powrót

BOGDAN CHORĄŻUK

 





GLORYA

 


Osoby:

 

1. Polska (to także: Matka, Rzepicha, Wanda, Przekupka, Emilia P.)
2. Piast (także: Huzar 3, Magnat 3, Chochoł 3, Jenerał ułanów)
3. Błazen (także: Sprawozdawca radiowy, Ojciec, Facet 7, Chochoł, Magnat,          Pułkownik ułanów, Ktoś z kontrwywiadu)
4. Anioł I, II (także: Facet 1, 2, Woj 1, 2, Magnat 1, 2, Chochoł 1, 2,
    Porucznik ułanów 1, 2, Piast 1, 2, Leszek Biały i Zielony)
5. Chłopiec o niebieskich oczach (też: Leszek Mały, Syn Pułku)
6. Spec od Wand, Niemiec (to także: Tatar, Fryderyk Wielki, Jeniec 1)
7. Car(yca) (także: Jeniec 2, Prowokator)
8. Cesarz Austro-Węgier (Szpieg 2, Jeniec 3 (ślepy))
9. Chochoły, Wandy, Ludzie przy zajęciach, Wojska, Służba itd.
10. Liczne chóry i korowody taneczne.

 

 

 

Akt I

   Uroczystość rocznicowa pod Pomnikiem Grunwaldzkim. Jeszcze przed otwarciem kurtyny słychać z daleka dochodzący gwar kilkudziesięciu tysięcy zgromadzonych na Polu Grunwaldzkim ludzi. Oklaski. Pobrzękiwanie metalu. Rżenie koni. Ciężki krok maszerujących. Kurtyna w górę. W tym samym momencie z oddali motyw Bogurodzicy. W miarę podnoszenia się kurtyny, motyw narasta. Przez scenę maszeruje niekończący się pochód wojsk polskich z różnych epok, różnych formacji, w różnym stanie. Lśniące epolety i metal białych broni, bandaże oblepione krwią, do cna wymęczeni żołnierze. Chorągwie, sztandary, proporce. Las pik. Markietanki. Wozy pełne trupa. Jeńcy wiązani powrósłami. Ktoś pada, podnoszą go inni, ściągają za scenę. Kartacze, potem kosynierzy. Na pochód nakierowane kamery TV. Kręci się film z uroczystości. Monitory skierowane ekranami ku widowni wyłuskują (TV przemysłowa!) fragmenty pochodu, czyjeś twarze, dłoń, fragment szamerunku. Z boku, zresztą bardzo ruchliwy Sprawozdawca radiowy. Ekipa TV oraz Sprawozdawca radia ubrani (oni jedyni) - współcześnie. Sprawozdawca trzyma w ręku swój koronny atrybut - mikrofon. Sprawozdawca (przekrzykując gwar i muzykę): Tu mikrofony Polskiego Radia zainstalowane na Polu Grunwaldzkim! Nadajemy sprawozdanie radiowe/?/ z rozpoczynających się właśnie uroczystości! Proszę państwa! Niezwykły i fascynujący widok! Piękna uroczystość! Niebywała, niepowtarzalna feeria barw i dźwięków! (ociera chusteczką mocno spocone czoło). Niezwykle piękna pogoda (ktoś podbiega do niego, pokazuje mu termometr), 50 stopni w cieniu! Takiego żaru nie było od lat! Ludzie, poprzebierani w ciężkie kostiumy historyczne, po prostu - mdleją. Ale widowisko - nadzwyczaj urokliwe! (rozpina marynarkę, następnie zdejmuje ją, zostaje w koszuli, którą w końcu również zdejmie. Dobrze by było, żeby rozebrał się aż do majtek, pozostając w samych skarpetkach i krawacie).
   (Motyw pieśni się zmienia, słychać teraz Boże, coś Polskę..., potem piosenkę ułańska (np. Ułan na wedecie (?)), następnie np. Płynie Wisła, płynie... Ekipa TV w pogoni za jakąś sceną zjeżdża za kulisy. Jakieś zamieszanie, tumult, słychać pojedyncze wystrzały, a nawet huk armat. Przez cały czas z daleka słychać też może być fragmentami (niezrozumiałymi, wyłapuje się tylko intonację) - przemówienie jakiegoś oficjela.)


Sprawozdawca:      Przygotowania do uroczystości trwały przez ostatnie dni w zasadzie bez najmniejszej przerwy. Ludzie padają z nóg ze zmęczenia! (przysiada na kamieniu lub czymś podobnym. Widać, że jest skrajnie wyczerpany).      Żar i zmęczenie! Piękna uroczystość! Piękna! Piękna!


(Strzały stają się bardziej wyraźne, pochód urywa się, przez chwilę na scenie jest prawie pusto, następnie przez scenę zaczynają przemykać pojedyncze postacie. Jedna z nich najwyraźniej krwawi. Sprawozdawca podbiega do słaniającego się rannego, podtrzymuje go. Słychać najwyraźniej zgiełk niedalekiej, coraz bliższej bitwy.)


Sprawozdawca: Przepraszamy wszystkich za chwilowe usterki. Są jakieś zakłócenia.       (Do rannego, zatykając mikrofon): Co się tam dzieje, na litość boską?!

Ranny: Moskale! Bij, kto w Boga wierzy!

Sprawozdawca: Nie rozumiem... (do mikrofonu): Wszystko dopięte na ostatni guzik! Charakteryzacja tak doskonała, że ludzie wczuwają się bez reszty w role, które sobą przedstawiają! To niebywałe! Kompletne złudzenie!

(Ranny wyczołguje się poza kulisy, na scenę wtacza się wycofująca się przed nacierającymi Moskalami któraś z formacji wojsk polskich. Strzały.)

Sprawozdawca: Czy państwo słyszą? Czy państwo nas dobrze słyszą?! Nie potrafię wprost opisać tego, co się tutaj dzieje! Wspaniałe! Nieprawdopodobne! A jednak prawdziwe, a nade wszystko, jakież piękne! Prawdziwa, najprawdziwsza potyczka! Brawo! (W tej samej chwili Sprawozdawca, potężnie potraktowany szablą przez jednego z Moskali, wydaje przeciągły jęk i wali się na ziemię.)

(Podnosi się wewnętrzna kurtyna, potykający przetaczają się za kulisy, gwar, śpiewy, modlitwy, przemówienie i wszystkie inne odgłosy przycichają, w końcu milkną. Druga kurtyna odsłania ultranowocześnie urządzone wnętrze. Słychać znany współczesny (z radia) przebój.

Piosenka 1. W fotelu, ubrany typowo, rozparty, z fajką w zębach Piast Kołodziej (3) czyta gazetę. U jego nóg błazen (to Sprawozdawca radiowy). Wnętrze oświetlone jest łuczywem. Wchodzi Facet 1, ubrany fircykowato. Piast odkłada gazetę.)

P: Czas już zaczynać legendę (spogląda na zegarek ręczny)! Potomki czekają!

1: Niech Piast się nie martwi. Będzie w samą porę. W razie czego odwołamy się do wyobraźni narodu.

P: (znowu spogląda na zegarek): X wiek! A kumpel się spóźnia!

1: Nie tylko, nie tylko... Jeszcze i Rzepichy nie ma... I brak synka...

P: Co mi tu będziesz zaraz wypominał! Gdy chodzi o ścisłość, to nie ma wielu jeszcze innych rzeczy. Brak jednej, wspólnej idei dla wszystkich Słowian, brak...

1: Nie wymieniajcie wszystkiego.

P: Jak człek w jednym miejscu wyprzedzi ten, jak jemu tam, postęp, to czekać musi w innym. I tak zawżdy.

1: (nasłuchując od dłuższego momentu): Oho, zdaje się, że idzie!

(Słychać, jak ktoś okropnie fałszując śpiewa piosenkę.

Piosenka nr 2.

Ten ktoś potyka się, słychać przekleństwa: O kurrrrr!, i następnie, już szybciej i bliżej motyw tej samej pieśni. Dobijanie się do niewidocznej z widowni bramy.)

Strażnik (głos): A kto tam, do dyabła, po nocy!

2: Tylko nie do dyabła! Jam ci na postrzyżyny. Janioł!

Strażnik (głos): A jużci, bo uwierzę! Legitymacyją jest?!

2: Mam ci ją!

Strażnik (głos): Ooooo! (i słychać, jak ktoś, coś krzycząc przeraźliwie, ucieka).

(Na scenę wtacza się kompletnie pijany 2. Płaszcz z niego zsunięty, po ziemi się wlecze, twarz zniszczona, 2 czka co chwilę, włos zmierzwiony. Spod płaszcza zwisa piękne, białe skrzydło anielskie.)

1: Jak ty wyglądasz! Znowu cała robota zwali się na mnie (usiłuje 2 doprowadzić do porządku, ale 2 wymyka mu się, tańczy po całym pomieszczeniu, jednocześnie nuci dalej piosenkę nr 2).

1: (do P): Ostatnio zainteresował się narkotykami.

2: Lubię także dziwki, i przednią kompanię!

P: (wołając za kulisy): Rzepicha, hej, Rzepicha! Bywaj! Z małym bywaj!

1: Trza się oporządzić.

(1 i przytomniejący 2 zdejmują okrycia wierzchnie, marynarki, i okazuje się, że obaj są wyposażeni w wielkie białe anielskie skrzydła. 1 rozprostowuje je, wygładza. Gęsiego, najpierw Leszek Mały z olbrzymią, wytapirowaną czupryną, a za nim wielkie, spasłe babsko, śpiewając piosenkę nr 3 (duet) wtaczają się na scenę. Leszek, zobaczywszy Anioły, usiłuje się wyrwać za kulisy.)

Rzepicha: Cichoj, cichoj! Trza cię postrzyc, boś jest przyszły król!

2: (wyjmuje zgrzebło, olbrzymie nożyce): No to w te kudły! (Taniec z nożycami.)

P: Panowie, nie przekomarzajcie się! 1000 lat legendy czeka!

Rz: Tylko mi go nie okaleczcie!

Leszek: Ja nie chcę być królem! Chcę być kominiarzem!

2: Będziesz, aż miło! (strzygą go "na pałę").

Rz: No, to legenda spełniona! Tera na placka i miód zapraszamy! (Wszyscy wychodzą, śpiewając piosenkę nr 1. Taniec. Jednocześnie z drugiej strony na scenę wpada korowód Wand (tych od Niemca). Tańczą różne tańce polskie, jednocześnie chór Wand wykonuje piosenkę nr 4. Przez wszystko przebija się śmiech, jest wesoło, barwnie, hucznie, szybko. W pewnym momencie na scenę, ostrożnie się skradając, wtacza się typowy Niemiec: w tyrolskim kapelusiku z zielonym piórkiem, gruby, opasły, brzuchaty. Usiłuje wyrwać z korowodu którąś z Wand. Te odtrącają go.)

Wanda: Won, Niemcze!

Niemiec: Wy macie smykałkę, a my mamy przemysł. Czy mógłbym panie prosić o rękę?

W: Won!

N: Nie byłoby granic, geny by się wymieszały, może by jakaś mutacja wydarzyła się...

W: Cała nasza odpowiedź, to: won!

N: Byłbym skłonny do ustępów. Stolice po szrodku. Nazwa neutralnisze. Na przyklad: Europpe. A naokolo jedna duża, duża państwo, co?

W: Won, ty szubrawcze!

N: Zniecierpliwiłem się. Na razie zjednoczenie Europy pod moja dyrekcja trzeba odlożyć o trochę. (Zaczyna gonić coraz natarczywiej Wandy. Ściemnienie. Na ekranie widać, jak Wandy skaczą bardzo nago z jakiegoś barokowego mostu, prawdopodobnie do rzeki (Wisły). Jednocześnie słychać po kolei krzyk plusk i gulgot.)

W: (po kolei): Nigdy, nigdy, nigdy (itd.).

(Rozjaśnienie. Piast rozstawia na środku sceny wielki stół, nakrywa go sianem. Nuci przy tym któryś z poprzednich motywów. Na scenę pojedynczo wchodzą woje, siadają za stołem.)

Woj 1: Znowu konferencja!

Woj 2: Odcisków na mózgu można dostać od myślenia!

Woj 3: Co za czasy!

P: Wszyscy?

Woj 4: Co ważniejsi.

P: Niechaj podpiszą listę obecności (zaczyna krążyć lista obecności). (Po chwili): Panowie! sytuacja staje się coraz poważniejsza! Co z tego, że nam zaczyna we łbach kiełkować świadomość narodowej odrębności, kiedy nie bardzo wiadomo, co z nią można zrobić...

1: Mój zwiad, istotnie, mi niedawno doniósł, że pod pozorem beztroski szlachty kryją się w niedalekiej przyszłości straszliwe Rozbiory!

4: No to, czy warto coś robić?

P: Te ziemie dokoła na pewno są warte Zachodu!

1: Jednocześnie na południu kraju lęgną się jakieś straszliwe legendy, czy też może smoki... Nie wiadomo...

P: To jak? Zakładamy to państwo? Statut już narychtowałem...

1: Założyć nie sztuka. Lecz co będzie potem?

2: Zali utrzymamy państwo w garści swojej?

P: Co jeszcze?

1: W okolicach 1973 roku wystąpiły, jakby to powiedzieć...

3: Normalnie: napięcia gospodarcze.

4: Co tu ukrywać.

P: Przejściowe, przejściowe, panowie! Tego nie można tak serio traktować! Co dalej?

1: W Warszawie wybuchło powstanie.

P: Listopadowe? Listopadowe Powstanie? Szybko im poszło! Jeszcze przed tygodniem tylko szeptali po kątach. Zaskoczony jestem!

1: Sytuacja poważna.

2: Trzeba by im pomóc!

3: Gdyby się przynajmniej udało wreszcie uruchomić samoloty.

4: Do dzisiaj nie rozumiem, na czym to polega, że one fruwają!

1: Chciałeś powiedzieć: że powinny fruwać.

2: Powinny, powinny! Ale nie fruwają. A przecież użyliśmy do ich budowy najlżejszego drewna. Zbudowaliśmy w ich brzuchach wielkie paleniska odrzutowe, na, jak to się ona nazywa...

P: Na naftę...

2: No właśnie!

3: I nic!

4: Nie rozumiem także, po co furmani skaczą z nich.

3: I to szczególnie, kiedy są wysoko!

1: Bo to jest tak: Furman, w razie czego, nadlatuje wynalazkiem nad pozycje konnicy, i mierząc w sam środeczek, skacze na nią.

4: W ten sposób razi co najmniej kilka koni oraz jeźdźców.

P: Nawet ekonomiczne, ale za mało etyczne.

3: Może oni znali gatunki drzew lżejsze jeszcze?

1: Niemożliwe! Przetrząsnęliśmy wszystek bór i nie ukryło się przed nami nic, co lekkiego! Chyba żeby wyewoluowało się potem...

P: A jak rakiety?

1: Niestety.

P: Co - niestety?

1: Woły zbyt powolne.

P: W razie czego, odpalić!

4: (stuka się z całej siły w głowę): Nareszcie przypomniałem sobie: pod Głogowem.

1: O Jezu, co znowu?

4: Niemcy!

P: Słać natychmiast pomoc! Przebrać ich, jak się da, i w bój! A niech to cholera!

(Wpada skrwawiony, zdyszany 7.)

7: Zbaraż się zesrał, lecz nie dał (wypada).

Wszyscy: (klaszcząc powściągliwie): Brawo, brawo!

(Następnie formuje się korowód taneczny, następnie wszyscy, ledwie zipiąc, poklepując się z radości, śpiewają piosenkę nr 5. Dalszy ciąg obrad.)

P: Jak tam produkcja prądu?

1: Sto tysięcy ton jantaru w magazynach aż się skrzy. Wysokie napięcie!

2: Ale gdy chcemy go przenieść na jakieś inne miejsce, znika.

1: Nie wierzę w cuda, w końcu nam się uda.

(Wpada 7.)

7: Padł Zbaraż! (wypada).

P: Minuta milczenia, dla jego uczczenia!

(Wpada powtórnie 7.)

7: Wykonaliśmy plan 5-letni!/i wypada/.

Wszyscy: Brawo, brawo! P: Eksperymenty z naftą?

1: W porządku. A jeśli nie wyjdzie nam z naftą, zaczniemy eksperymentować z kuzynką.

P: Kuzynka, jako siła napędowa?

1: Najnowsza koncepcja.

P: Genialne!

4: To stawia nas w rzędzie światowej potęgi!

3: Jeszcze wyżej!

4: O Jezu, co to bedzie!

(Ogólne ożywienie, wszyscy zaczynają się mościć dookoła stołu; służba wnosi olbrzymią kwiczącą świnię na rożnie, kufle z miodem, zaczyna się uczta.

Piosenka nr 6.

Je się rękami, ociera z tłuszczu gębę rękawem, siorbie. Słychać silną detonację. Ogólne zamieszanie. Wszyscy się zrywają od stołu. Świnia, korzystając z okazji, zeskakuje ze stołu i umyka za kulisy.

( Wpada 7 - ostrzępiony, osmolony.)

Wszyscy: Zbaraż padł.

7: (kiwa głową przecząco): Eksperyment z kuzynką nie wyszedł! (wypada).

3: Widzę (mistycznie): O, widzę! I to mnie wewnętrznie oślepia!

Wszyscy (skandująco): Co wi-dzisz? Po-wiedz-że!

3: Widzę! Widzę, bo mam oczy! Na wskroś, i na ukos! Poprzez zdarzenia antycypująco patrząc!

4: Jak?

P: (do 3): Mianuję cię Generałem Kultury. (Usprawiedliwiająco na boku do 1): I tak się do niczego innego nie nadaje.

3: Litości! Za co?! Przecież ja mam dzieci!

P: Zrobimy tak: póki co, stolicą będzie Kraków!

3: Niebywałe! Wspaniałe osiągnięcie intelektualne. (Wyjmuje z kieszeni olbrzymi order, przyszpila go Piastowi. Zakłuwa go. Widać, jak spod koszuli Piasta cienką strużką płynie krew.) Królu! Mianuję Cię najwyższym Orderem naszego resorta!

(Wszyscy płaczą ze szczęścia, rzucają się sobie w objęcia.)

1: Ale mu żyły z wysiłku wystąpiły na czole!

(Wpada 7.)

7: Jakieś wielkie, przekrwione i tętniące żyły wystąpiły z brzegów jeziora Gopła w okolicach Gniezna! Miasto tonie w panice!

P: Trzeba ogłosić natychmiast stan zagrożenia przeciwpowodziowego!

7: Mnożą się szczury (wszyscy się otrząsają ze wstrętem). Szczury i ślimaki na eksport do Francji!(wypada).

P: Nie szkodzi, nie szkodzi! I tak nam wiadomo, że Popiel od dawna fałszował dolary. W USA panica!

2: Agenci CIA poprzebierani cudacznie węszą, gdzie się da.

4: Jadłem wczoraj sałatkę. Z pomidorów. Tnę jeden, patrzę: w środku agent. Zrobiło mi się głupio, ale udaję, że nie zauważyłem. Posypałem go pieprzem, przełknąłem. Ach, jaki był gor zki!

3: Tego by nawet Einstein nie wymyślił!

4: Wymyślił!

3: Nie wymyśliłł!

4: Wymyślił, mówię!

3: A chcesz acan w zęby? (policzkuje 4).

(4 wyciąga z pochwy karabelę. Pojedynek.)

4: (trafiony, pada. Do Piasta): Wodzu.

2: Wody!

3: Daj mi w zęby!

P: W porządku. Tego - do szpitala./ dalszy ciąg narady/.

(4 słaniając się, wychodzi.)

P: Jak tam racja stanu?

1: Polska racja stanu!

2: Obsialiśmy wszystkie ogródki.

P: Hodowla udana?

2: Siedem kwintali, oraz i tak dalej!

P: Co jeszcze?

1: Niestety. Konrad sprowadził na głowę Krzyżaków.

P: Bieda, bieda!

Wszyscy: Oj bieda, bieda!

(Wpada 7.)

7: Zbaraż padł!

(Słychać nadlatujące odrzutowce. Wszyscy pokładają się na podłodze, wczołgują się pod meble.)

7: Uwaga, uwaga! Przeszedł. Koma trzy!

(Ktoś biegnie po schodach. Trzasnęły drzwi.)

Wszyscy: (recytująco): Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie.

P: Ile cię cenić trzeba (zająkuje się). No, niech ktoś podpowie!

3: (wyciąga miecz): Za Ojczyznę! Bij, kto w Boga wierzy!

(Wszyscy z wyciągniętymi mieczami wypadają ze sceny. Po chwili wpadają na scenę skrwawieni, obandażowani, z rękami na temblakach, okulawieni. Motyw Bogurodzicy. Wszyscy zmierzają przez scenę, wychodzą w przeciwległe kulisy. Na scenę wpada rozgorączkowany Sprawozdawca radiowy. W ręku ten sam, co poprzednio, mikrofon.)

Spr: Jak już podawaliśmy poprzednio, Zbaraż niestety padł! Co prawda pod Częstochową zaczyna się coś dziać, ruszać powoli, ale to wiadomości jeszcze nie sprawdzone. Prawdopodobnie Szwedzi wycofują się, a zaraz potem, po kilku wiekach, zbudują sobie taką gospodarkę, jakiej nikt nie dorówna! Fala za falą krwawi naród nasz, powstania się zderzają o siebie, bo ich bardzo wiele, gęsto po prostu od powstań, co to będzie, co to będzie!

(Przez scenę przebiega rozwichrzony woj, goniąc jakiegoś ubranego w skóry.)  

 Spr: Pracują nasi mieczem, i się nie liczą z zapleczem! Wszyscy jesteśmy ciekawi, co będzie, jak się wykrwawi! Ach! Rżenie koni tak mnie podnieca (słychać rżenie). Czysty metal! Tradycja!

(Na scenę wpada Tatar, za nim Huzar -lajkoniki.)

Huzar: A ty skurwypołciu! Zachciało mu się befsztyków a la polonaise! Cwałuj mój koniu! Zeszczę się chyba pod wiatr! Wiatr historii!

Tatar: Befsztiki! Tatar!                              

Huzar: Bij, kto w Boga wierzy!                                      (ewent. piosenka nr 6a

Tatar: Befsztik! Besfsztik!                                                           na 3 głosy)

Huzar: Niech ja cię dopadnę!                  

Tatar: Ja ciebie dać befsztik!befsztik!,a ty mnie zbudulululu cuku cuku rownia!

Huzar: Bezczelny Tatar! Znowu chce się wyłgać! Jeszcze go cukrem posypuj! A niedoczekanie!

Spr: Daj mu popalić! Ty! Daj mu popalić!

(Straszliwe zamieszanie przy gasnących światłach, w tym czasie technicy ustawiają stół jak poprzednio. Światło. Trzech Piastów jak jedna kropla wody.)

Piast 2: Otwieram naradę. Na porządku ważne sprawy państwowe.

Piast 3: Pleni się bujnie pleśń organizacyjna.

Piast 1: Straszliwie tajemna broń wszelkiej maści anarchistów. Potwornie odporna na wstrząsy polityczne. Antymagnetyczna i antypaństwowa.

3: Pleśń typu rokfor! Zawleczona z Frankonii.

2: Przerasta społeczeństwo wielkimi, zielonymi korytarzami!

1: Taki tu już klimat polityczny. Upał.

 2: Diagnoza?

1: Przerost struktury organizacyjnej typu oho, Franca!

3: Oraz insze plagi.

1: Pokątny wyrób idei.

3: Metody chałupniczo-kawiarniane. Partanina.

1: Wnioski?

2: Rzucić na rynek więcej mięsa, dać ludziom trzeci, kolorowy program, podwyższyć im pensje!

3: Eksport kuleje. Za to za każdego sprowadzonego z zagranicy cwaniaka płacą nam w żywej gotówce.

2: Nie wiem, czy w ostatecznym rachunku nam to się opłaci. Mam kontrpropozycję!

1: Na czym to polega?

2: Przesunąć Wisłę na zachód mniej więcej o tysiąc kilometrów! Jest już nawet odpowiedni projekt. Opracowała go w latach poprzednich nasza (z emfazą) słynna już na cały świat grupa wizjonerów!

1: Kolosalna inwestycja! Trzeba by naród poderwać do wyższego lotu. Lata i lata.

2: Co "lata"?

1: Lata przygotowań. Ideologicznych. A tu nie ma odpowiedniej atmosfery.

2: Względnie rzeczowej. W powietrzu zbyt wiele, jak na tę część Europy - romantyzmu.

3: Do rzeczy. Pospolitej. Koszty importu szczęku oręża polskiego?

1: Przekroczyły koszty eksportu sławnych Polaków. Równowaga zwichnęła nóżkę!

2: Interweniować! Krem bitewny?

1: W magazynach! Ale kiepska jakość:narodowo gorzki i zjełczały.

2: Ceny romantyzmu bez kości nieustannie wzrastają. Grozi nam inflacja trzeźwości.

3: Pracujemy nad pochłaniaczem nadmiaru dumy narodowej.

2: Park narodowy przeciążony jest. Ideologią już więcej niczego wycisnąć się nie da. Trzeba by pobódz trochę...

1: Bodziec nr 6. Niezawodny!

3: Który, który?

2: Kolega ma na myśli ekwiwalent finansowy. Zupełnie niedawno odkryto pewną współzależność między jego wysokością a rezultatami, najbardziej nawet przeciążonych parków.

1: Ideologia, panowie, nie jest rzeczą złą, lecz...

2: Ale syfony nabijane naszą dumą narodową też mogłyby skarb nam zasilić.

1: No to do roboty! (Zaczynają się zbierać. Jednocześnie obsługa zaczyna zmieniać przy odsłoniętej scenie dekoracje, zwolna zaczyna się rodzić chóralny skowyt piosenki nr 7. Powoli obsuwa się kurtyna.)

 

Koniec aktu I.

 

 

 

Akt II

  Wnętrze pałacu w stylu renesansowym. Od bogactw aż kapie. Pośrodku wielki stół. Przy nim tłum opasłych opilców (typy zagłobowskie) w bogato szamerowanych kontuszach szlacheckich, z wąsem i przy szabli. Piękna i młoda dziewczyna w stylu polskim. Obsługa. Trwa uczta. Wszyscy mają tęgo w czubie. Nuci się motyw piosenki nr 8 na zmianę ze znanymi pieśniami biesiadnymi (staropolskimi). Gwar. Jest wesoło, wystawnie, beztrosko.

Magnat 1: Za króla Sasa, hej, za króla Sasa!

Dziewczyna: Niech mnie nazywa swą Polską!

1: Polsko!

2: Wciórności, mościa panno! Aleś śliczna!

Polska (Dziewczyna): Chyba mnie nie przepijecie całą, moiściewy?

3: Liberum weto! Miodu!

P: Azali to do mnie? Czy żem nie dość dzisiaj słodka?

1: Wciórności! Ale żeś w wymowie gładka?!

2: Nie tylko w wymowie! Nie tylko!

Wszyscy: Polsko!

3: Co wypijem, to odbijem!

(4 obłapia dziewkę służebną, podnosi jej spódnice.)

4: Z polską szlachtą, polski lud!

2: Kupim sobie króla Sasa.

3: Albo sprawim Fryderyka.

1: Wszystko jedno! Bez różnicy.

2: Byle finans w kasie kwiczał!

P: (całuje się z jednym z Magnatów): Chłop potęgą jest, i basta.

(Wchodzą grajkowie. Nieskładny Mazur. Biesiadnicy zaczynają po kolei tańczyć z Polską. Są już mocno pijani. Niestety - także Polska. Magnaci obłapiają ją i podmacują. Polska piszczy z uciechy. Akcja przesuwa się w głąb sceny. Do opróżnionego przez biesiadników miejsca przy stole podchodzą trzy postacie, obecne na scenie od dłuższego już czasu, a niezauważone przez pijanych biesiadników. Magnaci pokładają się, niektórzy już dawno śpią, chrapanie takie, że aż szyby brzęczą, najmniej pijany tańczy jeszcze z Polską, zauważa w końcu obcych i, nie przerywając tańca, krzyczy w ich stronę:)

1: Witamy! Niskie progi!

Polska: Czym chata bogata, tym nie tylko rada!

1: Same daj Boże nazwiska! Caryca nas zaszczyca! Cesarz Austryjacki! Król pruski - Fryderyk!

Fryderyk: Wielki.

P: Do usług!

(1 puszczony przez Polskę zatacza się, pada na kupę pozostałych śpiących, zasypia. Trzy postacie zajmują miejsca przy stole. Służba sprząta stół. Fryderyk Wielki zdziera ze ściany sztandar z Orłem Białym, zaściela nim stół. Na tacy wnoszą talię kart. Zaczyna się pokerek. Polska się kręci i mizdrzy cały czas do panów: muska im twarze włosami, przysiaduje na kolanach, pozwala się klepać po tyłku. Cały czas śpiewa piosenkę nr 9.)

CA: To co? Zagramy o nią?

P: A jakże! Myślałby kto! Figa z makiem!

Fr: W bękarta, czy w pokera?

CA: Poker, zwany Rozbiorowym! (tasują rozdają karty. Polska chichocze).

C. Zagrywam za 10.

F: 10, i 40!

CA: Tym razem beze mnie.

Fr: No to i beze mnie. (Jeden z Magnatów budzi się, sięga po szklankę z napojem. Fr. odtrąca mu rękę.)

CA: Chciałbyś się napić, no nie?

M: No, a już-ci?

C: No to, to trzeba najpierw by zasłużyć (mruga na pozostałych). Prawda?

M: Zasłużyć? Pić!

C: Rozbierz no ją trochę (pokazuje Magnatowi na Polskę).

(Magnat zdejmuje jakąś część garderoby P, która trochę piszczy, ale się prawie nie broni. Nadal wesoła. Następne rozdanie. Licytacja (jak poprzednio, ale inwariacje) coraz bardziej zajadła, przy następnych próbach rozbierania Polska coraz bardziej się broni, w końcu wzywa ratunku, lecz nikt jej nie słyszy; jednocześnie):

CA: Ma piękne włosy. Rezerwuję!

C: Ja druga! Druga! Jestem druga!

Fr: To się obaczy. Sprawdzam! Dwa!

C: Ful królewski! Fr: Kolor!

CA: Ja wysiadam.

Fr: Włosy moje!

C: Warszawskie jest moje. Biorę sobie jej tułów aż po Warszawę.

CA: Krakowskie jest moje. (Do P): Nieprawdaż, maleńka?

C: Zgoda!

(Polska jest już całkowicie rozebrana, tj. naga. Władcy podnoszą się od stołu. Caryca siorbie w sztandar. Wszyscy uważnie oglądają jak przedmiot rozebraną Polskę.)

C: Trzeba będzie zrusyfikować to i owo (drapie się po głowie). Zabrać, co nasze, i zrusyfikować.

Fr: A ja zgermanizuję jej całe podbrzusze (zaciera ręce z uciechy).

(Fr. prowadzi mocno opierającą się Polskę w niewidoczne, zasłonięte miejsce na scenie, słychać płacz Polski, rechot Fr., który pokrzykuje):

Fr: No, to zaczynamy wyciskać podatki.

(Czynność jw. powtarza następnie CA, a w końcu do tego samego zostaje dopuszczony także nawet Magnat. Co jakiś czas któryś ze śpiących magnatów budzi się na moment, nieprzytomnie patrzy, i następnie się wali na ziemię z powrotem. Wyciemnienie, coraz słabsze, przechodzące w rzężenie, skargi Polski. Zmiana światła. Na zupełnie pustą scenę wkraczają Chochoły. Kroczą poważnie, lunatycznie, z dostojeństwem.)

Chochoł 1: (intonuje) Albośmy to jacy-tacy

Chór:     czerwona poduszka
              leży koło łóżka!

1: (recytuje):      Gdy straciłeś wszystko
                          to się kłaniaj nisko
                          Trzeba było co innego
                          To byś lepszy był lebiego!

Chór: Miałeś chamie konfuzyję
          Zamień że ją na fuzyję!

(Chochoły cały czas w ruchu, w tańcu dokoła śpiących Magnatów. Na scenę wpada typowy Rosjanin.)

Chór: Oooo, car!

Car: Nu, a teraz kazaczka!

(Chochoły najpierw dosyć niechętnie, potem z coraz większym rozpędem tańczą coraz szybciej. W końcu taniec staje się obłędny. Car klaszcze w ręce, pogania chochoły batogiem, batog świszczy; Chochoły tańczą coraz szybciej, zaczynają krwawić, gubić części garderoby.
Na scenę wpada 7.)

7: Zbaraż padł!

(Nikt go nie słyszy. 7 tarmosi po kolei Chochoły, krzyczy każdemu niemal do ucha to swoje: Zbaraż padł!, Zbaraż padł!!, ale do Chochołów, wydaje się, nic nie dociera. 7 zrezygnowany opuszcza scenę. Chochoły tańczą nadal, ale powoli zaczynają się jakby przeorganizowywać: następują zmiany w konfiguracjach tanecznych, Chochoły tańczą teraz zwartym kołem, trzymają się za ręce, zaczynają coś jakby między sobą poszeptywać, czego nie zauważa Car. Chochoły tańcząc, chrypiąc z wysiłku, zaczynają się najwyraźniej naradzać, spiskować. Następnie zakradają się nieznacznie coraz to bardziej na tyły Batiuszki hospody pomyłuj, Cara. Z daleka kanonada, pojedyncze wystrzały, krzyki. Wybucha Powstanie Listopadowe. Car chyłkiem, obrzucany przedmiotami i goniony przez chochoły - wymyka się ze sceny.)

Ch 1: Niech żyje margaryna!

Ch 2: Olej! Ojej lej go! O lej go! O-lej!

(Na tę scenę wpada Sprawozdawca.)

Sprawozdawca: Ach, proszę państwa! Jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny widok! Rzecz autentyczna. Jesteśmy świadkami słynnego, tak!, słynnego Powstania Listopadowego. Bo to już jesień! Jesień!, proszę państwa, i na drzewach żółto! Za chwilę usłyszą państwo autentyczne wypowiedzi uczestników Powstania, bohaterskich, zalanych narodową krwią!...

Ch 3: Wszystkiemu winne masło roślinne!

1: Margaryna brzuch wypina!

2: Wielki brzuch, czyni z nas dwóch!

Car: (który jest już z powrotem): Drapie się Polak po szkodzie.

Spr: Co eminencja? Rzekł?

Car: Szkodzi się drapa po dupje.

(Car wiąże Chochoły powrósłem w pęczek, wyprowadza je ze sceny. Słychać jęki i zawodzenia Chochołów.
Ponura pieśń nr 10.
Na scenie pozostaje tylko Sprawozdawca.)

Sprawozdawca: Niestety, Powstanie upadło. Dużo krwi. Nasz naród jeszcze raz pokazał, że jest pracowitym krwiodawcą. Wielkim społecznikiem Europy. A Car to krwiopijcą. Krew ludzka, w tym krew polska, jest bardzo sceniczna. Szkoda, że państwo tego nie mogą zobaczyć. Opowiem anegdotkę. Niedawno odkryto w Karpatach źródło. Było to źródło współczesnej myśli polskiej. Niestety, ktoś musiał tam nasiusiać, bowiem nie nadawało się do użytku. A zresztą, Prawdziwy Polak ma oko wewnętrzne. Jesteśmy narodem mistyków. Mistycyzm się u nas ostatnio rozplenił nad podziw. Niedługo będzie to nasz podstawowy przedmiot, niestety eksportu.

(Nadsłuchuje. Zagląda pod meble oraz za kulisy. W końcu wychodzi, i za moment wbiega z powrotem ze zmierzwionym włosem i podbitym okiem. Krzyczy strasznym głosem):

Sprawozdawca: Zbaraż padł! (i wypada ze sceny)

(Słychać grzechot gąsienic czołgowych, na tym tle piosenkę ułańską, potem tętent, oraz rżenie koni. Następnie przez scenę przebiega (wycofuje się) kawalerzysta z szablą we wzniesionej ręce, a naokoło wybuchają petardy. Kawalerzystą rzuca po całej scenie, huk motorów i gąsienic czołgów przybliża się, kawalerzysta rusza w tym kierunku z atakiem. Za nim pośpiesznie przemaszerowują przez scenę śpiewający - pieśń 11 - kosynierzy.
Zaciemnienie, zmiana nastroju. Kilka planów.
Na ostatnim, w nieustającym przemarszu wszelkie polskie wojska różnych formacji i epok, w zróżnicowanym stanie gotowości bojowej. Idą zatem zakrwawieni woje ze scen pierwszych, maszerują oddziały desantowe WP, podśpiewując sobie różne współczesne piosenki wojskowe (uwaga: piosenka/pieśń nr 12), jadą na koniach (patrz: Lajkonik) husarzy, idą wysoce zideologizowani kosynierzy.
Oddziały maszerują na tyle powoli, żeby w przejściu za sceną aktorzy i statyści mieli czas przebierać się w coraz to nowe i nowe mundury charakterystyczne dla coraz to innych epok historycznych i odwołujące się do coraz to innych skojarzeń z historią Polski. Dążyć jednak należy w tej scenie zdecydowanie do powagi: zabrania się uzyskiwania efektów komicznych przez np. mieszanie stylów, epok itd.
Od czasu do czasu grupa jeńców obcych wojsk (Tatarzy, Turcy, Niemcy - ss-mani, Murzyni, żółci, ale nie np. Indianie, chociaż ci aż się proszą o to).
Na tym planie "zmieniają się" często pory roku, "niesione" przez maszerujących. Niekiedy jest tęga zima (wata, dużo waty), niekiedy maszerujący niosą naręcza kwiatów, roślin, owoców.
Pomiędzy maszerującymi kursują kurierzy, działa normalna poczta polowa, służba łączności cały czas pracuje intensywnie (rozwija się kilometry kabli, furczą bębny od odwijania kabli), przeprowadza się ważne strategiczne rozmowy przez telefon(y), działają krótkofalówki, oto przemaszerowują żołnierze w maskach przeciwgazowych, następnie jedzie kuchnia polowa, z kotła bucha para: pewnikiem smaczności w niej nie byle jakie warzą się dla utrudzonych żołnierzyków polskich, pomiędzy kolumnami uwijają się też sanitariusze, ci zawsze mają pełne ręce roboty: a to ktoś pada wycieńczony i więcej się nie podnosi, inni układają go na poboczu drogi; a to któregoś trafi kula zabłąkana jakaś, ten słania się, patrzy raz ostatni na otaczających, wali się na ziemię. Odblask dalekich pożarów, rżężenie konających koni, jęk umierających, wiele pięknych chorągwi, teraz oto ciągną przez scenę bardzo fotogeniczną armatę, może to właśnie słynna Kolubryna, któryś z żołnierzy ukradkiem całuje dobyty spod pluder szkaplerzyk, kapłan odprawia mszę polową, kogoś niosą na noszach, może to Kościuszko, żołnierze odchodzą z pochodu na chwilę "na bok - normalna sprawa, nawet kiedy kule świszczą, siusiu chce się, niektórzy umierają, ale maszerują wytrwale dalej, jak to Polacy. Gdzieś z daleka odezwał się i zaraz zamilkł dzwon na trwogę, pewnie kościółek jakiś wiejski gore. albo dzwonnik przed Tatarami ostrzega, w innym miejscu hejnał mariacki; potem przechodzi dawna orkiestra wojskowa z bębnami, masą blachy i piszczenia, co i raz wybucha tuż za kulisami, a i "kawałkiem" na scenie - bitwa: raz jest to bitwa przy użyciu mieczy,pik,toporów (co widać i niekiedy słychać), co i raz terkoczą karabiny maszynowe, a to i rakiet wizg przygina oddziały na moment ku ziemi, odległy huk armat, co i raz przebija się przez hałas motyw i słowa drugiej piosenki wojskowej - piosenki/pieśni nr 13.
Markietanki, grupa sióstr zakonnych, pewnie miłosierdzia, a oto narada sztabowa. Sami generałowie, któryś peroruje zawzięcie, pewnikiem do szturmu namawia, i żeby się na nic nie oglądać.
Jednocześnie, na drugim, bocznym planie (lewym i prawym) warsztaty ślusarskie, pełne żelaznych wiór i skwierczenia metalu, umorusani przy nich robotnicy, dwaj kowale przy kuźni, nadzy do połowy, oblepieni potem, zawzięcie wyklepują kosy, miecze albo pługi, ogień w kuźni farbuje im twarze na krwawo, słychać dudnienie miecha; w głębi jakaś kobieta pochylona nad maszyną do szycia, maszyna terkocze, kobieta coraz bardziej zmęczona, widać, że wprost zamęczona robotą; gdzie indziej biuralistka stuka na maszynie do pisania, pewnie dekret jakiś przepisuje, może dekret o Reformie Rolnej albo o wiecznej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim; w innym miejscu zabawa wiejska, może to słynne Wesele Wyspiańskiego właśnie się zaczęło, a zaraz obok, niedaleko, ksiądz komunikuje wiernych, hostię pod niebo podnosi. Puszczanie wianków, czyżby to noc świętojańska?, palą się świeczki i ognie błyskają na wodzie; jakiś kataryniarz, ten śpiewa monotonnie balladę nr 14. Ktoś rzuca mu grosik do czapki, małpka naokoło niego na łańcuszku skacze i papuga, niedaleko dziad też rękę wyciąga po grosik, w innym miejscu grupa wiejskich dziewuch pochylona nad zagonem piele i piele bez końca, a nad nimi słońce; dziewuchom gorąco, pot z czoła ocierają, motykami się na moment podpierają co i raz, jest im ciężko, to widać; jakiś kołowrót, nie wiadomo do czego służący, obracany bez końca przez strudzonych, wynędzniałych ludzi, którzy śpiewają pieśń nr 15; rybacy, sieci do połowu, myśliwy z psem, w róg trąbi, skrada się do zwierzyny, chłopi młócą zboże, śpiewają pieśń nr 16, strasznie dziś gorąco, pić się chce. W kącie scena erotyczna, szewc klepie buty, przy biurku urzędnik z gęsim piórem podparł głowę, zamyślił się nad czymś, a może to pisarz, może zmyśla rym właśnie misterny; wszyscy zapracowani, zmęczeni, wściekli, ale wściekłością normalną, ludzką, ze zmęczenia, różnej kondycji i stanów, chudzi, zażywni, rumiani, wynędzniali i w futra z soboli ubrani, mogą coś mówić, coś sobie opowiadać, mają to ewentualnie być typowe odezwania się, typowe reakcje słowne i zachowania. Rodzina przy stole, umierająca stara kobieta w łóżku, dziewczyna prawie naga, jeno w muślinach - przed lustrem: czesze się, mizdrzy, podmalowuje urodę; balwierz przy robocie, dojenie krowy, ktoś odpoczywa sobie na kopie siana, słychać żab kumkanie i klekot bociani; wierzby rosochate, płaczące, zielone, ognisko, a przy nim pastuszek na fujarce smętnie wygrywający melodię; z boku cyrk: tresury jakieści, sztuki magiczne, ćwiczenia zręcznościowe i mrożące odwagą krew w żyłach, ewentualnie nad sceną linoskoczek.
Trzeci plan, niemal proscenium.Krwawa na niebie łuna. Wkracza w akcję Błazen. Ma być widać, że jest to jednocześnie 7, Sprawozdawca radiowy, ale, jednocześnie, że zaczyna grać nową - inne niż wszystkie dotychczasowe - rolę. Rwany, postrzępiony monolog-przemówienie, zwrócone bezpośrednio do publiczności):

7: Widzicie tę żywą purpurę? To krew. Krew narodu. Polska jest moją żoną. Jesteśmy ze sobą tak długo. Powinna już tu być Miała przecież dziś przyjść wcześniej. Tak długo już czekam.Tak bardzo...I tęsknię... Jest śliczna, mówię wam. Nasi synowie (pokazuje na pozostałe plany) pracują, bronią kraju, pozakładali rodziny. Mamy potomstwo. Ma piękne długie włosy - lniane i puszyste. I jakie ma imię? Żadna się tak nie nazywa! Polska, żona moja. Gdyby ona wiedziała, jak bardzo Ją kocham! Czy mi zależy na niej? Czy bardzo? Kiedy ona wróci? Ma wielkie piękne oczy i jest taka tkliwa!. I taka męcząca. Wystarczy, abym na moment się odwrócił, daje się porywać innym; może silniejszym ode mnie, może przystojniejszym. Nieraz nie mogę w to wprost uwierzyć! Ona, Polska moja, jest taka?! Oszukuje mnie niekiedy, kłamie, wykręca się sianem. Gdybym jej nie kochał. Ale to niemożliwe! Jej nie kochać nie można! Jest zniewalająca. Tyle razy musiałem siłą wyswobadzać ją od niej samej! Od jej zachcianek, z jej niekonsekwencji. Ach, jestem zmęczony. Listopadowe Powstanie, okres okupacji. Tyle dla niej zrobiliśmy. To jeszcze Piast wymyślił przecież łuk z kiełbasek. Raziliśmy z niej wrogów. Tama anty-zarodowa. Orły. Białe Orły. Tyle jeszcze pracy. Kocham ją, kocham! Wznosimy Obelisk z Niczego. Ogromny. Od lat budujemy, od wieków. Ot: szczypta idei, koncepcja, kilka garstek trudu. I to już wszystko. Ostatnio wymyślono urządzenie. Nowego typu. Wywąchiwacz rezerw. Mnoży się nowy typ błazna w tym Kraju. Swego rodzaju anty-błazen. Tak nam dziś potrzebny. O, durnie, durnie!. Nowy rodzaj napędu: napęd ideologiczny. Urządzenia antykonformizujące. Bodźcowe. Niezwykle proste, ale czy skuteczne wynalazki. Eksport schizofreników stale wzrasta. Wyprawa z motyką na Słońce. - Polska wersja zdobycia Kosmosu, wyprawa na Kijów. Tyle razy mnie opuszczała, poniewierała siebie. Ostatnio jest słodka. Ostrzeliwanie wrogów kiełbaskami daje rezultaty. Polskie bekony na stoły. Kto to wymyślił? Napoleońskie wojska do dziś jeszcze w odwrocie spod Moskwy.
Idą i idą. Koszmarnie zmęczeni. Droga usiana trupami naszych marzeń. Nie powinienem jej dziś zostawiać samej sobie. Tyle pracy jeszcze. Ona rozciąga się od Karpat aż po najdalsze legendy! Ona jest we mnie,w nas.. Z każdej komórki ciała wyciąga do nas swoje ręce! Każda myśl, każde słowo nasze, to ona, to ona! Serce! Ona, to nieustanne uderzenie mego serca! Nie jestem bez winy. I ja ją zdradzałem. A później płakaliśmy - twarz przy twarzy, i darowywaliśmy sobie swoje winy, lekkomyślność. Ona jest potrzebna. Nam, to znaczy - komu? Potrzebna - do czego? To my jej jesteśmy potrzebni! Dlatego się z nią ożeniłem. Mijają wieki, i każdego dnia, pod każdą z dat czyha na nią niebezpieczeństwo. Wystarczy przez moment się zagapić, żeby przegrać.
Wszystko może być groźne. Moja wspaniała i wielka! Królowa moja!. Wszystko!. Obiecuje poprawę. I trzeba Jej wierzyć. Jest tak przejmująco niewinna i ludzka!. łagodna i czuła. I jest nieśmiertelna! Wiem o tym! Pamięta legendarne czasy. Czy jest dla mnie tym, czym powinna?. Dziś ona żyje naszymi oczekiwaniami. Ona nas karmi, ona nas ubiera. Kochany przez nią. Mogę jej ufać. Ufać, że mnie nie zdradzi. Nigdy!. Dziś rano obudziłem się taki zmęczony! Padał deszcz i ciśnienie opadło w mych żyłach poniżej czerwonej granicy. Kiedy wyszedłem na ulicę, z nieba mżyła rtęć. Wlokłem się przez zaułki Warszawy. Być może zresztą był to Gdańsk, albo Poznań. A za mną się wlokło ogromne zmęczenie. Krew, krew. w moich żyłach napiera na wszystkie zdarzenia. Zderzam się nieustannie ze wszystkim.
Oto ja, Błazen Polski, ja, który znajduję się nieodwracalnie w pewnym punkcie swego życia, ja, który przekraczam nieustannie wszystko, co się dzieje, który przekraczam nieustannie siebie!. I tyle jeszcze rzeczy, których mi dane było nie obejrzeć! Których nie doznałem nigdy, którym jestem obcy. Ta część Wszechświata, ta sekunda, w której wypowiadam siebie, jest dla mnie i dla wszystkich. Wszystkich!. Czy każdy z nas, z tych, którzy siedzą na tej sali, czuje to samo, co ja? Czy tak samo?. Podobnie-tak-samo? Każda sekunda, każdy gest odchodzi od nas bezpowrotnie. Polska. Wszystko, czego za mało doznamy. Polska, to każda nas mijająca sekunda. Kto z tych, którzy siedzą na sali, kto pierwszy, kto najpierwszy, i kiedy przebaczy całe swoje życie? Siedzą przede mną: powietrze i woda, przyszłe kamienie, cząstki odległych galaktyk, siedzi przede mną przyszły umarły, koło umarłego, choć może nasze dzieci już się doczekają nieśmiertelności. Słyszę, jak Polska napiera na nas z wszystkich stron. Wizgiem stłumionym tramwajów, trzeszczeniem krzeseł na tej sali. Słyszę, tak!, słyszę, jak nadchodzi! (nadsłuchuje) Ooo, Polsko!, jesteś, Polsko! Jesteś między nami! Wszyscy na ciebie czekamy! Musisz być z nami zawsze!

(Szeregi wojsk już od dłuższej chwili nie maszerują. Słychać cykady świerszczy, narastający śpiew ptaków i kumkanie żab. Ktoś cicho bardzo intonuje Jeszcze Polska nie zginęła. Melodię Hymnu podchwytuje Rodzina, następnie Ludzie przy warsztatach, następnie na scenę, pojedynczo, wychodzą główne postacie ze scen poprzednich, tyły sceny zapełnia szczelnie wojsko, następnie na scenę wchodzi autentyczna obsługa teatru, wszyscy idą dumni, nastrój jest bardzo podniosły, śpiew Hymnu narasta, włączają się wzmacniacze, Hymn wreszcie wybucha z niepohamowaną siłą, nie daje się niczym ugasić, jest wszystkim, i trzeba zrobić wszystko, żeby ta najpiękniejszą z najpiękniejszych pieśni porwała całą salę, żeby zaczęła śpiewać ją cała sala. Przedstawienie winno się skończyć manifestacją. Publiczność powinna być poderwana na nogi i za wszelką cenę wewnętrznie przymuszona do uczestnictwa w finale.
W końcu, aktorzy i wszyscy inni znajdujący się na scenie i za kulisami mogą zejść na widownię, zmieszać się z tłumem.

Pełne białe światło na scenie i widowni.)

 

Koniec

 

Warszawa, listopad-grudzień 1970
oraz grudzień 1972 i 1975

 

  G L O R Y A    P I E Ś N I

 

 

      G l o r y a

      Vivat, vivat glorya
      W Orłach Białych siła!
      Na czerwieni, na bieli
      do nas przylecieli
      żeby jak legenda krążyć
      żebyśmy nie mogli zbłądzić
      Vivat, vivat, glorya
      Kraju co nam miły

      Vivat, vivat glorya
      Po wąwozach, dolinach
      niech sił chwała roznosi
      Polski siłę głosi
      Że nad Wisłą naród stoi
      co nikogo się nie boi
      Vivat, vivat, glorya
      Naród nie przemija

      Vivat, vivat glorya
      Z narodami przyjaźń
      Kto ma wroga sąsiada
      biada temu, biada!
      Mógłby nazbyt wiele stracił
      chocia wolałby inaczej
      Vivat, vivat glorya
      Niech się stanie miłość!

 

 

      C h o c h o ł y

      Chochoły, apostoły
      rumiane i swojskie !
      Od miodów ciężkie lipowych
      W każdej piędzi polskie !

      Chocho³y, apostoły
      Gorczyca i miłek
      Choć chrobry Polak, to goły
      A nie z tego siła

      Chochoły, apostoły
      ruta i tatarak
      Za często leżym pod stołem
      Z nami Kraju chwała

      Chochoły, apostoły
      czuby, hreczkosieje
      Historia inszego woła
      niech się lepiej dzieje

 

      T e D e u m.

      Boże, Boże wysoki
      Odwróć od nas złe moce!

      Żeby nikt nie był goły
      Pełne były stodoły  

      Narodowi daj siłę
      by znów było, jak było!

      Żeby każdy był sobą
      Jaką iść wiedział drogą

      

      Niechaj każdy pracuje
      Ojcowiznę miłuje

      Daj nam mądrych proroków
      Nie skąp znoju i potu

      Niech nas wodze prowadzą
      tam, gdzie serce iść każe

      Boże, Boże wysoki
      Naród niechsię jednoczy

      Niech się stanie od nowa
      Polska wymarzona!

 

      B ł o g o s ł a w i e n i

      Błogosławieni, którzy prawego serca
      U nich schronienia szuka Ojczyzna
      Błogosławiony ziarna słusznego siewca
      co własnym ciałem ziemię użyźnia
 

      Błogosławieni mądrzy i ci odważni
      którzy się śmieją, choć płakać trzeba
      Błogosławieni, którzy udają błaznów
      Jeżeli taka Ojczyzny cena
 

      Błogosławiony ojciec, co wydał syna
      który od ojca więcej rozumie
      Który potrafi, gdy trzeba - zginąć
      A jeśli można - żyć pięknie umie
 

      Błogosławiony człowiek z roboty prosty
      Błogosławiony mędrzec i piewca Ziemi
      Błogosławieni którym nasz Kraj nie obcy
      Ludzie tej troski - błogosławieni  

refren:  Błogosławieni
            Błogosławieni
            Błogosławieni
            Błogosławieni

 

 

 

      Nasze dni


      Nasze dni będą kiedyś dniami naszej chwały
      Każdy dom, jak muzyka na ogromnej sali
      pod sklepieniem niebieskim, od Tatr do Bałtyku
      przez tysiące nadziei i tysiące świtów...
 

      Nasze dni będą kiedyś ludzie pamiętali
      Pamięć ich odporniejsza od nierdzewnej stali
      Archeolog pod tęczy odnajdzie filarem
      przepalone gorączką i chwałą sztandary...

 

      W nasze dni trzeba umieć patrzeć jak najdalej
      umieć trzeba porzucić wygodne i znane
      Nieraz pójść przez bezdroża - żeby znaleźć drogę
      Nasze czasy za nowym niewstrzymana pogoń

 

      Z naszych dni, choć są takie i szare i małe
      nasze dzieci dni swoje będą budowały
      Pod sklepieniem niebieskim, od Tatr do Bałtyku
      będą iść i otwierać ciągle nowe świty ...

 

      Piękna Polska.


      Piękna jest ziemia polska.
      Ziemia i powietrze.
      Piękne są ptaki
      frunące powietrzem.
      Piękne ryby w jeziorze.
      Piękne drzewa w wietrze.

      Piękne ranne obrządki
      pięknych mądrych ludzi
      Senne wieczory
      pełne zapachów maciejki
      jakby ktoś o czymś
      nadzwyczajnym tęsknił

      Ludzie tej ziemi,
      ludzie dobrej woli
      wielkiego serca
      i wielkiej tęsknoty
      siedzą dokoła
      świątecznego stołu
      każdy miłości
      spragniony i głodny

      I chleb podnoszą
      do ust uroczyście
      jakby śpiewali
      modlitwy i roty
      I takie polskie
      dokoła jest wszystko
      jakby mazura
      zaczynał się motyw

      A do pokojów
      napływa powietrze
      gęste od legend
      i takie ojczyste,
      że aż się wierzyć
      własnym zmysłom nie chce
      i patrzysz kiedy
      czar ten nagle pryśnie

      Tak bywa u nas
      w narodowe chwile
      Tyle nastroju
      nie widziałem nigdzie.
      Tak płonąć mogą
      tylko rzeczy żywe
      I tylko w Polsce
      można takie widzieć.

 

 

      Na chmielu.

      Dzień na chmielu, noc na chmielu
      Gospodarze o weselu

      Stoły im się nagibają
      Jindyk, a w śmietanie zajonc

      Tyle dzisiaj w nas uciechy
      ile siedem głównych grzechów  

      Buczą bębny, piszczą krzypce
      Naokoło coraz szybciej  

      Pieprz zapłonął na języku
      Coraz gęściej od muzyki  

      Coraz prędzej, coraz huczniej
      Już się zapalają jutrznie  

      Niech gospodarz nam wybaczy
      Jutro będzie jak się patrzy  

      Nikt się nie przejmuje jutrem
      a wesoło jest okrutnie  

      Nikt o spaniu nie chce słyszeć
      chocia już od dawna dzisiaj  

      0 kolano trze kolano
      Nie zapominajcie pannom  

      I zamężnym się należy
      jak najwięcej nocnych przeżyć  

      Buczą bębny, piszczą krzypce
      Naokoło coraz szybciej  

      Dzień na chmielu, noc na chmielu
      Gospodarze po weselu  

 

       L e l u j e


      Leluje, leluje
      kto was pożałuje
      Słonko za górami leży
      Ruczaj bieży, kędy bieży
      Pogoda szwankuje

      Leluje, leluje
      kto was umiłuje
      Nadaremno woń ulata
      Panna za chłopcami lata
      Kwiatów zaniedbuje

      Leluje, leluje
      w sercu zazdrość kłuje
      Róże zagranicznie płoną
      na pokojach i w salonie
      Nad wami górują

      Leluje, leluje
      kto was wypatruje
      w trawach kędzierzawe trawy
      Majeranki, kopry, szczawie
      Leluji brakuje

      Leluje, leluje
      serca zawojują
      Nie ma kwiaty nad leluje
      Dziewki jeszczeć pocałują
      Na piersi utulą

 

 

      Krzan, fijołek, słoneczniki

      Krzan, fijołek, słoneczniki
      Więcej miodu i muzyki!
      Miłek len i koniczyna
      Już zabawa się zaczyna!

      Fujareczka, bęben, krzypce
      Niech dziewucha dryga szybciej
      Miłowanie, całowanie
      Niechaj nie zabraknie panien!


      Chrobry, szczodry i sławieny
      niechaj tańczą, a bez przerwy
      Niechaj się wesoło dzieje
      Jako było u nas drzewiej!  

 

       1, 2, 3 i 4 !

      Kiedym sobie jechał 1, 2, 3
      Tom się uśmiechał 1, 2, 3
      Jechałem do ciebie
      Śmiałem się do siebie 1, 2, 3, 4 !

      Kiedy dojechałem
      Ciebie nie zastałem
      Może zabłądziłem
      Nie u ciebie byłem

      Jeden ująć jeden
      osiem, albo siedem
      Jestem więc ujęty
      w system liczb dziesiętnych

      Kiedyś byłem sobą
      A teraz osobą
      Nie wiem co mam robić
      Bom jest sobie drogi

      A może wogóle
      Jestem kiep i dureń
      Że ruszyłem w drogę
      W domu siedzieć mogąc

      Co się ze mną dzieje
      Czy jeszcze istnieję
      Kto się ze mnie podział
      Czy to o mnie chodzi

      Muszę się policzyć
      by się nie przeliczyć
      Ciągle mnie brakuje
      Nie ma z czego ująć

      Chyba z drogi wrócę 1, 2, 3
      by od siebie uciec 1, 2, 3
      Ty jesteś tą drogą
      Ja nie jestem sobą 1, 2, 3, 4 !
      1, 2 i 3 !

 

 

      K m i e c i e.

 

      Mówią między sobą kmiecie:
      Chyba nie najgorzej leci?
      Zżęte pola, pełne brogi
      U kominów gęsto ogień
      Choćby i największa zima
      to się jakoś ją przetrzyma!

      Mówią pytająco kmiecie:
      W Polsze chyba nie jest źle ci?
      Oczy mętne, łeb się kurzy
      Tego żeby jak najdłużej!
      Ach, kraino ty równinna,
      Jest się czego tutaj trzymać!

      Mówią zatroskane kmiecie:
      Coć tu nieporządek przecie
      Rajcownicy po gazetach
      A to chyba jakby nie to
      Nie wiadomo, gdzie racyja
      Ważne jednak, by przetrzymać!

      Mówią między nami kmiecie:
      U nasz lepiej, niż na szwiecie
      Białogłowy jasnowłose
      Napełnione ziarnem kłosy
      Jakoś tam się sobie żyje
      No, a resztę się wytrzymie!  

 

 

       Tam, gdzie kiedyś... (Bór)

 

      Tam, gdzie kiedyś szumiał bór
      stoi czworonożny stół
      A przy stole tym, bogatym
      przy śniadaniu siedzę z bratem

      Brat smaruje miodem chleb
      I ja wcinam, bom nie kiep
      Było gdyby to przed laty
      pewnie by tu rosły kwiaty

      "No to co?" - pomyślał brat
      I oblizał jedną z warg
      Ja w te pędy oblizałem
      drugą w miodzie wargę całą

      Szkoda, że się skończył bór
      bo by nam tu szumiał wtór
      Tu, gdzie teraz jem śniadanie
      kiedyś było dużo dawniej

 

      Gwiazdy niepokoju

      Motto:
            "Myśli uczonego są niezależne
            od sądu ogółu - ponieważ dążeniem
            uczonego jest szukanie we wszystkim prawdy.
            ... Mroki niedorzeczności zostaną rozproszone
            jasnością oczywistych dowodów".
                                                                  Mikołaj Kopernik  

 

      To nie słońce, słońce, słońce, to nie słońce
      ale prawda krąży, prawda prawd bez końca
      Tyle mroku, tyle czerni naokoło
      że musiałem całe światło gwiazd zawołać
      zawołać... zawołać...
      To nie człowiek, człowiek, człowiek, to nie człowiek
      który własnej wielkiej prawdy nie wypowie
      Tyle mroku, tyle cieni naokoło
      że musiałem ponad gwiazdy aż zawołać

 

                              Ref :           Gwiazdy, gwiazdy mlecznych rojów
                                                Nieba nieskończone
                                                Gwiazdy mego niepokoju
                                                w przyszłość pochylone
                                                Gwiazdy, gwiazdy w wiecznym pędzie
                                                Orbity słoneczne
                                                 /Na nich imię Jego będzie
                                                 krążyć odtąd wiecznie/.

 

      Coraz dalej, coraz wyżej, coraz piękniej
      Tyle światła, ile mogą unieść ludzie
      Aż granice się rozwalą, więzy pękną
      Aż się każdy w sobie z jasnym dniem obudzi
      obudzi... obudzi...
      Nie ma dróg, po których kiedyś ktoś nie błądził
      Nie ma celów, które jasne są dla wszystkich
      Coraz szybciej dla nas Kula Ziemska krąży
      trajektorią naszej najjaśniejszej myśli

 

                                                 Gwiazdy, gwiazdy mlecznych rojów
                                                 Nieba nieskończone
                                                 Gwiazdy mego niepokoju
                                                 w przyszłość pochylone
                                                 Gwiazdy, gwiazdy w wiecznym pędzie
                                                 Orbity słoneczne
                                                 /Na nich imię Jego będzie
                                                 krążyć odtąd wiecznie/.

 

 

 

      Szczere pola

 

      Szczere pola
      niekłamane
      Ziemia woła
      Śpiewa kamień

      Milczą drzewa
      z całej siły
      Śpi ulewa
      Kwiaty dziwi

      Spod gorąca
      pachnie sianem
      Patrzy słońce
      :dzień bez granic

      W horyzoncie
      utopione
      przejmująco
      piękne konie

      Zaszczebiotał
      chór stokrotek
      Niedaleko
      płynie potok

      Kwilą szczawie
      między świtem
      Kwaśne w trawach
      rośnie życie

      Szczere pola
      niekłamane
      Ziemia woła
      Śpiewa kamień

 

 

      Polskie nasze polne drogi ...

      Polne drogi nas prowadzą
      między żyta błyskawice
      Chwieje się rozgrzany zagon
      dojrzałością i błękitem

      Krzyczą ptaki na pogodę
      Łąki wznoszą się do nieba
      Naokoło polne drogi
      Owocują pola chlebem

      Horyzonty się kołyszą
      Wody odbijają chłodem
      l dokoła tyle ciszy
      że nie można od niej odejść

      Polskie nasze polne drogi!
      Ptaki i pszenice sypkie!
      Rży nad ranem kary ogier
      Niebo jasne i przeczyste.

      Matka od zagrody spojrzy
      Już jej nigdy nie zobaczysz
      Wszystko takie sercu drogie
      że wystarczy tylko patrzeć

      Jeszcze jakiś wystrzał słychać
      który padł przed wielu laty
      Jeszcze echo po nim wzdycha
      Ale jeszcze więcej kwiatów..
 

 

 

       Święto nad świętami.

      Ludzie! Niechaj będzie z nami
      święto, święto nad świętami!

      Szczęścia chcielibyśmy życzyć
      Wesołości i słodyczy!

      Miłość nie zna dzisiaj granic!
      Radość nam nad radościami!

      Śpiewa niechaj obrus biało
      by się piękniej świętowało!

      Komu wczoraj było smutno
      Niech wesoło będzie jutro!

      Nie ma złego, co nie mija
      kiedy dookoła przyjaźń!

      Ludzie! Siądźcie koło siebie
      Szczęście wasze wspólne będzie!

      Człowiek czuje się inaczej
      Kiedy w innych widzi braci!

      Ludzie! Niechaj będzie z wami
      święto dzisiaj nad świętami!

      Ludzie! Niechaj będzie z wami
      święto dzisiaj nad świętami!

      Ludzie! Niechaj będzie z wami
      święto dzisiaj nad świętami!

 

 

      Bose baby.

      strasznie lubię bose baby
      kiedy są idące
      z bosej stopy im powaby
      sypią się niechcące

      strasznie lubię je oglądać
      czeszą kiedy włosy
      więcej już od losu żądać
      nie śmiem, bom nie osioł

      strasznie babom lubię patrzeć
      w te głębokie oczy
      na ich dnie z niemałym strasznym
      pomieszana słodycz

      strasznie lubię po omacku
      ręce im rozdawać
      poszturkiwać elegancko
      do grzechu namawiać

      strasznie lubię młode baby
      kiedy są leżące
      nie poradzić sobie z diabłem
      pies go niechaj trąca

      strasznie lubię gołe baby
      które są lubieżne
      wiele za to wtedy dałbym
      niech mnie która weźmie

      strasznie lubię wszystkie baby,
      które mnie lubują
      w głowie od nich, jak od czadu
      niechaj mię zmiłują  

 

 

       K a s i a

      wstała kasia do dnia
      wstała kasia do dnia
      wstała kasia do dnia zaspana

      wstała kasia do dnia
      wstała kasia do dnia
      wstała kasia do dnia z posłania

      uczesała włosy
      uczesała włosy
      uczesała włosy pół sennie

      uczesała włosy
      uczesała włosy
      uczesała włosy grzebieniem

      dzień jak każdy inny
      dzień jak każdy inny
      dzień jak każdy inny się wznosił

      dzień jak każdy inny
      dzień jak każdy inny
      dzień jak każdy inny po rosie

      ubrała sukienkę
      ubrała sukienkę
      ubrała sukienkę na ciało

      ubrała sukienkę
      ubrała sukienkę
      ubrała sukienkę wełnianą

      zjadła kilka rzeczy
      zjadła kilka rzeczy
      zjadła kilka rzeczy z jedzenia

      zjadła kilka rzeczy
      zjadła kilka rzeczy
      zjadła od niechcenia

      bardzo uroczysty
      bardzo uroczysty
      bardzo uroczysty dzień będzie

      bardzo uroczysty
      bardzo uroczysty
      bardzo uroczysty dzień wszędzie

      może się wydarzyć
      może się wydarzyć
      może się wydarzyć na przykład

      może się wydarzyć
      może się wydarzyć
      może się wydarzyć rzecz zwykła

      kasia drzwi otwiera
      kasia drzwi otwiera
      kasia drzwi otwiera na codzień

      kasia drzwi otwiera
      kasia drzwi otwiera
      kasia drzwi otwiera przygodzie

 

 

      K u l e b a

      Krzyknąć pora: strzemiennego!
      Po języku ogień dzwoni
      Kur zaczyna kolędować
      Już się zapalają głogi.

      Krwawe już na niebie znaki
      I pęcznieje w glebie ziarno
      Brat pogląda w oczy bratu
      Pierzcha noc, truchleje czarność

      Już się obudziły Orły
      Zachłystują się od bieli
      Nie ma cichych i pokornych
      Tych po mieczu, po kądzieli

      Rżą ogiery. Pachnie miętą
      Rozmaryny rozmawiają
      Święto, naokoło święto
      Nuże nogi, nuże w galop!

      Niech kołują tanecznice
      Trysną na powałę drzazgi
      "Jeszcze jeden mazur dzisiaj!"
      aże spadną z nieba gwiazdy

       Rozczochrany i kudłaty
      nie daruje Polak swego
      Polakowi nie dasz rady
      Nie jest straszne nic dla niego

      Czas kuleba strzemiennego
      Na języku ogień śpiewa
      Kur zaczyna kolędować
      W światło dzień się przyodziewa

      Pora świt i arcydzięgiel
      Już nastają czasy wielkie
      Chociaż biedne i siermiężne
      czasy dla Ojczyzny święte.

 

Bogdan Chorążuk: Glorya

powrót