|
BOGDAN CHORĄŻUK
1. Polska (to także: Matka, Rzepicha, Wanda, Przekupka, Emilia P.)
Akt I Uroczystość rocznicowa pod Pomnikiem Grunwaldzkim. Jeszcze przed otwarciem kurtyny słychać z daleka dochodzący gwar kilkudziesięciu tysięcy zgromadzonych na Polu Grunwaldzkim ludzi. Oklaski. Pobrzękiwanie metalu. Rżenie koni. Ciężki krok maszerujących. Kurtyna w górę. W tym samym momencie z oddali motyw Bogurodzicy. W miarę podnoszenia się kurtyny, motyw narasta. Przez scenę maszeruje niekończący się pochód wojsk polskich z różnych epok, różnych formacji, w różnym stanie. Lśniące epolety i metal białych broni, bandaże oblepione krwią, do cna wymęczeni żołnierze. Chorągwie, sztandary, proporce. Las pik. Markietanki. Wozy pełne trupa. Jeńcy wiązani powrósłami. Ktoś pada, podnoszą go inni, ściągają za scenę. Kartacze, potem kosynierzy. Na pochód nakierowane kamery TV. Kręci się film z uroczystości. Monitory skierowane ekranami ku widowni wyłuskują (TV przemysłowa!) fragmenty pochodu, czyjeś twarze, dłoń, fragment szamerunku. Z boku, zresztą bardzo ruchliwy Sprawozdawca radiowy. Ekipa TV oraz Sprawozdawca radia ubrani (oni jedyni) - współcześnie. Sprawozdawca trzyma w ręku swój koronny atrybut - mikrofon.
Sprawozdawca (przekrzykując gwar i muzykę): Tu mikrofony Polskiego Radia zainstalowane na Polu Grunwaldzkim! Nadajemy sprawozdanie radiowe/?/ z rozpoczynających się właśnie uroczystości! Proszę państwa! Niezwykły i fascynujący widok! Piękna uroczystość! Niebywała, niepowtarzalna feeria barw i dźwięków! (ociera chusteczką mocno spocone czoło). Niezwykle piękna pogoda (ktoś podbiega do niego, pokazuje mu termometr), 50 stopni w cieniu! Takiego żaru nie było od lat! Ludzie, poprzebierani w ciężkie kostiumy historyczne, po prostu - mdleją. Ale widowisko - nadzwyczaj urokliwe! (rozpina marynarkę, następnie zdejmuje ją, zostaje w koszuli, którą w końcu również zdejmie. Dobrze by było, żeby rozebrał się aż do majtek, pozostając w samych skarpetkach i krawacie).
Ranny: Moskale! Bij, kto w Boga wierzy! Sprawozdawca: Nie rozumiem... (do mikrofonu): Wszystko dopięte na ostatni guzik! Charakteryzacja tak doskonała, że ludzie wczuwają się bez reszty w role, które sobą przedstawiają! To niebywałe! Kompletne złudzenie! (Ranny wyczołguje się poza kulisy, na scenę wtacza się wycofująca się przed nacierającymi Moskalami któraś z formacji wojsk polskich. Strzały.) Sprawozdawca: Czy państwo słyszą? Czy państwo nas dobrze słyszą?! Nie potrafię wprost opisać tego, co się tutaj dzieje! Wspaniałe! Nieprawdopodobne! A jednak prawdziwe, a nade wszystko, jakież piękne! Prawdziwa, najprawdziwsza potyczka! Brawo! (W tej samej chwili Sprawozdawca, potężnie potraktowany szablą przez jednego z Moskali, wydaje przeciągły jęk i wali się na ziemię.) (Podnosi się wewnętrzna kurtyna, potykający przetaczają się za kulisy, gwar, śpiewy, modlitwy, przemówienie i wszystkie inne odgłosy przycichają, w końcu milkną. Druga kurtyna odsłania ultranowocześnie urządzone wnętrze. Słychać znany współczesny (z radia) przebój. Piosenka 1. W fotelu, ubrany typowo, rozparty, z fajką w zębach Piast Kołodziej (3) czyta gazetę. U jego nóg błazen (to Sprawozdawca radiowy). Wnętrze oświetlone jest łuczywem. Wchodzi Facet 1, ubrany fircykowato. Piast odkłada gazetę.) P: Czas już zaczynać legendę (spogląda na zegarek ręczny)! Potomki czekają! 1: Niech Piast się nie martwi. Będzie w samą porę. W razie czego odwołamy się do wyobraźni narodu. P: (znowu spogląda na zegarek): X wiek! A kumpel się spóźnia! 1: Nie tylko, nie tylko... Jeszcze i Rzepichy nie ma... I brak synka... P: Co mi tu będziesz zaraz wypominał! Gdy chodzi o ścisłość, to nie ma wielu jeszcze innych rzeczy. Brak jednej, wspólnej idei dla wszystkich Słowian, brak... 1: Nie wymieniajcie wszystkiego. P: Jak człek w jednym miejscu wyprzedzi ten, jak jemu tam, postęp, to czekać musi w innym. I tak zawżdy. 1: (nasłuchując od dłuższego momentu): Oho, zdaje się, że idzie! (Słychać, jak ktoś okropnie fałszując śpiewa piosenkę. Piosenka nr 2. Ten ktoś potyka się, słychać przekleństwa: O kurrrrr!, i następnie, już szybciej i bliżej motyw tej samej pieśni. Dobijanie się do niewidocznej z widowni bramy.) Strażnik (głos): A kto tam, do dyabła, po nocy! 2: Tylko nie do dyabła! Jam ci na postrzyżyny. Janioł! Strażnik (głos): A jużci, bo uwierzę! Legitymacyją jest?! 2: Mam ci ją! Strażnik (głos): Ooooo! (i słychać, jak ktoś, coś krzycząc przeraźliwie, ucieka). (Na scenę wtacza się kompletnie pijany 2. Płaszcz z niego zsunięty, po ziemi się wlecze, twarz zniszczona, 2 czka co chwilę, włos zmierzwiony. Spod płaszcza zwisa piękne, białe skrzydło anielskie.) 1: Jak ty wyglądasz! Znowu cała robota zwali się na mnie (usiłuje 2 doprowadzić do porządku, ale 2 wymyka mu się, tańczy po całym pomieszczeniu, jednocześnie nuci dalej piosenkę nr 2). 1: (do P): Ostatnio zainteresował się narkotykami. 2: Lubię także dziwki, i przednią kompanię! P: (wołając za kulisy): Rzepicha, hej, Rzepicha! Bywaj! Z małym bywaj! 1: Trza się oporządzić. (1 i przytomniejący 2 zdejmują okrycia wierzchnie, marynarki, i okazuje się, że obaj są wyposażeni w wielkie białe anielskie skrzydła. 1 rozprostowuje je, wygładza. Gęsiego, najpierw Leszek Mały z olbrzymią, wytapirowaną czupryną, a za nim wielkie, spasłe babsko, śpiewając piosenkę nr 3 (duet) wtaczają się na scenę. Leszek, zobaczywszy Anioły, usiłuje się wyrwać za kulisy.) Rzepicha: Cichoj, cichoj! Trza cię postrzyc, boś jest przyszły król! 2: (wyjmuje zgrzebło, olbrzymie nożyce): No to w te kudły! (Taniec z nożycami.) P: Panowie, nie przekomarzajcie się! 1000 lat legendy czeka! Rz: Tylko mi go nie okaleczcie! Leszek: Ja nie chcę być królem! Chcę być kominiarzem! 2: Będziesz, aż miło! (strzygą go "na pałę"). Rz: No, to legenda spełniona! Tera na placka i miód zapraszamy! (Wszyscy wychodzą, śpiewając piosenkę nr 1. Taniec. Jednocześnie z drugiej strony na scenę wpada korowód Wand (tych od Niemca). Tańczą różne tańce polskie, jednocześnie chór Wand wykonuje piosenkę nr 4. Przez wszystko przebija się śmiech, jest wesoło, barwnie, hucznie, szybko. W pewnym momencie na scenę, ostrożnie się skradając, wtacza się typowy Niemiec: w tyrolskim kapelusiku z zielonym piórkiem, gruby, opasły, brzuchaty. Usiłuje wyrwać z korowodu którąś z Wand. Te odtrącają go.) Wanda: Won, Niemcze! Niemiec: Wy macie smykałkę, a my mamy przemysł. Czy mógłbym panie prosić o rękę? W: Won! N: Nie byłoby granic, geny by się wymieszały, może by jakaś mutacja wydarzyła się... W: Cała nasza odpowiedź, to: won! N: Byłbym skłonny do ustępów. Stolice po szrodku. Nazwa neutralnisze. Na przyklad: Europpe. A naokolo jedna duża, duża państwo, co? W: Won, ty szubrawcze! N: Zniecierpliwiłem się. Na razie zjednoczenie Europy pod moja dyrekcja trzeba odlożyć o trochę. (Zaczyna gonić coraz natarczywiej Wandy. Ściemnienie. Na ekranie widać, jak Wandy skaczą bardzo nago z jakiegoś barokowego mostu, prawdopodobnie do rzeki (Wisły). Jednocześnie słychać po kolei krzyk plusk i gulgot.) W: (po kolei): Nigdy, nigdy, nigdy (itd.). (Rozjaśnienie. Piast rozstawia na środku sceny wielki stół, nakrywa go sianem. Nuci przy tym któryś z poprzednich motywów. Na scenę pojedynczo wchodzą woje, siadają za stołem.) Woj 1: Znowu konferencja! Woj 2: Odcisków na mózgu można dostać od myślenia! Woj 3: Co za czasy! P: Wszyscy? Woj 4: Co ważniejsi. P: Niechaj podpiszą listę obecności (zaczyna krążyć lista obecności). (Po chwili): Panowie! sytuacja staje się coraz poważniejsza! Co z tego, że nam zaczyna we łbach kiełkować świadomość narodowej odrębności, kiedy nie bardzo wiadomo, co z nią można zrobić... 1: Mój zwiad, istotnie, mi niedawno doniósł, że pod pozorem beztroski szlachty kryją się w niedalekiej przyszłości straszliwe Rozbiory! 4: No to, czy warto coś robić? P: Te ziemie dokoła na pewno są warte Zachodu! 1: Jednocześnie na południu kraju lęgną się jakieś straszliwe legendy, czy też może smoki... Nie wiadomo... P: To jak? Zakładamy to państwo? Statut już narychtowałem... 1: Założyć nie sztuka. Lecz co będzie potem? 2: Zali utrzymamy państwo w garści swojej? P: Co jeszcze? 1: W okolicach 1973 roku wystąpiły, jakby to powiedzieć... 3: Normalnie: napięcia gospodarcze. 4: Co tu ukrywać. P: Przejściowe, przejściowe, panowie! Tego nie można tak serio traktować! Co dalej? 1: W Warszawie wybuchło powstanie. P: Listopadowe? Listopadowe Powstanie? Szybko im poszło! Jeszcze przed tygodniem tylko szeptali po kątach. Zaskoczony jestem! 1: Sytuacja poważna. 2: Trzeba by im pomóc! 3: Gdyby się przynajmniej udało wreszcie uruchomić samoloty. 4: Do dzisiaj nie rozumiem, na czym to polega, że one fruwają! 1: Chciałeś powiedzieć: że powinny fruwać. 2: Powinny, powinny! Ale nie fruwają. A przecież użyliśmy do ich budowy najlżejszego drewna. Zbudowaliśmy w ich brzuchach wielkie paleniska odrzutowe, na, jak to się ona nazywa... P: Na naftę... 2: No właśnie! 3: I nic! 4: Nie rozumiem także, po co furmani skaczą z nich. 3: I to szczególnie, kiedy są wysoko! 1: Bo to jest tak: Furman, w razie czego, nadlatuje wynalazkiem nad pozycje konnicy, i mierząc w sam środeczek, skacze na nią. 4: W ten sposób razi co najmniej kilka koni oraz jeźdźców. P: Nawet ekonomiczne, ale za mało etyczne. 3: Może oni znali gatunki drzew lżejsze jeszcze? 1: Niemożliwe! Przetrząsnęliśmy wszystek bór i nie ukryło się przed nami nic, co lekkiego! Chyba żeby wyewoluowało się potem... P: A jak rakiety? 1: Niestety. P: Co - niestety? 1: Woły zbyt powolne. P: W razie czego, odpalić! 4: (stuka się z całej siły w głowę): Nareszcie przypomniałem sobie: pod Głogowem. 1: O Jezu, co znowu? 4: Niemcy! P: Słać natychmiast pomoc! Przebrać ich, jak się da, i w bój! A niech to cholera! (Wpada skrwawiony, zdyszany 7.) 7: Zbaraż się zesrał, lecz nie dał (wypada). Wszyscy: (klaszcząc powściągliwie): Brawo, brawo! (Następnie formuje się korowód taneczny, następnie wszyscy, ledwie zipiąc, poklepując się z radości, śpiewają piosenkę nr 5. Dalszy ciąg obrad.) P: Jak tam produkcja prądu? 1: Sto tysięcy ton jantaru w magazynach aż się skrzy. Wysokie napięcie! 2: Ale gdy chcemy go przenieść na jakieś inne miejsce, znika. 1: Nie wierzę w cuda, w końcu nam się uda. (Wpada 7.) 7: Padł Zbaraż! (wypada). P: Minuta milczenia, dla jego uczczenia! (Wpada powtórnie 7.) 7: Wykonaliśmy plan 5-letni!/i wypada/. Wszyscy: Brawo, brawo! P: Eksperymenty z naftą? 1: W porządku. A jeśli nie wyjdzie nam z naftą, zaczniemy eksperymentować z kuzynką. P: Kuzynka, jako siła napędowa? 1: Najnowsza koncepcja. P: Genialne! 4: To stawia nas w rzędzie światowej potęgi! 3: Jeszcze wyżej! 4: O Jezu, co to bedzie! (Ogólne ożywienie, wszyscy zaczynają się mościć dookoła stołu; służba wnosi olbrzymią kwiczącą świnię na rożnie, kufle z miodem, zaczyna się uczta. Piosenka nr 6. Je się rękami, ociera z tłuszczu gębę rękawem, siorbie. Słychać silną detonację. Ogólne zamieszanie. Wszyscy się zrywają od stołu. Świnia, korzystając z okazji, zeskakuje ze stołu i umyka za kulisy. ( Wpada 7 - ostrzępiony, osmolony.) Wszyscy: Zbaraż padł. 7: (kiwa głową przecząco): Eksperyment z kuzynką nie wyszedł! (wypada). 3: Widzę (mistycznie): O, widzę! I to mnie wewnętrznie oślepia! Wszyscy (skandująco): Co wi-dzisz? Po-wiedz-że! 3: Widzę! Widzę, bo mam oczy! Na wskroś, i na ukos! Poprzez zdarzenia antycypująco patrząc! 4: Jak? P: (do 3): Mianuję cię Generałem Kultury. (Usprawiedliwiająco na boku do 1): I tak się do niczego innego nie nadaje. 3: Litości! Za co?! Przecież ja mam dzieci! P: Zrobimy tak: póki co, stolicą będzie Kraków! 3: Niebywałe! Wspaniałe osiągnięcie intelektualne. (Wyjmuje z kieszeni olbrzymi order, przyszpila go Piastowi. Zakłuwa go. Widać, jak spod koszuli Piasta cienką strużką płynie krew.) Królu! Mianuję Cię najwyższym Orderem naszego resorta! (Wszyscy płaczą ze szczęścia, rzucają się sobie w objęcia.) 1: Ale mu żyły z wysiłku wystąpiły na czole! (Wpada 7.) 7: Jakieś wielkie, przekrwione i tętniące żyły wystąpiły z brzegów jeziora Gopła w okolicach Gniezna! Miasto tonie w panice! P: Trzeba ogłosić natychmiast stan zagrożenia przeciwpowodziowego! 7: Mnożą się szczury (wszyscy się otrząsają ze wstrętem). Szczury i ślimaki na eksport do Francji!(wypada). P: Nie szkodzi, nie szkodzi! I tak nam wiadomo, że Popiel od dawna fałszował dolary. W USA panica! 2: Agenci CIA poprzebierani cudacznie węszą, gdzie się da. 4: Jadłem wczoraj sałatkę. Z pomidorów. Tnę jeden, patrzę: w środku agent. Zrobiło mi się głupio, ale udaję, że nie zauważyłem. Posypałem go pieprzem, przełknąłem. Ach, jaki był gor zki! 3: Tego by nawet Einstein nie wymyślił! 4: Wymyślił! 3: Nie wymyśliłł! 4: Wymyślił, mówię! 3: A chcesz acan w zęby? (policzkuje 4). (4 wyciąga z pochwy karabelę. Pojedynek.) 4: (trafiony, pada. Do Piasta): Wodzu. 2: Wody! 3: Daj mi w zęby! P: W porządku. Tego - do szpitala./ dalszy ciąg narady/. (4 słaniając się, wychodzi.) P: Jak tam racja stanu? 1: Polska racja stanu! 2: Obsialiśmy wszystkie ogródki. P: Hodowla udana? 2: Siedem kwintali, oraz i tak dalej! P: Co jeszcze? 1: Niestety. Konrad sprowadził na głowę Krzyżaków. P: Bieda, bieda! Wszyscy: Oj bieda, bieda! (Wpada 7.) 7: Zbaraż padł! (Słychać nadlatujące odrzutowce. Wszyscy pokładają się na podłodze, wczołgują się pod meble.) 7: Uwaga, uwaga! Przeszedł. Koma trzy! (Ktoś biegnie po schodach. Trzasnęły drzwi.) Wszyscy: (recytująco): Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie. P: Ile cię cenić trzeba (zająkuje się). No, niech ktoś podpowie! 3: (wyciąga miecz): Za Ojczyznę! Bij, kto w Boga wierzy! (Wszyscy z wyciągniętymi mieczami wypadają ze sceny. Po chwili wpadają na scenę skrwawieni, obandażowani, z rękami na temblakach, okulawieni. Motyw Bogurodzicy. Wszyscy zmierzają przez scenę, wychodzą w przeciwległe kulisy. Na scenę wpada rozgorączkowany Sprawozdawca radiowy. W ręku ten sam, co poprzednio, mikrofon.) Spr: Jak już podawaliśmy poprzednio, Zbaraż niestety padł! Co prawda pod Częstochową zaczyna się coś dziać, ruszać powoli, ale to wiadomości jeszcze nie sprawdzone. Prawdopodobnie Szwedzi wycofują się, a zaraz potem, po kilku wiekach, zbudują sobie taką gospodarkę, jakiej nikt nie dorówna! Fala za falą krwawi naród nasz, powstania się zderzają o siebie, bo ich bardzo wiele, gęsto po prostu od powstań, co to będzie, co to będzie! (Przez scenę przebiega rozwichrzony woj, goniąc jakiegoś ubranego w skóry.) Spr: Pracują nasi mieczem, i się nie liczą z zapleczem! Wszyscy jesteśmy ciekawi, co będzie, jak się wykrwawi! Ach! Rżenie koni tak mnie podnieca (słychać rżenie). Czysty metal! Tradycja! (Na scenę wpada Tatar, za nim Huzar -lajkoniki.) Huzar: A ty skurwypołciu! Zachciało mu się befsztyków a la polonaise! Cwałuj mój koniu! Zeszczę się chyba pod wiatr! Wiatr historii! Tatar: Befsztiki! Tatar! Huzar: Bij, kto w Boga wierzy! (ewent. piosenka nr 6a Tatar: Befsztik! Besfsztik! na 3 głosy) Huzar: Niech ja cię dopadnę! Tatar: Ja ciebie dać befsztik!befsztik!,a ty mnie zbudulululu cuku cuku rownia! Huzar: Bezczelny Tatar! Znowu chce się wyłgać! Jeszcze go cukrem posypuj! A niedoczekanie! Spr: Daj mu popalić! Ty! Daj mu popalić! (Straszliwe zamieszanie przy gasnących światłach, w tym czasie technicy ustawiają stół jak poprzednio. Światło. Trzech Piastów jak jedna kropla wody.) Piast 2: Otwieram naradę. Na porządku ważne sprawy państwowe. Piast 3: Pleni się bujnie pleśń organizacyjna. Piast 1: Straszliwie tajemna broń wszelkiej maści anarchistów. Potwornie odporna na wstrząsy polityczne. Antymagnetyczna i antypaństwowa. 3: Pleśń typu rokfor! Zawleczona z Frankonii. 2: Przerasta społeczeństwo wielkimi, zielonymi korytarzami! 1: Taki tu już klimat polityczny. Upał. 2: Diagnoza? 1: Przerost struktury organizacyjnej typu oho, Franca! 3: Oraz insze plagi. 1: Pokątny wyrób idei. 3: Metody chałupniczo-kawiarniane. Partanina. 1: Wnioski? 2: Rzucić na rynek więcej mięsa, dać ludziom trzeci, kolorowy program, podwyższyć im pensje! 3: Eksport kuleje. Za to za każdego sprowadzonego z zagranicy cwaniaka płacą nam w żywej gotówce. 2: Nie wiem, czy w ostatecznym rachunku nam to się opłaci. Mam kontrpropozycję! 1: Na czym to polega? 2: Przesunąć Wisłę na zachód mniej więcej o tysiąc kilometrów! Jest już nawet odpowiedni projekt. Opracowała go w latach poprzednich nasza (z emfazą) słynna już na cały świat grupa wizjonerów! 1: Kolosalna inwestycja! Trzeba by naród poderwać do wyższego lotu. Lata i lata. 2: Co "lata"? 1: Lata przygotowań. Ideologicznych. A tu nie ma odpowiedniej atmosfery. 2: Względnie rzeczowej. W powietrzu zbyt wiele, jak na tę część Europy - romantyzmu. 3: Do rzeczy. Pospolitej. Koszty importu szczęku oręża polskiego? 1: Przekroczyły koszty eksportu sławnych Polaków. Równowaga zwichnęła nóżkę! 2: Interweniować! Krem bitewny? 1: W magazynach! Ale kiepska jakość:narodowo gorzki i zjełczały. 2: Ceny romantyzmu bez kości nieustannie wzrastają. Grozi nam inflacja trzeźwości. 3: Pracujemy nad pochłaniaczem nadmiaru dumy narodowej. 2: Park narodowy przeciążony jest. Ideologią już więcej niczego wycisnąć się nie da. Trzeba by pobódz trochę... 1: Bodziec nr 6. Niezawodny! 3: Który, który? 2: Kolega ma na myśli ekwiwalent finansowy. Zupełnie niedawno odkryto pewną współzależność między jego wysokością a rezultatami, najbardziej nawet przeciążonych parków. 1: Ideologia, panowie, nie jest rzeczą złą, lecz... 2: Ale syfony nabijane naszą dumą narodową też mogłyby skarb nam zasilić. 1: No to do roboty! (Zaczynają się zbierać. Jednocześnie obsługa zaczyna zmieniać przy odsłoniętej scenie dekoracje, zwolna zaczyna się rodzić chóralny skowyt piosenki nr 7. Powoli obsuwa się kurtyna.)
Koniec aktu I.
Akt II Wnętrze pałacu w stylu renesansowym. Od bogactw aż kapie. Pośrodku wielki stół. Przy nim tłum opasłych opilców (typy zagłobowskie) w bogato szamerowanych kontuszach szlacheckich, z wąsem i przy szabli. Piękna i młoda dziewczyna w stylu polskim. Obsługa. Trwa uczta. Wszyscy mają tęgo w czubie. Nuci się motyw piosenki nr 8 na zmianę ze znanymi pieśniami biesiadnymi (staropolskimi). Gwar. Jest wesoło, wystawnie, beztrosko. Magnat 1: Za króla Sasa, hej, za króla Sasa! Dziewczyna: Niech mnie nazywa swą Polską! 1: Polsko! 2: Wciórności, mościa panno! Aleś śliczna! Polska (Dziewczyna): Chyba mnie nie przepijecie całą, moiściewy? 3: Liberum weto! Miodu! P: Azali to do mnie? Czy żem nie dość dzisiaj słodka? 1: Wciórności! Ale żeś w wymowie gładka?! 2: Nie tylko w wymowie! Nie tylko! Wszyscy: Polsko! 3: Co wypijem, to odbijem! (4 obłapia dziewkę służebną, podnosi jej spódnice.) 4: Z polską szlachtą, polski lud! 2: Kupim sobie króla Sasa. 3: Albo sprawim Fryderyka. 1: Wszystko jedno! Bez różnicy. 2: Byle finans w kasie kwiczał! P: (całuje się z jednym z Magnatów): Chłop potęgą jest, i basta. (Wchodzą grajkowie. Nieskładny Mazur. Biesiadnicy zaczynają po kolei tańczyć z Polską. Są już mocno pijani. Niestety - także Polska. Magnaci obłapiają ją i podmacują. Polska piszczy z uciechy. Akcja przesuwa się w głąb sceny. Do opróżnionego przez biesiadników miejsca przy stole podchodzą trzy postacie, obecne na scenie od dłuższego już czasu, a niezauważone przez pijanych biesiadników. Magnaci pokładają się, niektórzy już dawno śpią, chrapanie takie, że aż szyby brzęczą, najmniej pijany tańczy jeszcze z Polską, zauważa w końcu obcych i, nie przerywając tańca, krzyczy w ich stronę:) 1: Witamy! Niskie progi! Polska: Czym chata bogata, tym nie tylko rada! 1: Same daj Boże nazwiska! Caryca nas zaszczyca! Cesarz Austryjacki! Król pruski - Fryderyk! Fryderyk: Wielki. P: Do usług! (1 puszczony przez Polskę zatacza się, pada na kupę pozostałych śpiących, zasypia. Trzy postacie zajmują miejsca przy stole. Służba sprząta stół. Fryderyk Wielki zdziera ze ściany sztandar z Orłem Białym, zaściela nim stół. Na tacy wnoszą talię kart. Zaczyna się pokerek. Polska się kręci i mizdrzy cały czas do panów: muska im twarze włosami, przysiaduje na kolanach, pozwala się klepać po tyłku. Cały czas śpiewa piosenkę nr 9.) CA: To co? Zagramy o nią? P: A jakże! Myślałby kto! Figa z makiem! Fr: W bękarta, czy w pokera? CA: Poker, zwany Rozbiorowym! (tasują rozdają karty. Polska chichocze). C. Zagrywam za 10. F: 10, i 40! CA: Tym razem beze mnie. Fr: No to i beze mnie. (Jeden z Magnatów budzi się, sięga po szklankę z napojem. Fr. odtrąca mu rękę.) CA: Chciałbyś się napić, no nie? M: No, a już-ci? C: No to, to trzeba najpierw by zasłużyć (mruga na pozostałych). Prawda? M: Zasłużyć? Pić! C: Rozbierz no ją trochę (pokazuje Magnatowi na Polskę). (Magnat zdejmuje jakąś część garderoby P, która trochę piszczy, ale się prawie nie broni. Nadal wesoła. Następne rozdanie. Licytacja (jak poprzednio, ale inwariacje) coraz bardziej zajadła, przy następnych próbach rozbierania Polska coraz bardziej się broni, w końcu wzywa ratunku, lecz nikt jej nie słyszy; jednocześnie): CA: Ma piękne włosy. Rezerwuję! C: Ja druga! Druga! Jestem druga! Fr: To się obaczy. Sprawdzam! Dwa! C: Ful królewski! Fr: Kolor! CA: Ja wysiadam. Fr: Włosy moje! C: Warszawskie jest moje. Biorę sobie jej tułów aż po Warszawę. CA: Krakowskie jest moje. (Do P): Nieprawdaż, maleńka? C: Zgoda! (Polska jest już całkowicie rozebrana, tj. naga. Władcy podnoszą się od stołu. Caryca siorbie w sztandar. Wszyscy uważnie oglądają jak przedmiot rozebraną Polskę.) C: Trzeba będzie zrusyfikować to i owo (drapie się po głowie). Zabrać, co nasze, i zrusyfikować. Fr: A ja zgermanizuję jej całe podbrzusze (zaciera ręce z uciechy). (Fr. prowadzi mocno opierającą się Polskę w niewidoczne, zasłonięte miejsce na scenie, słychać płacz Polski, rechot Fr., który pokrzykuje): Fr: No, to zaczynamy wyciskać podatki. (Czynność jw. powtarza następnie CA, a w końcu do tego samego zostaje dopuszczony także nawet Magnat. Co jakiś czas któryś ze śpiących magnatów budzi się na moment, nieprzytomnie patrzy, i następnie się wali na ziemię z powrotem. Wyciemnienie, coraz słabsze, przechodzące w rzężenie, skargi Polski. Zmiana światła. Na zupełnie pustą scenę wkraczają Chochoły. Kroczą poważnie, lunatycznie, z dostojeństwem.) Chochoł 1: (intonuje) Albośmy to jacy-tacy Chór: czerwona poduszka 1: (recytuje): Gdy straciłeś wszystko Chór: Miałeś chamie konfuzyję (Chochoły cały czas w ruchu, w tańcu dokoła śpiących Magnatów. Na scenę wpada typowy Rosjanin.) Chór: Oooo, car! Car: Nu, a teraz kazaczka! (Chochoły najpierw dosyć niechętnie, potem z coraz większym rozpędem tańczą coraz szybciej. W końcu taniec staje się obłędny. Car klaszcze w ręce, pogania chochoły batogiem, batog świszczy; Chochoły tańczą coraz szybciej, zaczynają krwawić, gubić części garderoby.
7: Zbaraż padł! (Nikt go nie słyszy. 7 tarmosi po kolei Chochoły, krzyczy każdemu niemal do ucha to swoje: Zbaraż padł!, Zbaraż padł!!, ale do Chochołów, wydaje się, nic nie dociera. 7 zrezygnowany opuszcza scenę. Chochoły tańczą nadal, ale powoli zaczynają się jakby przeorganizowywać: następują zmiany w konfiguracjach tanecznych, Chochoły tańczą teraz zwartym kołem, trzymają się za ręce, zaczynają coś jakby między sobą poszeptywać, czego nie zauważa Car. Chochoły tańcząc, chrypiąc z wysiłku, zaczynają się najwyraźniej naradzać, spiskować. Następnie zakradają się nieznacznie coraz to bardziej na tyły Batiuszki hospody pomyłuj, Cara. Z daleka kanonada, pojedyncze wystrzały, krzyki. Wybucha Powstanie Listopadowe. Car chyłkiem, obrzucany przedmiotami i goniony przez chochoły - wymyka się ze sceny.) Ch 1: Niech żyje margaryna! Ch 2: Olej! Ojej lej go! O lej go! O-lej! (Na tę scenę wpada Sprawozdawca.) Sprawozdawca: Ach, proszę państwa! Jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny widok! Rzecz autentyczna. Jesteśmy świadkami słynnego, tak!, słynnego Powstania Listopadowego. Bo to już jesień! Jesień!, proszę państwa, i na drzewach żółto! Za chwilę usłyszą państwo autentyczne wypowiedzi uczestników Powstania, bohaterskich, zalanych narodową krwią!... Ch 3: Wszystkiemu winne masło roślinne! 1: Margaryna brzuch wypina! 2: Wielki brzuch, czyni z nas dwóch! Car: (który jest już z powrotem): Drapie się Polak po szkodzie. Spr: Co eminencja? Rzekł? Car: Szkodzi się drapa po dupje. (Car wiąże Chochoły powrósłem w pęczek, wyprowadza je ze sceny. Słychać jęki i zawodzenia Chochołów. Sprawozdawca: Niestety, Powstanie upadło. Dużo krwi. Nasz naród jeszcze raz pokazał, że jest pracowitym krwiodawcą. Wielkim społecznikiem Europy. A Car to krwiopijcą. Krew ludzka, w tym krew polska, jest bardzo sceniczna. Szkoda, że państwo tego nie mogą zobaczyć. Opowiem anegdotkę. Niedawno odkryto w Karpatach źródło. Było to źródło współczesnej myśli polskiej. Niestety, ktoś musiał tam nasiusiać, bowiem nie nadawało się do użytku. A zresztą, Prawdziwy Polak ma oko wewnętrzne. Jesteśmy narodem mistyków. Mistycyzm się u nas ostatnio rozplenił nad podziw. Niedługo będzie to nasz podstawowy przedmiot, niestety eksportu. (Nadsłuchuje. Zagląda pod meble oraz za kulisy. W końcu wychodzi, i za moment wbiega z powrotem ze zmierzwionym włosem i podbitym okiem. Krzyczy strasznym głosem): Sprawozdawca: Zbaraż padł! (i wypada ze sceny) (Słychać grzechot gąsienic czołgowych, na tym tle piosenkę ułańską, potem tętent, oraz rżenie koni. Następnie przez scenę przebiega (wycofuje się) kawalerzysta z szablą we wzniesionej ręce, a naokoło wybuchają petardy. Kawalerzystą rzuca po całej scenie, huk motorów i gąsienic czołgów przybliża się, kawalerzysta rusza w tym kierunku z atakiem. Za nim pośpiesznie przemaszerowują przez scenę śpiewający - pieśń 11 - kosynierzy.
7: Widzicie tę żywą purpurę? To krew. Krew narodu. Polska jest moją żoną. Jesteśmy ze sobą tak długo. Powinna już tu być Miała przecież dziś przyjść wcześniej. Tak długo już czekam.Tak bardzo...I tęsknię... Jest śliczna, mówię wam. Nasi synowie (pokazuje na pozostałe plany) pracują, bronią kraju, pozakładali rodziny. Mamy potomstwo. Ma piękne długie włosy - lniane i puszyste. I jakie ma imię? Żadna się tak nie nazywa! Polska, żona moja. Gdyby ona wiedziała, jak bardzo Ją kocham! Czy mi zależy na niej? Czy bardzo? Kiedy ona wróci? Ma wielkie piękne oczy i jest taka tkliwa!. I taka męcząca. Wystarczy, abym na moment się odwrócił, daje się porywać innym; może silniejszym ode mnie, może przystojniejszym. Nieraz nie mogę w to wprost uwierzyć! Ona, Polska moja, jest taka?! Oszukuje mnie niekiedy, kłamie, wykręca się sianem. Gdybym jej nie kochał. Ale to niemożliwe! Jej nie kochać nie można! Jest zniewalająca. Tyle razy musiałem siłą wyswobadzać ją od niej samej! Od jej zachcianek, z jej niekonsekwencji. Ach, jestem zmęczony. Listopadowe Powstanie, okres okupacji. Tyle dla niej zrobiliśmy. To jeszcze Piast wymyślił przecież łuk z kiełbasek. Raziliśmy z niej wrogów. Tama anty-zarodowa. Orły. Białe Orły. Tyle jeszcze pracy. Kocham ją, kocham! Wznosimy Obelisk z Niczego. Ogromny. Od lat budujemy, od wieków. Ot: szczypta idei, koncepcja, kilka garstek trudu. I to już wszystko. Ostatnio wymyślono urządzenie. Nowego typu. Wywąchiwacz rezerw. Mnoży się nowy typ błazna w tym Kraju. Swego rodzaju anty-błazen. Tak nam dziś potrzebny. O, durnie, durnie!. Nowy rodzaj napędu: napęd ideologiczny. Urządzenia antykonformizujące. Bodźcowe. Niezwykle proste, ale czy skuteczne wynalazki. Eksport schizofreników stale wzrasta. Wyprawa z motyką na Słońce. - Polska wersja zdobycia Kosmosu, wyprawa na Kijów. Tyle razy mnie opuszczała, poniewierała siebie. Ostatnio jest słodka. Ostrzeliwanie wrogów kiełbaskami daje rezultaty. Polskie bekony na stoły. Kto to wymyślił? Napoleońskie wojska do dziś jeszcze w odwrocie spod Moskwy.
(Szeregi wojsk już od dłuższej chwili nie maszerują. Słychać cykady świerszczy, narastający śpiew ptaków i kumkanie żab. Ktoś cicho bardzo intonuje Jeszcze Polska nie zginęła. Melodię Hymnu podchwytuje Rodzina, następnie Ludzie przy warsztatach, następnie na scenę, pojedynczo, wychodzą główne postacie ze scen poprzednich, tyły sceny zapełnia szczelnie wojsko, następnie na scenę wchodzi autentyczna obsługa teatru, wszyscy idą dumni, nastrój jest bardzo podniosły, śpiew Hymnu narasta, włączają się wzmacniacze, Hymn wreszcie wybucha z niepohamowaną siłą, nie daje się niczym ugasić, jest wszystkim, i trzeba zrobić wszystko, żeby ta najpiękniejszą z najpiękniejszych pieśni porwała całą salę, żeby zaczęła śpiewać ją cała sala. Przedstawienie winno się skończyć manifestacją. Publiczność powinna być poderwana na nogi i za wszelką cenę wewnętrznie przymuszona do uczestnictwa w finale.
Pełne białe światło na scenie i widowni.)
Koniec
Warszawa, listopad-grudzień 1970
G L O R Y A P I E Ś N I |
G l o r y a
Vivat, vivat glorya
W Orłach Białych siła!
Na czerwieni, na bieli
do nas przylecieli
żeby jak legenda krążyć
żebyśmy nie mogli zbłądzić
Vivat, vivat, glorya
Kraju co nam miły
Vivat, vivat glorya
Po wąwozach, dolinach
niech sił chwała roznosi
Polski siłę głosi
Że nad Wisłą naród stoi
co nikogo się nie boi
Vivat, vivat, glorya
Naród nie przemija
Vivat, vivat glorya
Z narodami przyjaźń
Kto ma wroga sąsiada
biada temu, biada!
Mógłby nazbyt wiele stracił
chocia wolałby inaczej
Vivat, vivat glorya
Niech się stanie miłość!
C h o c h o ł y
Chochoły, apostoły
rumiane i swojskie !
Od miodów ciężkie lipowych
W każdej piędzi polskie !
Chocho³y, apostoły
Gorczyca i miłek
Choć chrobry Polak, to goły
A nie z tego siła
Chochoły, apostoły
ruta i tatarak
Za często leżym pod stołem
Z nami Kraju chwała
Chochoły, apostoły
czuby, hreczkosieje
Historia inszego woła
niech się lepiej dzieje
T e D e u m.
Boże, Boże wysoki
Odwróć od nas złe moce!
Żeby nikt nie był goły
Pełne były stodoły
Narodowi daj siłę
by znów było, jak było!
Żeby każdy był sobą
Jaką iść wiedział drogą
Niechaj każdy pracuje
Ojcowiznę miłuje
Daj nam mądrych proroków
Nie skąp znoju i potu
Niech nas wodze prowadzą
tam, gdzie serce iść każe
Boże, Boże wysoki
Naród niechsię jednoczy
Niech się stanie od nowa
Polska wymarzona!
B ł o g o s ł a w i e n i
Błogosławieni, którzy prawego serca
U nich schronienia szuka Ojczyzna
Błogosławiony ziarna słusznego siewca
co własnym ciałem ziemię użyźnia
Błogosławieni mądrzy i ci odważni
którzy się śmieją, choć płakać trzeba
Błogosławieni, którzy udają błaznów
Jeżeli taka Ojczyzny cena
Błogosławiony ojciec, co wydał syna
który od ojca więcej rozumie
Który potrafi, gdy trzeba - zginąć
A jeśli można - żyć pięknie umie
Błogosławiony człowiek z roboty prosty
Błogosławiony mędrzec i piewca Ziemi
Błogosławieni którym nasz Kraj nie obcy
Ludzie tej troski - błogosławieni
refren: Błogosławieni
Błogosławieni
Błogosławieni
Błogosławieni
Nasze dni
Nasze dni będą kiedyś dniami naszej chwały
Każdy dom, jak muzyka na ogromnej sali
pod sklepieniem niebieskim, od Tatr do Bałtyku
przez tysiące nadziei i tysiące świtów...
Nasze dni będą kiedyś ludzie pamiętali
Pamięć ich odporniejsza od nierdzewnej stali
Archeolog pod tęczy odnajdzie filarem
przepalone gorączką i chwałą sztandary...
W nasze dni trzeba umieć patrzeć jak najdalej
umieć trzeba porzucić wygodne i znane
Nieraz pójść przez bezdroża - żeby znaleźć drogę
Nasze czasy za nowym niewstrzymana pogoń
Z naszych dni, choć są takie i szare i małe
nasze dzieci dni swoje będą budowały
Pod sklepieniem niebieskim, od Tatr do Bałtyku
będą iść i otwierać ciągle nowe świty ...
Piękna Polska.
Piękna jest ziemia polska.
Ziemia i powietrze.
Piękne są ptaki
frunące powietrzem.
Piękne ryby w jeziorze.
Piękne drzewa w wietrze.
Piękne ranne obrządki
pięknych mądrych ludzi
Senne wieczory
pełne zapachów maciejki
jakby ktoś o czymś
nadzwyczajnym tęsknił
Ludzie tej ziemi,
ludzie dobrej woli
wielkiego serca
i wielkiej tęsknoty
siedzą dokoła
świątecznego stołu
każdy miłości
spragniony i głodny
I chleb podnoszą
do ust uroczyście
jakby śpiewali
modlitwy i roty
I takie polskie
dokoła jest wszystko
jakby mazura
zaczynał się motyw
A do pokojów
napływa powietrze
gęste od legend
i takie ojczyste,
że aż się wierzyć
własnym zmysłom nie chce
i patrzysz kiedy
czar ten nagle pryśnie
Tak bywa u nas
w narodowe chwile
Tyle nastroju
nie widziałem nigdzie.
Tak płonąć mogą
tylko rzeczy żywe
I tylko w Polsce
można takie widzieć.
Na chmielu.
Dzień na chmielu, noc na chmielu
Gospodarze o weselu
Stoły im się nagibają
Jindyk, a w śmietanie zajonc
Tyle dzisiaj w nas uciechy
ile siedem głównych grzechów
Buczą bębny, piszczą krzypce
Naokoło coraz szybciej
Pieprz zapłonął na języku
Coraz gęściej od muzyki
Coraz prędzej, coraz huczniej
Już się zapalają jutrznie
Niech gospodarz nam wybaczy
Jutro będzie jak się patrzy
Nikt się nie przejmuje jutrem
a wesoło jest okrutnie
Nikt o spaniu nie chce słyszeć
chocia już od dawna dzisiaj
0 kolano trze kolano
Nie zapominajcie pannom
I zamężnym się należy
jak najwięcej nocnych przeżyć
Buczą bębny, piszczą krzypce
Naokoło coraz szybciej
Dzień na chmielu, noc na chmielu
Gospodarze po weselu
L e l u j e
Leluje, leluje
kto was pożałuje
Słonko za górami leży
Ruczaj bieży, kędy bieży
Pogoda szwankuje
Leluje, leluje
kto was umiłuje
Nadaremno woń ulata
Panna za chłopcami lata
Kwiatów zaniedbuje
Leluje, leluje
w sercu zazdrość kłuje
Róże zagranicznie płoną
na pokojach i w salonie
Nad wami górują
Leluje, leluje
kto was wypatruje
w trawach kędzierzawe trawy
Majeranki, kopry, szczawie
Leluji brakuje
Leluje, leluje
serca zawojują
Nie ma kwiaty nad leluje
Dziewki jeszczeć pocałują
Na piersi utulą
Krzan, fijołek, słoneczniki
Krzan, fijołek, słoneczniki
Więcej miodu i muzyki!
Miłek len i koniczyna
Już zabawa się zaczyna!
Fujareczka, bęben, krzypce
Niech dziewucha dryga szybciej
Miłowanie, całowanie
Niechaj nie zabraknie panien!
Chrobry, szczodry i sławieny
niechaj tańczą, a bez przerwy
Niechaj się wesoło dzieje
Jako było u nas drzewiej!
1, 2, 3 i 4 !
Kiedym sobie jechał 1, 2, 3
Tom się uśmiechał 1, 2, 3
Jechałem do ciebie
Śmiałem się do siebie 1, 2, 3, 4 !
Kiedy dojechałem
Ciebie nie zastałem
Może zabłądziłem
Nie u ciebie byłem
Jeden ująć jeden
osiem, albo siedem
Jestem więc ujęty
w system liczb dziesiętnych
Kiedyś byłem sobą
A teraz osobą
Nie wiem co mam robić
Bom jest sobie drogi
A może wogóle
Jestem kiep i dureń
Że ruszyłem w drogę
W domu siedzieć mogąc
Co się ze mną dzieje
Czy jeszcze istnieję
Kto się ze mnie podział
Czy to o mnie chodzi
Muszę się policzyć
by się nie przeliczyć
Ciągle mnie brakuje
Nie ma z czego ująć
Chyba z drogi wrócę 1, 2, 3
by od siebie uciec 1, 2, 3
Ty jesteś tą drogą
Ja nie jestem sobą 1, 2, 3, 4 !
1, 2 i 3 !
K m i e c i e.
Mówią między sobą kmiecie:
Chyba nie najgorzej leci?
Zżęte pola, pełne brogi
U kominów gęsto ogień
Choćby i największa zima
to się jakoś ją przetrzyma!
Mówią pytająco kmiecie:
W Polsze chyba nie jest źle ci?
Oczy mętne, łeb się kurzy
Tego żeby jak najdłużej!
Ach, kraino ty równinna,
Jest się czego tutaj trzymać!
Mówią zatroskane kmiecie:
Coć tu nieporządek przecie
Rajcownicy po gazetach
A to chyba jakby nie to
Nie wiadomo, gdzie racyja
Ważne jednak, by przetrzymać!
Mówią między nami kmiecie:
U nasz lepiej, niż na szwiecie
Białogłowy jasnowłose
Napełnione ziarnem kłosy
Jakoś tam się sobie żyje
No, a resztę się wytrzymie!
Tam, gdzie kiedyś... (Bór)
Tam, gdzie kiedyś szumiał bór
stoi czworonożny stół
A przy stole tym, bogatym
przy śniadaniu siedzę z bratem
Brat smaruje miodem chleb
I ja wcinam, bom nie kiep
Było gdyby to przed laty
pewnie by tu rosły kwiaty
"No to co?" - pomyślał brat
I oblizał jedną z warg
Ja w te pędy oblizałem
drugą w miodzie wargę całą
Szkoda, że się skończył bór
bo by nam tu szumiał wtór
Tu, gdzie teraz jem śniadanie
kiedyś było dużo dawniej
Gwiazdy niepokoju
Motto:
"Myśli uczonego są niezależne
od sądu ogółu - ponieważ dążeniem
uczonego jest szukanie we wszystkim prawdy.
... Mroki niedorzeczności zostaną rozproszone
jasnością oczywistych dowodów".
Mikołaj Kopernik
To nie słońce, słońce, słońce, to nie słońce
ale prawda krąży, prawda prawd bez końca
Tyle mroku, tyle czerni naokoło
że musiałem całe światło gwiazd zawołać
zawołać... zawołać...
To nie człowiek, człowiek, człowiek, to nie człowiek
który własnej wielkiej prawdy nie wypowie
Tyle mroku, tyle cieni naokoło
że musiałem ponad gwiazdy aż zawołać
Ref : Gwiazdy, gwiazdy mlecznych rojów
Nieba nieskończone
Gwiazdy mego niepokoju
w przyszłość pochylone
Gwiazdy, gwiazdy w wiecznym pędzie
Orbity słoneczne
/Na nich imię Jego będzie
krążyć odtąd wiecznie/.
Coraz dalej, coraz wyżej, coraz piękniej
Tyle światła, ile mogą unieść ludzie
Aż granice się rozwalą, więzy pękną
Aż się każdy w sobie z jasnym dniem obudzi
obudzi... obudzi...
Nie ma dróg, po których kiedyś ktoś nie błądził
Nie ma celów, które jasne są dla wszystkich
Coraz szybciej dla nas Kula Ziemska krąży
trajektorią naszej najjaśniejszej myśli
Gwiazdy, gwiazdy mlecznych rojów
Nieba nieskończone
Gwiazdy mego niepokoju
w przyszłość pochylone
Gwiazdy, gwiazdy w wiecznym pędzie
Orbity słoneczne
/Na nich imię Jego będzie
krążyć odtąd wiecznie/.
Szczere pola
Szczere pola
niekłamane
Ziemia woła
Śpiewa kamień
Milczą drzewa
z całej siły
Śpi ulewa
Kwiaty dziwi
Spod gorąca
pachnie sianem
Patrzy słońce
:dzień bez granic
W horyzoncie
utopione
przejmująco
piękne konie
Zaszczebiotał
chór stokrotek
Niedaleko
płynie potok
Kwilą szczawie
między świtem
Kwaśne w trawach
rośnie życie
Szczere pola
niekłamane
Ziemia woła
Śpiewa kamień
Polskie nasze polne drogi ...
Polne drogi nas prowadzą
między żyta błyskawice
Chwieje się rozgrzany zagon
dojrzałością i błękitem
Krzyczą ptaki na pogodę
Łąki wznoszą się do nieba
Naokoło polne drogi
Owocują pola chlebem
Horyzonty się kołyszą
Wody odbijają chłodem
l dokoła tyle ciszy
że nie można od niej odejść
Polskie nasze polne drogi!
Ptaki i pszenice sypkie!
Rży nad ranem kary ogier
Niebo jasne i przeczyste.
Matka od zagrody spojrzy
Już jej nigdy nie zobaczysz
Wszystko takie sercu drogie
że wystarczy tylko patrzeć
Jeszcze jakiś wystrzał słychać
który padł przed wielu laty
Jeszcze echo po nim wzdycha
Ale jeszcze więcej kwiatów..
Święto nad świętami.
Ludzie! Niechaj będzie z nami
święto, święto nad świętami!
Szczęścia chcielibyśmy życzyć
Wesołości i słodyczy!
Miłość nie zna dzisiaj granic!
Radość nam nad radościami!
Śpiewa niechaj obrus biało
by się piękniej świętowało!
Komu wczoraj było smutno
Niech wesoło będzie jutro!
Nie ma złego, co nie mija
kiedy dookoła przyjaźń!
Ludzie! Siądźcie koło siebie
Szczęście wasze wspólne będzie!
Człowiek czuje się inaczej
Kiedy w innych widzi braci!
Ludzie! Niechaj będzie z wami
święto dzisiaj nad świętami!
Ludzie! Niechaj będzie z wami
święto dzisiaj nad świętami!
Ludzie! Niechaj będzie z wami
święto dzisiaj nad świętami!
Bose baby.
strasznie lubię bose baby
kiedy są idące
z bosej stopy im powaby
sypią się niechcące
strasznie lubię je oglądać
czeszą kiedy włosy
więcej już od losu żądać
nie śmiem, bom nie osioł
strasznie babom lubię patrzeć
w te głębokie oczy
na ich dnie z niemałym strasznym
pomieszana słodycz
strasznie lubię po omacku
ręce im rozdawać
poszturkiwać elegancko
do grzechu namawiać
strasznie lubię młode baby
kiedy są leżące
nie poradzić sobie z diabłem
pies go niechaj trąca
strasznie lubię gołe baby
które są lubieżne
wiele za to wtedy dałbym
niech mnie która weźmie
strasznie lubię wszystkie baby,
które mnie lubują
w głowie od nich, jak od czadu
niechaj mię zmiłują
K a s i a
wstała kasia do dnia
wstała kasia do dnia
wstała kasia do dnia zaspana
wstała kasia do dnia
wstała kasia do dnia
wstała kasia do dnia z posłania
uczesała włosy
uczesała włosy
uczesała włosy pół sennie
uczesała włosy
uczesała włosy
uczesała włosy grzebieniem
dzień jak każdy inny
dzień jak każdy inny
dzień jak każdy inny się wznosił
dzień jak każdy inny
dzień jak każdy inny
dzień jak każdy inny po rosie
ubrała sukienkę
ubrała sukienkę
ubrała sukienkę na ciało
ubrała sukienkę
ubrała sukienkę
ubrała sukienkę wełnianą
zjadła kilka rzeczy
zjadła kilka rzeczy
zjadła kilka rzeczy z jedzenia
zjadła kilka rzeczy
zjadła kilka rzeczy
zjadła od niechcenia
bardzo uroczysty
bardzo uroczysty
bardzo uroczysty dzień będzie
bardzo uroczysty
bardzo uroczysty
bardzo uroczysty dzień wszędzie
może się wydarzyć
może się wydarzyć
może się wydarzyć na przykład
może się wydarzyć
może się wydarzyć
może się wydarzyć rzecz zwykła
kasia drzwi otwiera
kasia drzwi otwiera
kasia drzwi otwiera na codzień
kasia drzwi otwiera
kasia drzwi otwiera
kasia drzwi otwiera przygodzie
K u l e b a
Krzyknąć pora: strzemiennego!
Po języku ogień dzwoni
Kur zaczyna kolędować
Już się zapalają głogi.
Krwawe już na niebie znaki
I pęcznieje w glebie ziarno
Brat pogląda w oczy bratu
Pierzcha noc, truchleje czarność
Już się obudziły Orły
Zachłystują się od bieli
Nie ma cichych i pokornych
Tych po mieczu, po kądzieli
Rżą ogiery. Pachnie miętą
Rozmaryny rozmawiają
Święto, naokoło święto
Nuże nogi, nuże w galop!
Niech kołują tanecznice
Trysną na powałę drzazgi
"Jeszcze jeden mazur dzisiaj!"
aże spadną z nieba gwiazdy
Rozczochrany i kudłaty
nie daruje Polak swego
Polakowi nie dasz rady
Nie jest straszne nic dla niego
Czas kuleba strzemiennego
Na języku ogień śpiewa
Kur zaczyna kolędować
W światło dzień się przyodziewa
Pora świt i arcydzięgiel
Już nastają czasy wielkie
Chociaż biedne i siermiężne
czasy dla Ojczyzny święte.
Bogdan Chorążuk: Glorya