy):  Teatr ma swoje prawa.
ONA:     Ale żeby stracić tyle krwi? To mi się niezupełnie podoba.
GŁOS z magnetofonu:  To jeszcze nic. Zobaczymy, co powiesz, jak zacznie się to, co ma się zdarzyć.
ON:        Czy coś ma się zdarzyć?
ONA:     Ona chyba żartuje. Czy to się ma zdarzyć naprawdę?
ON:        Przecież to teatr. To się nie może zdarzyć!
ONA:     To się nie może zdarzyć rzeczywiście!
ON:        Ostatecznie można by udawać, że to się zdarzyło, ale to nie znaczy, że to miałoby się zdarzyć rzeczywiście.
ONA:     Kontrakt teatralny nie mówił o żadnym grożącym nam niebezpieczeństwie.
GŁOS z magnetofonu:  Nie udawajcie chociaż przed sobą.
ONA:     Tak, wiem, ale chciałabym o tym zapomnieć.
ON:        Żeby przynajmniej wie4dzieć, na czym by to miało polegać!
ONA:     Wtedy można by tak pokierować akcją, żeby tego uniknąć.
GŁOS z magnetofonu:  A czy nie przyszło wam do głowy, że cała dotychczasowa akcja, akcja, w której bierzecie udział, prowadzi do tego nieodwołalnie? Że znajdujecie się na pochyłej, że staczacie się coraz niżej, coraz szybciej, że coraz mniej panujecie nad tym, co się dzieje? No, czy nie odnosicie takiego wrażenia?
ONA:     Słuchaj, ona chyba ma rację. Rzeczywiście, od pewnego momentu.
ON:        Nie wygłupiałabyś się. I nawet gdyby tak było, trzeba coś raczej robić, niźli molestować!
ONA:     Ale czy nie odczuwasz, że nasze postępowanie jest zdeterminowane? Mam takie wrażenie, jakby mój gest rzeczywiście był kierowany przez kogoś. I nawet nie wiem: we mnie, czy poza mną.
ON:        Że każde słowo, każdy twój krok jest obliczony.
ONA:     Pozornie wydaje mi się, że mogę za chwilę albo podejść do stolika, albo podejść do szafy. Tu, albo tu. I że mam do wyboru co najmniej te dwie możliwości, ale.
ON:        Ale wybierasz i tak tę, którą musisz wybrać.
ONA      (krzyczy):  To nieprawda! Chcę iść w kierunku szafki, nie chcę iść w kierunku stolika! Idę zatem w kierunku szafki, bo chcę tam iść!
ON:        Idziesz w kierunku szafki, bo właśnie tak masz postąpić.
ONA:     Ale w ostatniej chwili skręcę i podejdę jednak do stolika.
ON:        I oszukasz się tylko, bowiem i to zapewne było przewidziane w tekście. Choćbyś kluczyła całymi godzinami między szafą, stolikiem a sobą, to i tak będziesz musiała wybierać.
ONA:     A zatem, jednak mogę wybrać. To wszystko więc - nieprawda.
ON:        Niestety! Prawda. Cokolwiek wybierzesz, wybierzesz przeciwko sobie. Perfidia polega na tym, że musisz wybrać jedną z możliwości, kiedy ich jest tylko skończona ilość. I że każda prowadzi do tego samego.
GŁOS z magnetofonu:  Ejże! Nie przesadzaj! Jest jeszcze jedna możliwość!
ON:        Nie wierzę, że istnieje dla nas ratunek.
GŁOS z magnetofonu:  Pamiętaj, że ona może zrezygnować z wyboru.
ON:        To znaczy nie podejść ani do szafki, ani do stolika? Czy tak?
GŁOS z magnetofonu:  Tak właśnie powiedziałam.
ON:        I myślisz, że tym, co powiedziałaś, nas omamisz? Rezygnacja z wyboru z własnej woli, wolnej woli może się okazać czymś najbardziej groźnym w skutkach. A może chodzi właśnie o to, żeby nie dokonywać wyboru? Może dopiero wtedy to, czego oczekujemy, to straszne, będzie się mogło spełnić?
GŁOS z magnetofonu:  Jest jeszcze inna, tym razem radykalna możliwość.
ON:        Masz na myśli.
ONA      (krzyczy histerycznie):  Nie słuchaj jej, nie słuchaj jej! Ona nas prowokuje! Jej cały czas o to chodziło!
ON:        Tak. Nie damy się sprowokować. Tobie przez cały czas o to chodziło. Jeżeli to się ma zdarzyć, to niechaj zdarzy się samo. Nie będziemy nikomu w tym pomagali. Nasz kontrakt nie przewiduje takiej możliwości. Nie ma sumy, za którą by to można było kupić. Nie. Nie zgadzamy się.
GŁOS z magnetofonu:  Tak sądzisz? Naprawdę tak sądzisz? To jest możliwe tylko dlatego, że nie znasz dalszego ciągu.
ON:        Dalszego ciągu czego?
ONA:     Ona nam chce wmówić, że wie o wszystkim, co się dopiero ma zdarzyć.
(Krzyczy w stronę magnetofonu):  Nie bądź tak! taka!. Nikt nie wie tego, co dopiero się zdarzy w przyszłości! Przyszłość jest nieprzewidywalna. Nie jesteś prorokiem! Nie jesteś bogiem! Bóg nie istnieje od dawna! Nie żyje! Widziałam, jak umierał! Umierał także we mnie - dzień po dniu, godzina po godzinie! Pochowałam go! Pochowałam go w sobie! Jest we mnie od dawna już martwy! Jego trup, czuję to w każdym swym słowie, we wszystkich gestach, rozkłada się we mnie! Mam wielkie smutne oczy! Czy myślisz, że one były takie zawsze?! Nie możesz niczego, co się dopiero ma zdarzyć - wiedzieć! Jesteś uzurpatorką! Nie oszukuj nas!
GŁOS z magnetofonu:  Ja nie oszukuję nigdy. Strzeż się!
ON:        Jeżeli twierdzisz, że wiesz, co to będzie, to powiedz nam o tym!
GŁOS z magnetofonu:  Powiem ci o tym, a ty już tak pokierujesz wszystkim, żeby to, co ma być, nie zdarzyło się?
ON:        Chyba mam prawo oczekiwać od ciebie pomocy?!
GŁOS z magnetofonu:  Prawo? A to dlaczego?
ON:        Jesteś przecież chyba naszą koleżanką. Jeżeli znasz cały tekst sztuki.
GŁOS z magnetofonu:  Mylisz się. Nie jestem waszą koleżanką.
ONA:     Nie jesteś naszą koleżanką? Jak to - nie jesteś? Przecież od początku wałkujemy stale jedną i tę samą scenę. Wałkujemy aż do znudzenia.
ON:        Wykrwawiamy się, przecież sama widziałaś, ile ona krwi straciła.
ONA:     Zatrudnił nas ten sam dyrektor teatru, mamy jednakowe kontrakty w kieszeniach.
ON:        Oddychamy tym samym zużytym powietrzem tej sali.
ONA:     Patrzymy w te same twarze widzów.
ON:        Śmiejemy się z tego, że są zdezorientowani.
ONA      (śmiejąc się):  Ale nikt z nich nie śmie się do tego przyznać!
ON:        No, no, nie prowokuj ich! (pokazuje w stronę widowni) I tak zachowują się lepiej niż na to zasługuje sztuka.
ONA:     A zatem - sztuka. Uachch! Wiesz, ciągle mi się wydaje, że to, co się ma zdarzyć, ma się zdarzyć, że tak powiem, nie na scenie, ale rzeczywiście.
GŁOS z magnetofonu:  Rzeczywiście? Czy wiecie, co to rzeczywistość? Skąd wiecie, gdzie dla was kończy się rzeczywistość, a gdzie zaczyna żywy teatr?
ON:        Z żywą krwią! Z autentyczną spermą cieknącą z phallusów postaci scenicznych! Z najprawdziwszym rzężeniem konania głównej bohaterki dramatu!
ONA:     Raczej komedii. Ta heca się chyba nie skończy! Wiesz, ja naprawdę zaczynam już dostawać kręćka. Wszystko mi się zaczyna powoli między zwojami mózgowymi mieszać. I mam takie niedobre przeczucie.
GŁOS z magnetofonu:  A zatem sądzisz, że jestem waszą koleżanką?
ON:        Nie wygłupiaj się! I tak już ta mała (pokazuje na nią) zaczyna wariować. Nie mieszaj jej w głowie. Czy z tej sceny jesteś już zadowolona?
GŁOS z magnetofonu:  Z tej sceny jestem już zadowolona. Ale czy wy jesteście również z niej zadowoleni? I czy będziecie równie zadowoleni ze scen następnych? Czy wiecie, że ja nie jestem waszą koleżanką.
ONA:     Nie jesteś naszą koleżanką?
GŁOS z magnetofonu:  Jestem zupełnie kimś innym. Mówię do was głosem waszej koleżanki, rozmawiam z wami za pomocą jej języka, ale nie jestem nią. Tak jak to, co od pewnego czasu robicie, nie jest teatrem. Złudzenie jest doskonałe. Ale nawet, kiedy o tym już wiecie, nie uwierzycie mi. Nie uwierzycie, bo nie chcecie, bo nie możecie uwierzyć. Nie uwierzycie, bo wierni jesteście stereotypowi: wydaje się wam, że jeżeli coś się robi w teatrze i dla teatru, na scenie, to to musi być tylko teatr. Nie podejrzewacie innych możliwości.
ON:        Gdybym wiedział, co się ma zdarzyć, starałbym się tego uniknąć.
GŁOS z magnetofonu:  Tego się nie da uniknąć. To się musi zdarzyć. Z chwilą, kiedy zaczęło się dziać cokolwiek, reszta musi przebiegać tak, ażeby to się zdarzyło. Nie ma już dla was ratunku.
ON:        Mówisz to z takim spokojem? A ty? Co z tobą?
GŁOS z magnetofonu:  Mnie nie ma. Ja jestem tylko głosem. Czy mnie widzicie? Czy możesz mnie dotknąć? Czy jesteś pewny, że ja, to ja? Że istnieję?
ONA:     Ależ ty jesteś przecież naszą teatralną koleżanką! Niedawno rozpoczęliśmy próby i.
GŁOS z magnetofonu:  Wydaje się wam.
ON:        A niech to wszyscy diabli. Zaczynam się w tym wszystkim gubić. Tak dla porządku ustalmy sobie: wydaje mi się, że nic nie rozumiem. No dobrze. Ustaliliśmy. I co dalej? Co z tego wynika?
ONA:     Trzymaj się, kochany! Nie daj się jej sprowokować! Niech z nas dwojga przynajmniej jedno panuje nad naszym losem!
ON:        Dlaczego akurat ja, a nie ty? Czyż mężczyzna zawsze musi dźwigać nie tylko swój los?
ONA:     Ale za to nagroda dla niego jest większa. My byśmy też chyba wolały umierać na zawały, niż patrzeć wam w twarze, kiedy konacie, potem hodować jeszcze przez lata ten wasz charkot konających zmieszany ze wspomnieniem rozkoszy z tego czasu, kiedy jeszcze mogliście ją z siebie i z nas wydrzeć. Nie poddawaj się jej! Ona nas hipnotyzuje! Staraj się zapanować nad sobą. Widzisz przecież, że ja jestem już do niczego od dawna. Wierzę w ciebie. Spróbuj wyłączyć magnetofon. Wyłącz wszystkie magnetofony. Wykręć bezpieczniki. Niech zgaśnie światło. Usiądziesz przy mnie po ciemku. Będę oddychała powietrzem, które wydobywa się z twoich oskrzeli, będę nasłuchiwała bicia twego serca.
(Z gigantofonów słychać nasilający się łoskot bijącego, kulejącego serca, odgłos chrapliwego oddechu. Światło na scenie przygasa.)
ONA      (szeptem):  Tak cię proszę, nie umieraj jeszcze. Nie możesz przecież mnie zostawić tutaj samej. Kiedy odejdziesz, wszystko dla mnie straci znaczenie. To z tobą chcę oglądać te same widoki za oknem, z tobą słuchać głosu ptaków, kiedy rano wybuchają u naszych drzwi, chcę, żebyś żył jeszcze, żył tak długo, dopóki ja żyję.
(Na scenie jest już zupełnie ciemno. Nagle, wzmocniony naraz przez kilka magnetofonów, w różnej tonacji, krzyk tej samej osoby - krzyczy także i ONA):
Nieee! nieee!!! niee!!!
(Recytacja z licznych magnetofonów):  Jeszcze nie teraz. Ty to udajesz. Odpowiedz. Przecież to tylko teatr.eatr.eatr.eatr (echo).
(Światło się rozjaśnia. ON leży przerzucony przez jej ręce (Pieta) martwy.)
ONA:     Popatrz, już widno. Przestań wreszcie grać. Robisz to zbyt dokładnie. Zaczynam się bać. Tyle już godzin minęło, a ty udajesz, że jesteś nieżywy. Czy można dla potrzeb teatru rzeczywiście umrzeć? Zawsze byłeś wspaniałym aktorem. Ale tym razem przesadziłeś. Chyba przesadziłeś. Ale się będę śmiała, kiedy wstaniesz, otrzepiesz ubranie i zaczniesz zachowywać się, jakby nigdy nic. Nie będę się śmiała. Przestań, bo się rozzłoszczę naprawdę! Jak przestaniesz, jak przestaniesz żyć, odejdę od ciebie na zawsze. Ty mnie doprowadziłeś do tego, że moje serce wisi dosłownie na włosku. Lekarze to nazywają nerwicą. Och, jak ty grasz doskonale! Puls twój nie bije! Twoja ręka jest chłodna! Na lusterku nie widać ani śladu mgiełki! Gdzie ty się tego tak dobrze nauczyłeś? Czy śmierci się można nauczyć? Ach, jestem senna, coraz bardziej senna, senna.

 

KURTYNA


AKT II

Scena 1.

ONA:     Popatrz, już widno. Przestań wreszcie grać. Robisz to zbyt dokładnie. Zaczynam się bać. Tyle już godzin minęło, a ty udajesz, że jesteś nieżywy. Czy można dla potrzeb teatru rzeczywiście umrzeć? Zawsze byłeś wspaniałym aktorem. Ale tym razem przesadziłeś. Chyba przesadziłeś. Ale się będę śmiała, kiedy wstaniesz, otrzepiesz ubranie i zaczniesz zachowywać się, jakby nigdy nic. Nie. Nie będę się śmiała. Przestań, bo się rozzłoszczę naprawdę! Jak przestaniesz, jak przestaniesz nie żyć, odejdę od ciebie na zawsze. Ty mnie doprowadziłeś do tego, że moje serce wisi dosłownie na włosku. Lekarze to nazywają nerwicą. Och, jak ty grasz doskonale! Puls twój nie bije! Twoja ręka jest chłodna! Na lusterku nie widać ani śladu mgiełki! Gdzie ty się tego tak dobrze nauczyłeś? Czy śmierci się można nauczyć? Ach, jestem senna, coraz bardziej senna, senna.
(Ściemnienie i natychmiast rozjaśnienie.)

 

Scena 2.

GŁOS z magnetofonu:  Stop! stop! To staje się nie do zniesienia! Łzawy melodramat! Dziewiętnastowieczny styl! Przestańcie się wygłupiać. Na litość boską, tego naprawdę nie można już słuchać!
(ON podnosi się, "ożywa", ONA zmienia wyraz twarzy, normalnieje.)
ON:        To było tak: wiedziałem, że to niemożliwe, a jednak nie mogłem się mylić. Szedłem za nim krok w krok, długo. Miał twoje ruchy, był ubrany w tę twoją ulubioną suknię. Tak, tak. Nie można mieć wątpliwości. Zajrzałem mu w twarz: patrzyły na mnie oczy chłodne, obce, twoje. Tak, nie wypieraj się, to byłaś ty! Miał twoją twarz! A przecież skądinąd wiadomo, że to chodzi o mnie. Nie rozumiem tego, ale to byłem ja, ja na pewno. W pewnym momencie poczułem, jak ktoś mi zabiega drogę, spogląda w moją twarz. Ten ktoś był mi znany. Przyznaj się! Przyznaj! Nie komplikuj sprawy!
ONA:     Masz rację, tak rzeczywiście było: szłam tamtą ulicą, kiedy podbiegłeś do mnie, zajrzałeś mi w twarz. A jednocześnie to było tak: szłam tamtą ulicą, wiedziałam, że jestem tylko tobą i nagle zobaczyłam siebie schodzącą pospiesznie w dół ulicy. Podbiegłam, zajrzałam ci w twarz, to była moja twarz. To było raczej tak, przysięgam!
ON:        Znowu kłamiesz! Mów prawdę! Mów prawdę! (bije ją: bicie w miarę możliwości naprawdę, jak u Grotowskiego lub cała scena bicia rozegrana w tempie spowolnionym, jak na filmie)
ONA:     Przestań już! Nie dręcz siebie. Mogło być i tak, i tak. Słuchaj! Dzieje się coś, czego nie potrafimy zrozumieć. Wiem jedno: i ja, i ty jesteśmy doskonale jednym. Jednym i tym samym. Człowiekiem, skrzyżowaniem dwu czy więcej ludzi. Ty masz wrażenie, że ja jestem tylko częścią ciebie, ale i ja mam wrażenie podobne.
ON:        Masz chyba rację. Boję się. Boję się po raz pierwszy w życiu. Sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana. Nie do przewidzenia. Musimy coś zrobić. Uciec stąd, wyjechać, zniknąć, schować się!
ONA:     Uciec! Tak, uciec! Uciekać, zawsze uciekać i nawet nie wiadomo przed kim. Przed kim, czy przed czym? Od ilu lat już to trwa?
ON:        To nie ma znaczenia. Gdzie się podziała ta czarna wielka waliza, ta, którą dostałem od ciebie na imieniny?
ONA:     Nie było nigdy czarnej walizy. Nie mam przecież zwyczaju obchodzić niczyich imienin. Nie wiem, o czym mówisz. Skup się, błagam!
ON:        Nie mamy chwili do stracenia! Zawodzi cię pamięć. Wyjaśnimy to później. A teraz pakuj rzeczy, szybko pakuj rzeczy, wyjeżdżamy!
ONA:     Chciałabym, żebyśmy częściej zmieniali w przyszłości miejsce naszego pobytu. Czy nie zauważyłeś, że to zaczyna dziać się dopiero wtedy, kiedy jesteśmy gdzieś zbyt długo? To się wylęga niejako z nas, czy mimo nas, ale dopiero po pewnym czasie.
ON:        Bywało różnie. Mam jednak chyba rację.
ONA:     Nie rozumiem tej zależności, ale tak jest rzeczywiście.
ON:        Wiem o tym, co na ten temat myślisz - od dawna. Znam każdą twoją myśl.
ONA:     Nie ma sensu się sprzeczać. Wydaje się, że jest odwrotnie: to ja znam każdą twoją myśl, każdy twój gest jest moim gestem.
ON:        Milcz! Nie wiem, co tym sądzić. Może właśnie na tym polega grożące nam niebezpieczeństwo. Myślę, że któregoś dnia utracę cię na zawsze. Że staniesz się czymś osobnym, obcym. Niekiedy mam wrażenie, że pewne twoje słowa nie są wypowiedziane przeze mnie.
(Przez cały czas trwania dialogu ON i ONA jednocześnie gorączkowo się pakują, wrzucają byle jak i byle gdzie jakieś łachy, obuwie, wazony, książki. Na scenie robi się potworny bałagan, pełen chrupiących skorup tłuczonego szkła i porcelany, zwały szmat.)
O której mamy pociąg?
ONA:     Tym razem nie pojedziemy pociągiem. W pociągu to, co za nami od lat się ugania, natychmiast w nas zagnieździ się, stanie się nami. Wymkniemy się wieczorem, nocą, wymkniemy się tak, żeby nie mogło nas dopaść. Będziemy uciekali przez rozległe pola, będziemy kluczyli, zapadali za kępy drzew, krzewów, może tym razem się uda. Mamy już doświadczenie.
ON:        Pakuj rzeczy tylko niezbędne.
ONA:     Nie ma innego wyjścia. Żeby tym razem tylko się udało.
ON:        Nie zaniedbamy niczego. Trzeba dokładnie po sobie zniszczyć wszelkie ślady.
ONA:     Ja wytrę z mebli nasze dotknięcia: ślady papilarne mogłyby służyć jako pierwsze ogniwo. (wyciera meble, ściany)
ON:        Trzeba wywietrzyć mieszkanie. Nawet powietrze potrafi nas zdradzić. Opowiadano mi, że każdy człowiek żłobi w powietrzu kopie swoich gestów. Nie może po nas zostać nawet strzęp zapachu. To, przed czym uciekamy, jest przebiegłe.
ONA:     Spal wszystko, co zostanie. Wszystko, czego nie uda nam się wtłoczyć do waliz.
(ON najpierw "wygania" powietrze z pomieszczenia, a następnie zaczyna systematycznie palić: gazety, ubrania, trzewiki, jakieś nieokreślone stare przedmioty (nareszcie teatr zostanie oczyszczony), mniejsze meble itd.)
ON:        Trzeba zmienić charakter tego miejsca. (tłucze szyby w oknach, szyb y są tłuczone rzeczywiści - koniecznie)
ONA:     Znów jestem podniecona. Zawsze, kiedy wszystko, do czego przyzwyczaiłam się - porzucam, jestem podniecona.
ON:        Nie mamy chwili do stracenia. Zresztą nie lubię się onanizować.
ONA      (kryjąc się za stertą mebli itp. przedmiotów):  Chodź!
ON         (idzie, chowa się za stertą, po chwili słychać scenę miłosną)
(W międzyczasie na scenie "idzie" normalny, codzienny program TV z włączonego przez niego i ustawionego na widowni telewizora.)
ON         (rozpoczyna mówić, zanim jeszcze wyjdzie zza sterty mebli):  Słuchaj, wydaje mi się, że istnieje dla nas jeszcze inna możliwość.
ONA      (wychodząc zza sterty):  Miałeś już tyle genialnych pomysłów.
ON:        Ten pomysł jest nowy. Gdyby tak zmienić tekst sztuki.
ONA:     Wiem, że to jest niemożliwe. Czy jesteś gotowy?
ON:        Poczekaj. Nie powiedziałem ci jeszcze wszystkiego.
ONA:     Przecież musimy grać to, do czego nas zmusza tekst.
ON:        I właśnie dlatego mówię - gdyby tak się udało zmienić tekst sztuki. Bylibyśmy uratowani. Wystarczyłyby drobne korekty. Ot, kilka określeń, dwa, trzy zdania w maszynopisie, byśmy się stali szczęśliwi.
ONA:     Jesteś szalony! Wiesz, że to niemożliwe!
ON:        Tak, jestem szalony. Ale dość już mam nieustannej ucieczki, tego koszmarnego strachu, do którego nas zmusza autor, jakiś tam Autor sztuki, którą muszę grać. Nie możemy przypatrywać się temu tylko z boku. Trzeba próbować przeciwstawić się temu.
ONA:     Nie jest aż tak źle, jak mówisz. Owszem: boimy się i ciągle uciekamy przed niebezpieczeństwem. To trwa już od lat. Ale na razie wszystko się udaje. Jeszcze przecież ani razu nie nie udało się nam. Autor nie chce naszej śmierci. Trzeba mu zaufać.
ON:        Nikt, żaden człowiek, nawet Autor nie ma prawa dysponować losem innego człowieka. Nie pozwolę na to, żeby traktował nas jak marionetki! Mam do tego prawo.
ONA:     Prawo? Ty masz prawo? Prawo - do czego?
ON:        Prawo do wolności. Do kształtowania swego losu. Do wyboru. Mam wszystkie prawa - takie jak każdy człowiek. Nie! Od momentu, w którym zrozumiałem, na czym polega to wszystko, nie będę zachowywał się biernie.
ONA:     Czy myślisz, że to tylko na tym planie. Powiem inaczej: jedna, każda zresztą w twojej sprawie podjęta decyzja polityka, przecież takiego samego człowieka jak ty czy ja, jest bezprawiem. Dysponuje tobą. Zmusza cię do tego, o czym nawet nie myślisz. Rzekomo dla twojego dobra. Tak to się mówi. Są specjaliści, którzy pociągają za sznurki losów milionów takich jak ty.
ON:        Nie mamy teraz czasu na dyskusję. Tu trzeba działać. I niech mnie diabli wezmą, jeżeli tym razem czegoś nie zrobię. Jeżeli nie zdobędę się na to, żeby przeciwstawić decyzjom tego faceta od determinacji, to niechaj wszystkim, całym wszystkim, które ma się zdarzyć - zostanę ukarany! Niechaj uciekam latami, dalej, ciągle dalej, nie wiadomo przed czym lub przed kim, nie wiadomo dlaczego. Niechaj wszystko nade mną się znęca, niech będę godny swego losu!
ONA:     Czy masz jakiś plan? Plan konkretny? Czy to plan realny?
ON:        Tak! Mam taki plan!
ONA:     Ale - czy realny? Jestem przekonana, że to, co chcesz zrobić, jest niewykonalne. Mam na to nawet dowód.
ON:        Dopóki nie przegram, dowód zachowaj dla siebie.
ONA:     No dobrze, wrócimy do tego. Na czym polega twój plan?
ON:        Nie pozwolę mu! Nie pozwolę pomiatać sobą! Zabiję go!
ONA:     Ależ to przecież niczego nie zmieni. Nasz los się będzie wypełniał tak, jak tego życzy sobie on. Sztuka została już przecież napisana. Nawet on nie ma na nią w pewnym sensie wpływu.
ON:        To nie jest pewne. Przeczuwam, że śmierć jego może dużo zmienić.
ONA:     To prawda: tropi nas z taką zajadłością! Od lat tropi. Najmniejsza pomyłka z naszej strony grozi natychmiastową przegraną. Zmusza nas do długotrwałego wysiłku. Wypruwa z nas ostatnie siły. Za każdym razem wydaje mi się, że dłużej tego nie wytrzymam.
ON:        A jednak wytrzymujesz. I nie wiadomo, jak długo to wszystko jeszcze będzie trwało. Z łaski jego. To jest sadysta i brutal. Znęca się nad nami.
ONA:     Ale nie potrafimy już niczego w naszym życiu zmienić. Nasze losy są zdeterminowane.
ON:        Nasz los jest zdeterminowany w specjalny sposób. Wystarczy, żeby Autor.
ONA:     Już ci mówiłam, że to niemożliwe. Nie wierzę, nie wierzę!
ON:        Jeszcze przed chwilą mówiłaś, że masz na to dowód. Teraz zaledwie nie wierzysz. Słuchaj, zrobimy tak: właśnie ty. Wykorzystamy to, że jesteś ładna. Pójdziesz do niego. Zwabisz go do siebie. To znaczy tutaj. Słyszałem, że lubi kobiety. Kobiety i konie. Ale ty jesteś niestety tylko kobietą, mój Boże, chyba dostałem gorączki, gdybyś była koniem, wsiadłbym i odjechał.
ONA:     Nie podniecaj się tak. To może cię zabić. Zrobię co zechcesz, chociaż mam dowody.
ON:        On za tobą pójdzie. To pewne. Nie wydaje się możliwe, żeby autor sztuki nie skorzystał z takiej okazji.
ONA:     To co proponujesz jest ohydne. Mam być przynętą.
ON:        Pamiętaj, że nie mamy już innego wyjścia. Ja też tego wszystkiego dłużej nie wytrzymam. Gdyby nie to, że muszę trzymać się ściśle tekstu - skończyłbym ze wszystkim.
ONA:     Przestań! O czym ty mówisz? Nigdy tego od ciebie nie słyszałam! Boję się o ciebie!
ON:        Całe nasze życie.
ONA:     Nie zbliżaj się do mnie! Nie zbliżaj się!
ON:        Gdyby to było możliwe, nie zbliżyłbym się nawet i do siebie. Szczególnie do siebie. On nam przygotowuje los, którego nie można sobie nawet wyobrazić.
ONA:     Autorzy potrafią być straszliwie niebezpieczni. Boję się, boję się. Pamiętaj, że nie wiemy, czy i to, co planujesz, nie zostało przez niego wprogramowane w nasze zachowanie. Mam jak najgorsze przeczucia. Tyle lat się pałętam po scenach, ale nie zdarzyło się jeszcze, żeby ktokolwiek próbował wpłynąć na tekst sztuki. Zabić swojego Autora. Nie! To zbyt straszne! Tego się nawet nie da pomyśleć. Wraz z jego śmiercią wszystko i dla nas może się niespodziewanie skończyć. Może zabraknąć nam dalszego ciągu! A ja chcę żyć. Żyć - rozumiesz!
ON:        Ubierz się jak najlepiej. Idź. Idź do niego. Sprowadź go tutaj.
ONA:     Nie mogę! Nie mogę! Ty tego nie zrobisz!
ON:        Powiedziałem: ubierz się! Nie będę go zabijał. To rzeczywiście mogłoby grozić nieobliczalnymi konsekwencjami.
ONA:     Wobec tego, czy mam się ubierać? Zmieniłeś zdanie? Cieszę się!
ON:        Nie, planu nie zmieniłem. Sprowadzisz go tutaj.
ONA:     A zatem jednak! Nie rozumiem ciebie.
ON:        Sprowadzisz go tutaj, a ja postaram się zmusić go do tego, żeby napisał nam życie długie i szczęśliwe.
ONA:     Ach, taki bis, to niemożliwe. Powiedziałam ci przecież, że.
ON:        Słuchaj no! Przestań mędrkować. Ostatecznie nas los jest wspólny. Sam tego nie wykonam. Mam prawo żądać od ciebie pomocy. Robię to przecież także i dla ciebie. Cokolwiek.
ONA:     Dobrze! Niech się stanie! (przebiera się) Jak chcesz to zrobić? I czy mi się uda go tutaj sprowadzić? Jest przebiegły. Być może zna każdą naszą myśl. Może nie pójść za mną.
ON:        A ja tymczasem przygotuję zwój liny. Zwiążemy go i będziemy tu trzymać tak długo, jak to będzie potrzebne.
ONA:     Będziesz go torturował, morzył głodem, więził - ależ tak nie wolno!
ON:        Nie mamy wyjścia. Na siłę trzeba odpowiadać siłą. No idź. Idź już!
(ONA wychodzi, na scenie zostaje ON.)

 

Scena 3.

ON:        Nie wierzę, że się to uda. Nie wierzyłem w to od początku. Ale nie mogłem tego sobie przetłumaczyć. Jestem uparty. Widzę, tak, widzę, jak idę wśród rozpędzonych pojazdów, uwaga: z lewej tramwaj! Gdzie on może mieszkać. Miasto jest wielkie. Ale nie dałem sobie tej próby odebrać. Rzecz jest niemożliwa do przeprowadzenia. Miałem przecież na to od początku dowód. Uwiera mnie prawy pantofelek. Wysokie szpilki są dawno niemodne. Jestem ubrany na jaskrawo. Chyba nie będzie żądał ode mnie, żeby iść z nim do łóżka. Nie został przeze mnie zdradzony ani razu. Czy to nie on, tam? Tak, tak, to on! Zniknął za zakrętem. (zaczyna oddychać, jakby biegł) Nie, to nie on. Przez moment mi zdawało się, że to on. Podejdę do niego. Uśmiechnę się. Wyprężę piersi. On tak lubi moje piersi. Ta suknia, ach ta suknia zawsze z tyłu wydaje mi się nieco krótsza. Gdzie moja szminka? Muszę poprawić usta. Zarys warg. Mężczyźni są tak uczuleni na to. Nie, to niemożliwe. Czy mam jakiekolwiek wskazówki? On jest nie do odnalezienia. Muszę pamiętać o tym, jak istniejemy. W zupełnie obcych wymiarach, nie obok siebie, ale. Wciąż o tym zapominam. Zmęczenie. Zaszczuty jak zwierzę w pułapce. Tyle lat poniewierki. Te ucieczki. ciągłe. Zacieranie za sobą śladów. Czy to mnie uchroni i przed czym? Nieraz wydaje mi się, że jestem jednocześnie sobą i kimś innym. Ach, po raz pierwszy nawet przestraszyłem się. Potem już tylko byłem ciekawy. Ale jeszcze nigdy nie udało mi się odkryć, na czym to polega. Nie sądzę, żeby to były jakieś zaburzenia psychiki. Ja tak nie sądzę. Chociaż, kto wie? Ale to nie to. To wina jego. Chciałbym być Autorem. Chciałbym decydować o życiu i śmierci innych. Chciałbym móc znęcać się nad tym, który znęca się nade mną. Może w tym zaułku? Tak tutaj cicho. Czy w takim domu mógłby mieszkać Autor? Nie będę przecież wchodził po kolei do mieszkań i pytał: czy tu mieszka Autor? Ludzie będą zdziwieni. "Autor? Jaki Autor? O kogo panu chodzi. Proszę wymienić nazwisko!" A ja przecież nie mogę nikomu tłumaczyć, że Autor, to jest Autor. Że Autor może być tylko jeden i że jeżeli używa się tej nazwy własnej, to od razu powinno być wiadomo, o kogo chodzi. Ludzie się będą znacząco pukali po czole. Nie powiem im przecież, że Autor znajduje się wszędzie: że jest naokoło, we mnie, że stanowi o każdym ich ruchu, że wie, co mi odpowiedzą, że istnieje Autor, tylko on. Nie uwierzą mi, przepędzą. Skierują do Domu Obłąkanych. Mógłbym sprowokować los do jeszcze większej awantury. Nie, co ja mówię. To jest niemożliwe. Jeśli on tego nie chce, nie spadnie mi włos jeden z głowy. Czy ten koszmar się nigdy nie skończy?. Trzeba wracać: widzowie niecierpliwią się. Bo ostateczne monologi dzisiaj są tak tanie. Widzowie, których reakcje także zostały przez niego w najdrobniejszych szczegółach przewidziane, zaprogramowane. Nie wszystko rozumiem. Wiem jednak, że w ramach jakiegoś układu nie można wszystkiego przewidzieć do końca. Żeby ten układ zmienić, żeby nadać mu inny kierunek, bo ja wiem czego? biegu? - niechaj będzie biegu, wszystko jedno, trzeba nań zadziałać z zewnątrz. Ach, znane prawo. Prawo, które się sprawdza raz jeszcze. Tym razem na mnie. Całe moje życie. Ta cała wyprawa była już od początku szalona. Ale nie miałem wyjścia. Muszę się bronić. Czy mam prawo się bronić? Czy uda mi się zmienić cokolwiek?. Chociaż jeden gest, jedno słowo tekstu. Ale nie, przecież ten problem już rozpatrywałem. Widzowie niecierpliwią się. Mężczyźni z widowni czekają na kobietę. Mają prawo do tego, żeby ją oglądać. Zapłacili za to. Jestem ładną kobietą. Mam piękne piersi, które on tak lubi, piersi, które zna także Autor. On widzi mnie. On widzi mnie całą. Nie można się go pozbyć, ukryć przed nim, postąpić inaczej niż się postąpi. Wstydzę się swego Autora. Ale widownia ma prawo do mego widoku. Uwaga: tramwaj z lewej! Jeszcze ta ulica. Drzwi. Słychać, jak idę po schodach. Wstępuję po stopniach. Kładę na klamce rękę, otwieram drzwi i.
ONA      (wchodzi):  Jestem. Nie mogłam go znaleźć.
ON:        Wiem. Wiem o wszystkim. Poszłaś nadaremno.
ONA:     A zatem czeka na nas nasz los.
ON:        Nie wychodziłaś nigdzie.
ONA:     Wiem. Stałam tu, wobec faktów na scenie i rozmawiałam ze sobą. Biegłam przez zatłoczone ulice pełne tramwajów i ludzi, szukałam go w zaułkach o niekończących się niefabularnych wątkach, zachodziłam do mieszkań, nie rozmawiałam o Nim z nikim.
ON:        Wstydziłam się swojej niemodnej sukienki, wyprężałam piersi. Uwierały mnie pantofelki, te pantofelki, które kupiłeś mi, gdy byliśmy jeszcze bogaci.
ONA:     Wiem, że wiesz wszystko. Nie drgnęłam nawet. Nie kiwnęłam palcem. To było jak we śnie: ludzie się rozstępowali przede mną, musiałam wyglądać niecodziennie. Może dlatego, że nie starłam szminki, może ten strój teatralny tak ich dziwił we mnie. Ludzie się uśmiechali do mnie, a ja wiedziałam, a ja wiedziałam, lecz nie mogłam im tego powiedzieć, ludzi można kochać, co mówię, kocham ludzi, ale nie mogłam wykrztusić ani słowa. Biegłam, ale milczałam. Biegłam i tylko milczałam.
ON:        I twoje oczy szukały go w każdej sylwetce, za każdym zakrętem ulicy. Zza szyby przejeżdżającego autobusu, wydawało ci się, wychyliła się na moment jego twarz, biegłaś, krzyczałaś, ktoś cię potrącił, spytał, czy może ci w czymś pomóc, ale.
ONA:     Ale nie zauważyłam go nawet. Ludzie się rozstępowali przede mną, gwałtownie przede mną hamowały pojazdy, słyszałam gwizdki policjantów, nad miastem unosiła się mgła.
ON:        Tak, mgła dziwna była.
ONA:     To była mgła odrywająca się z mojego biegu.
ON:        Krwawe wielkie płaty piany toczące się z twych ust, zakrzepły między wargami i już się rozkładający, niewypluty krzyk, charkot.
ONA:     Który odrywał się i odpadał płatami ode mnie. I piasek. Ach i piasek!
ON:        Ten piasek wszelkich miałkich zdarzeń, w których brałaś udział.
ONA:     Sypał się z moich gestów. Nie mogłam zrobić gwałtowniejszego ruchu, żeby nie posypało się ze mnie, bo ja wiem: trochę próchna, bo ja wiem, piasek, tak, to był chyba piasek.
ON:        To były najdrobniejsze, mikroskopijne zdarzenia, sypały się z tych wszystkich poruszeń. Niedostrzegalne zwierzątka, twoje zmęczenie, które cię opuszczało, które mnożyło się w tobie.
ONA:     Nie mogę już dłużej, nie mogę!
ON:        Wiele jeszcze musimy wytrzymać.
ONA:     Czy to się nie skończy nigdy? Czy to się nie skończyło wczoraj? przed miesiącem? Może tego koszmaru nigdy nie było? Czy wszystko to, co nam się zdarza, może być przywidzeniem?
ON:        Wiele jeszcze będziemy musieli wytrzymać. I wytrzymamy! Nie ma innego wyjścia.
ONA:     Bo podpisaliśmy kontrakt?
ON:        Przeklęty teatr! Kiedy starożytni tworzyli tragedie, kiedy teatr wykluwał się z misteriów, nic nie wskazywało na to, że to może doprowadzić do tego.
ONA:     Nim opuścimy to miejsce, chciałabym chociaż porozmawiać z reżyserem. Rozumiem: Autor.
ON:        Zaczynam rozumieć to wszystko. Wydaje mi się, że już wiem. Nie zaznamy spokoju. Nigdy. Będziemy grać swoje życie aż do końca. Będziemy pluli krwią, ale będziemy grali. Jeszcze niejeden raz oczy ci zajdą mgłą i zasnują ci wszystkie widoki. Ale zagramy tę sztukę do końca.
ONA:     A jednak, mimo wszystko, chciałabym porozmawiać przynajmniej z reżyserem. To jest jednak ktoś, kto stoi ponad tym.
ON:        Tak, tak. To jest ktoś, kto choć nie ma wpływu na nasz los, przynajmniej zna zakończenie.
ONA:     Nie powinniśmy podpisywać kontraktu, nie przeczytaliśmy sztuki do końca.
ON:        To by też nie pomogło. Po zetknięciu z tekstem natychmiast zaczynamy grać. I to jest nasze nowe i prawdziwe życie.
ONA:     Jedynie prawdziwe. Reszta się nie liczy.
ON:        Wystarczy strzępek sztuki, fragment dialogu, żebyśmy byli tym, czym jesteśmy.
ONA:     Żebyśmy byli sobą.
ON:        A zatem - grajmy dalej!
ONA:     Lecz sztuka staje się nie do zniesienia.
GŁOS z magnetofonu:  Powiedziałabym raczej: nudnawa.
ON:        W każdym razie za trudna.
ONA:     Za ciężka.
GŁOS z magnetofonu:  Zbyt wieloznaczna, rozmemłana. Nie wiem, czy ktokolwiek się połapie w tym wszystkim.

 

Scena 4.

REŻYSER (wchodzi, wpada w słowo):  O to, to. Właśnie! To chciałem powiedzieć. Jeśli tak dalej pójdzie, to na sztuki ................................................. (nazwisko autora sztuki) nikt nie zechce chodzić. Splajtuje teatr, sfrustrują się aktorzy.
GŁOS z magnetofonu:  Jakie widzisz wyjście?
ON:        Tylko bez przesady!
REŻYSER:    Niestety, recepta jest jedna: krew! więcej ruchu!
GŁOS z magnetofonu:  Ma pan zapewne na myśli ruch sceniczny?
REŻYSER:    Istotnie, ma to, choć między nami. Na myśli. Kod sceniczny, państwo rozumieją, wymaga wystawy.
ONA:     A my? Czy z nami nikt nie chce się liczyć?
ON:        Daj spokój! Może inaczej nie można? Ostatecznie i nam chodzi o to, żeby wszystko było jak należy. Ta, czy inna sztuka ......................................... (vide wyżej), czy Becket, czyż to nie wszystko jedno? Autor, jeżeli tylko nie jest papierowy, jest jeden, chociaż się różnie nazywa.
ONA:     Dobrze ci mówić. Ale ja, ja cierpię. Jestem rozstrojona. Na dobrą sprawę, musiałabym już przerwać próby i wyjechać gdzieś. Nie potrafię się przyzwyczaić do tego, że w każdej chwili mogę cię utracić, że po pierwszej lepszej kwestii runę na te deski i naprawdę skonam.
ON         (do Reżysera):  Mógłby pan to wziąć pod uwagę. Moja żona bardzo nie lubi umierać.
GŁOS z magnetofonu:  Tym bardziej, że nie wiadomo, gdzie się tu kończy teatr, a gdzie zaczyna rzeczywistość.
ONA:     Pod którymś z teatralnych gestów, w którymś dialogu kryje się, czuję to, niebezpieczeństwo.
ON         (do reżysera):  Proszę nas nie okłamywać. Proszę nam wszystko powiedzieć! Podpisywaliśmy kontrakt, nie zdając sobie z wielu rzeczy sprawy. Chcemy tylko prawdy.
REŻYSER:    Ba! Prawda! Prawda! Wszyscy dziś chcą prawdy! Można by pomyśleć, że to coś niezwykle cennego. Od prawdy można umrzeć.
ONA:     Kocham jednak prawdę.
GŁOS z magnetofonu:  Kochasz męża.
ONA:     Chcemy wiedzieć wszystko.
ON:        Moglibyśmy zastrajkować.
REŻYSER:    Ależ kochani! A gdzie etyka aktora! Tak w połowie przedstawienia zeszlibyście ze sceny? Wystrychnęlibyście szanowną publiczność na dudka?
GŁOS z magnetofonu:  Publiczność w formie olbrzymiego dudka, który się rozparł w kilkuset fotelach.
ONA:     To staje się nie do zniesienia.
GŁOS z magnetofonu:  Oni by dawno już przestali grać, gdyby mogli. Lecz muszą grać, muszą: chcą, czy nie chcą!
ONA:     Niestety, to, co wchodzi od dłuższego czasu do naszej rozmowy, to-to z magnetofonu, ma niestety rację.
GŁOS z magnetofonu:  Tylko nie to-to! Jeszcze się może wyjaśnić, kim jestem.
REŻYSER:    Ale się może również nie wyjaśnić.
ON:        A to by była historia. Widzowie, krytycy łamaliby głowę, co ten głos, kogo ten głos, kim ten eee, miałby ten głos, tego, coś.
GŁOS z magnetofonu:  Mam świadomość swego. Świadomość moja ma mnie. To mi wystarcza.
REŻYSER:    Interesujący casus theatrus: Głos, początkowo nic, dosłownie nic, stworzone przez Autora w celach czysto teatralnych, usamodzielnił się w swym bycie i ewoluował. Nie, to niezwykłe! Trzeba by się tym zająć! Badania przeprowadzić! Co pan o tym sądzi?
ON:        Pal sześć to cudo z magnetofonowej taśmy. Ja bym przemyślał to, panie, a nawet doszedł do pewnych wniosków, gdybym miał trochę czasu. A to pan gania nas i gania, i nie da nawet ni chwili wytchnienia. Pofolguj pan trochę, no nie?!
GŁOS zza sceny:  Oyyyyh!
GŁOS z magnetofonu:  O rany! Co to? Ale się przestraszyłam!
ON         (do niej):  Jednak coś niecoś przenika do nas spoza teatralnego świata. Widzisz: wszystko się może jakoś skończyć.
ONA:     Wszystko, wszystko! A jak nie wszystko się skończy jakoś? Albo: a jak wszystko skończy się niczym?
GŁOS z magnetofonu:  Co plecie, co plecie! Całymi tygodniami muszę tylko myśleć, myśleć oraz myśleć.
REŻYSER:    Stąd rozwój Głosu.
GŁOS z magnetofonu:  Nastawiona na odbiór pewnego typu dźwięków, odcięta od reszty zmysłów, które każdy normalnie posiada, analizuję ciągle i analizuję od nowa to samo: te same słowa, dźwięki (dźwięk jest słowem, a nie - to odwrotnie, mój Boże, co mówię), ciągle od nowa, jak powiadam, mielę i mielę w pamięci te same układy słów, przestawiam je, składam na nowo, mam z tego nowe całości, wiem co nieco, choć dużo mniej niż mogłabym mieć, niż mieć bym chciała. Każdy ma swe ograniczenia. Nie będę się chyba tak tym przejmowała.
GŁOS zza sceny:  Oyyyyyyhh!
REŻYSER:    To Autor! ON, ONA! Na miejsca! Autor się niecierpliwi! Scena sknocona! Trzeba zaczynać od nowa!
ON, ONA (razem):  Chcemy Autora! Dać nam tu Autora!
REŻYSER:    Jeszcze czego! Autora wam się zachciało. I co wy od niego chcecie?
ON:        Niechaj nas uspokoi. Niechaj nam wyjaśni to i owo. Owóż mojej żonie, panie, wydaje się, że to, co się zdarza na scenie, dotyczy jej w rzeczy samej.
REŻYSER:    To niech ją pan zaprowadzi do psychiatry, a nie zawraca mi głowy! Premiera za tydzień, a sztuka w absolutnym proszku!
ON:        Kiedy i ja podejrzewam, że coś nie jest w porządku. Nieraz wydaje mi się, to znaczy, mam takie wrażenie, że. Wrażenie nieodparte.
REŻYSER:    Bójcie się ludzie Boga! Zwariowali, czy co? Teatr to teatr! I o co tu innego może chodzić?!
ON:        Wydaje mi się, że gram już tę rolę po raz nie wiem który. Że życie karmi się wyłącznie tym, co gram. Przypominają mi się jakieś strzępki rozmów, jestem przekonany, że ktoś chce nas okłamać. Niczego nie rozumiem.
ONA:     Błagam pana, proszę nam wszystko wyjaśnić. Niechaj pan nas chociaż na moment stąd wypuści. Wydaje mi się, że jeszcze nigdy nie znajdowałam się poza sceną. Tęsknię do miejsc zamkniętych ze wszystkich czterech stron, miejsc, w których bym mogła poczuć się choć przez chwilę nie obserwowana. Ta przytwierdzona do każdego mego gestu, do wszystkich słów - publiczność, staje się ciężarem nie do zniesienia.
REŻYSER:    Publiczność? Jaka publiczność? O czym wy mówicie? Czy wyście naprawdę powariowali? Wezwę lekarza!
ON:        Nie trzeba. Wiem już wszystko! Jeżeli to nie jest publiczność, wiem wszystko! Wszystko!

 

Scena 5.

GŁOS z magnetofonu:  Ha, znowu odkryli. Będziesz im musiał dokonać zabiegu! Ale tym razem te plastykowe kukły imitujące publiczność wydają się jak żywe!
REŻYSER:    Ba. Napracowaliśmy się nad tym. Czy wiesz, że mają mózgi, skomplikowane mózgi, przy pomocy których mogą imitować myślenie? W mózgi włożyliśmy pamięć. Wydaje się im, każdemu, który tu siedzi przed nami, że przyszedł tu przed kilkudziesięcioma minutami, że ma dom, że się może poruszać.
GŁOS z magnetofonu:  To fantastyczne! To wielkie osiągnięcie! Czy oni jednak niczego nie podejrzewają?
REŻYSER:    Niektórym od czasu do czasu wydaje się, że coś jednak jest nie tak. Ale któż by uwierzył, nawet sobie, gdy chodzi o tak ważną sprawę, jak istnienie? Jak własne istnienie?
GŁOS z magnetofonu:  Niebywałe! I co, wydaje im się zapewne, że za chwilę, po skończeniu sztuki każdy z nich wyjdzie, ubierze się w szatni, wsiądzie do tramwaju, że jest jakiś ciąg dalszy? Fantastyczne! A ci tutaj? W końcu się domyślili. Co chcesz z nimi zrobić?
REŻYSER:    Jak zwykle. Znasz przecież reguły. Trzeba ten eksperyment powtarzać wiele razy. Aż do znudzenia. Wytrze się im pamięć, i ab ovo.


AKT III.

Scena 1.

Powoli gaśnie światło. Aktorzy grający Ją i Jego w sposób niewidoczny opuszczają wygaszoną scenę, trwa rozmowa Reżysera z Głosem, włączają się inne głosy, światło gaśnie definitywnie, trwa to przez kilka chwil potrzebnych do tego, żeby ON i ONA zdążyli przebiec (poza salą) do głównego wejścia, następnie światło zaczyna się lekko pojaśniać, kurtyna opada, publiczność zdawkowo oklaskuje sztukę, nagle znów gasną wszystkie światła, poprzez gigantofony słychać we wszystkich miejscach sali potężny wybuch, a za chwilę jęki i rzężenie umierającej. Trzask buszującego płomienia. Między rzędami i z tyłu za widownią ktoś gorączkowo biega, coś przesuwa, wlecze. Nagle reflektory na główne wejście - za widownią. Trzaśnięcie drzwiami, spoza nich wychodzą (jak w scenie 1.) ON, ONA (jakby nigdy nic).

ONA:     Jak sądzisz, czy to już się stało? Chyba tak, publiczność spokojna. Tak, to chyba już się stało.
ON:        Publiczność? Jaka publiczność? A niech ją diabli! Co ma do tego publiczność! Jestem dziś taki zmęczony! Oczywiście. To już się stało. Nie uważasz, że ten wstęp jakiś dziwny?

I tak dalej, czyli - dalszy ciąg początku sztuki, mniej więcej prowadzonej w ten sam sposób jak poprzednio. Można dać takie same kostiumy, ale w innym kolorze. Aktorzy mogą wejść na scenę innymi schodkami, scena może być umeblowana nieco inaczej, nieznacznie. Rzecz toczy się mniej więcej tyle czasu, żeby wypełnić czas potrzebny do przeprowadzenia pełnego spektaklu. Moment niechaj wybierze reżyser lub Reżyser. W miejscu wybranym, ze wszystkich stron sali w gigantofonach powinien dać się nagle słyszeć (w pół słowa któregoś z aktorów) zwielokrotniony głos:

GŁOS ze wszystkich miejsc sali:  UWAGA! UWAGA! EKSPERYMENT MA SIĘ KU KOŃCOWI. ZASZŁY NOWE OKOLICZNOŚCI. NATYCHMIAST PRZERWAĆ DOŚWIADCZENIE.

Aktorzy kamienieją w pół gestu, nie pada dalszy ciąg wypowiadanego słowa, aktorzy trwają w skamienieniu mniej więcej przez pół minuty.
Tekst jw. powtarza się, gaśnie powoli światło, zasuwa się kurtyna, wśród aktorów, po oklaskach i podniesieniu kurtyny, krząta się tylko reżyser: opuszcza aktorom zesztywniałe ręce uniesione w geście, kładzie ich całych zesztywniałych na kanapie, przestawia meble, mruczy pod nosem: Dobrze, dobrze, zaraz!
A tymczasem z głośników nieustannie leje się tekst, który wytłuściłem. Oczy aktorów są szkliste, widać, że niczego nie widzą, niczego nie czują, że to tylko kukły. I tak mniej więcej musiałoby się to w tym miejscu skończyć.

 

 

powrót