powrót

 

BOGDAN CHORĄŻUK

 

 

"DIDASKALIA" 

 

 

 

 

Z Programu sztuki:

autor
grupa: reżyser
aktor


bogdan chorążuk
>didaskalia<


opracowanie wersji scenicznej i reżyseria

andrzej marczewski

 

występują:

nika sołubianka
krystyna wolańska
stanisław adamski
wojciech sztokinger

 


prapremiera - marzec 1972


spektakle odbywają się
w poniedziałki
scena 61 teatru >ateneum<


UWAGI O PRACY GRUPY ARA: Grupa ARA (Autor Reżyser Aktor) jest bodaj pierwszą u nas (jeśli nie liczyć Apocalypsis - Grotowskiego) próbą kolektywnego tworzenia spektaklu we wszystkich jego elementach z tekstem włącznie., podjętą przez zawodowców. Tekst w dodatku nie jeast tu montażem z tekstów znanych i szacownych (jak u Grotowskiego), jest tekstem nowym, pisanym przez poetę w porozumieniu z zespołem i wspólnie kształtowanym, przystosowywanym do potrzeb spektaklu. Jest to próba poetyckiego zapisu świadomości bohatera w ostatnich chwilach jego życia, między śmiercią kliniczną i biologiczną: strumień świadomości, rozczarowań, urazów i marzeń generacji.
                                                                                                                                                                                                  KONSTANTY PUZYNA  

 

 

 Co to są "Didaskalia"?

      Jest to w zamierzeniu autora szeroko rozbudowany i ciągle rozbudowywany zbiór didaskalii do nieistniejących de facto "Didaskalii".
      Nie jest to zatem zapis gotowego przedstawienia, nie jest to tzw. sztuka, nie jest to też dramat w powszechnym tego słowa znaczeniu, i nie jest to także nawet scenariusz przedstawienia.
      Didaskalia mogą stać się "Didaskaliami" dopiero w procesie pracy scenicznej zespołu teatralnego nad materiałem, przy czym decydującą rolę powinien odegrać szkic nadrzędnej, porządkującej koncepcji, wizji scenicznej, idei wiodącej, organizującej reżysera.
      Jest to konsekwencja koncepcji teatru-współtwórcy, wszystkich faz przedstawienia, w tym również i fazy wstępnej zapisu literackiego. Na ile Teatr byłby "współ", zależy wyłącznie od niego samego. Didaskalia stawiają, jak się wydaje przez Teatrem jakościowo nowsze i - wynikające z szacunku dla niego - trudniejsze zadania.
      Proponowany materiał literacki jest nadmiarowy i z założenia niespójny (jeżeli za miarę wziąć dramat pomyślany w kategoriach realizmu). Niespójny m.in. (trochę) w takim sensie (ale to tylko analogia) jak m.in. antypowieść.
      Składa się on z szeregu sekwencji, propozycji scen, szkiców dialogowych, sytuacyjnych, które dają, jak sądzę, możliwość zbudowania przedstawienia konsekwentnego artystycznie i ideowo. Stałe są w "Didaskaliach" role. Osoby mogą się zmieniać, wymieniać rolami, są różne zależnie od konstrukcji przedstawienia, od sposobu i typu inscenizacji, role są stałe, chociaż i one mogą "zachodzić na siebie", nakładać się, przenikać, sumować.
      Wydaje mi się, że "Didaskalia" dałyby się wystawić na co najmniej kilka sposobów, mniej więcej wyraźnie przeczuwam je, ale już nawet ich eksplikacja byłaby (z jednej strony) sposobem interpretacji materiału, (z drugiej) byłoby to naruszenie kompetencji reżysera. Istotą sztuki jest awangarda. Teatr, który nienawidzi albo nie usiłuje zrozumieć awangardy, nienawidzi samej sztuki i nie rozumie niczego. Przede wszystkim tego, że nie jest Teatrem. A chodzi przecież o rzecz podstawową: o (dalsze) istnienie Teatru.

 

 

 Dodatek do Didaskalii = klamry do "OFFa"

Kwestie są podawane z głośnika podczas kolejnych przejść scenicznych (wyciemnienia scen bezdialogowych, wszelkich przerw).
Narratorem jest lekarz-anatomopatolog.
: Poproszę trepan. No tak. Tego się należało spodziewać. Cięcie krzyżowe. Zanik szyszynki prowadzi do charakterystycznych zmian. Grasica. Przecież on nie ma grasicy?. Nie szkodzi. Kilka kropel gencjany odsłoni najbardziej głębokie pokłady pamięci. Zaraz zacznie się ze wszystkiego spowiadać. Corpus striatum przekrwione. Hm. To przecież musiało za sobą pociągnąć następujący syndrom: niepamięć wsteczna, drżenie zamiarowe, liczne ubytki pamięci. Pamięć w licznych jamach wyżartych przez życie. Jeżeli dotrzemy do ośrodka mowy, zacznie się gonitwa myśli. Trzeba podwiązać mu układ siateczkowaty. A cóż to? Guz? Tuberculosis Tuber Cinereum? Ach, nie! To pocisk! Tkwi tutaj co najmniej od 12 lat. To on powoduje tę całą biegunkę liryczną. Żebyśmy byli pewni swego, usuniemy go. Chory przez całe życie skarżył się na wielokolorowe parasolki. Miliony parasolek. Naczelny się nie mylił: natręctwa lękowe po urazie czaszki. Te zaczerwienienia świadczą, że przeżył kiedyś jakiś wstrząs. To przekroczyło jego wytrzymałość psychiczną. Rubor, calor, dolor. Nie! Bóg już jest poza nim. Poproszę o kubeł. A teraz odpreparujemy lewy płat czołowy. No proszę! Ośrodki podkorowe nadal wzbudzone. Za chwilę nastąpi erekcja. Z seksem u niego było chyba nieźle. Ejakulatio proesex post ex! Sui generis coitus cum oxygeniox. Strefa wiecznych pytań, na które nie ma odpowiedzi. Za pomocą więzadeł poprzecznych łączy się ze strefą inter-materializacji bio-antynomii. Rejony wyższych czynności psychicznych. Typowe reakcje występujące po zadziałaniu środowiska socjo-politycznego. A teraz przekrój poprzeczny starego mózgowia. Ooo! Patologiczne bezpośrednie sprzężenie dendrytów z tkanką łączną. Stąd tyle tych marzeń. Proszę odsłonić musculus sterno-cleido-mastoideus. Nożyce! To wszystko wyjaśnia: carcinoma pulmonum dextra! Ostrożnie! Ze względu na niewyjaśnioną etiologię, należy się spodziewać najgorszego. Proszę założyć maski. Tampon, jeszcze tampon. Daleko posunięta infantylizacja. Proszę o katgut. Tak, tak. Jamę czaszki najlepiej wypełnić gazetą.

 

Didaskalia

Osoby:

1) G., czyli GŁÓWNY, nazywany też DERATYZATOREM. Kieruje całością prac badawczych. Ustanowiony przez Centralę. Uważa się za geniusza, a jest w gruncie rzeczy durniem. Tchórzliwy i konformistyczny. Płeć nieokreślona, ale jest to raczej mężczyzna, lub kobieta. Wiek nie ma znaczenia. Ma ciężko chorą matkę, której natychmiast musi z apteki dostarczyć lekarstwa. Śpieszy się bardzo. Jednocześnie jednak, w imię kariery, nie może chwilowo zrezygnować z wypełniania postawionego przez Centralę zadania. Ale myślami znajduje się cały czas za sceną, przy matce. Jest głodny i rozdrażniony. W młodości przechodził tzw. świnkę (zapalenie przyusznicy) z powikłaniami (bezpłodność). Należał do Hitler-Junge, następnie być może podpisał volkslistę, ale to nie jest informacja do końca sprawdzona. Bardzo doświadczony erotycznie - miał niesamowitą ilość (i jakość) kochanek (kochanków). Stanowisko, które zajmuje z poruczenia Centrali, jest szczytem jego możliwości, z czego niejasno zdaje sobie sprawę. Drży o nie. Jest gotów wypełnić każdy rozkaz Centrali. Centrala to świadomie wykorzystuje. G. mruga niewinnie oczkami, ale ma ręce nawykłe do krwi. Jest tkliwy dla matki i kochanek(nków). Nie potrafi zabić muchy, potrafi natomiast bez mrugnięcia powieką zamordować człowieka. Skomplikowane dzieciństwo (brak w ogóle ojca, ponad ośmiometrowa matka) pozostawiło w jego psychice nie dające się zetrzeć ślady. Uwielbia pomidory oraz mundury o pięknych wyłogach. Od lat ma nerwową czkawkę. Przez całe przedstawienie usiłuje sobie przypomnieć, jak też nazywa się sąsiad, który wczoraj rano spotkawszy go na schodach jego domu nie odkłonił mu się. Chciałby się z nim za to policzyć. Ostatecznie ma niejakie wpływy, gdzie trzeba. Jest kandydatem Centrali. Absolutny brak przyjaciół i kolegów. Dokucza mu chory ząb (prawa górna czwórka). Nieustannie w związku z tym cmoka. Eksperyment, którym kieruje, ma specjalne znaczenie dla Centrali. Musi być wykonany szybko i dokładnie. Nikt o nim nie prawa się dowiedzieć. Dokumenty, które trafiają do Instytutu Deratyzacji Przekonań, mają na kopercie nadruk: "Absolutnie tajne. Po przeczytaniu zjeść natychmiast. Przekroczenie zakazu będzie karane głową (lub (kiedy gra aktorka) dupą)."

2) EN - to tajemnicza oraz osobna historia. Nikt nie wie, od kiedy i na czyje zlecenie pracuje. Czy EN jest na pewno kobietą? Najprawdopodobniej. W każdym razie, kiedy się myśli o EN, ma się wrażenie, że granica pomiędzy mężczyzną a kobietą nie jest wyraźna. EN jest pewnego rodzaju tworem pośrednim. W każdym razie - psychicznie i emocjonalnie. Co nie znaczy, że EN jest nijaka. Wprost przeciwnie. Sytuacja inności gatunkowej pociąga za sobą wyraźne konsekwencje: jeśli chodzi o typ relacji, zachowań słownych, podejść. Czy EN pracuje na własny rachunek (to znaczy: czy jest hochsztaplerką), czy też fama o jej hochsztaplerstwie służy jej do tego, żeby ukryć jakąś większą prawdę? W każdym razie jest to osoba o dosyć praktycznym i realistycznym podejściu do życia. Nieco może tylko za miękka. Może ta właśnie cecha stanowi o tym, że zajmuje zaledwie taką (to znaczy dosyć niską), a nie inną pozycję w (małej) grupie? W sytuacji scenicznej służy do wszystkiego. Jest rodzajem pomagiera. Ma jednak własne zdanie. Jej myślenie i reakcje są dosyć uproszczone. Nie zdaje sobie sprawy z licznych niedobrych konsekwencji operowania takim, a nie innym zespołem wartości. Posiada jednak pewien dystans do tego wszystkiego, w czym partycypuje. Być może wynika to z tego, że, jak się w końcu okaże, przechowuje przez cały czas w kieszeni paszport, upoważniający ją do przekroczenia granicy. W związku z tym może, jak jej się wydaje, pozwolić sobie na wiele. Może partycypować w badaniu, nie biorąc za nie odpowiedzialności. Zresztą z licznych napomknięć okazuje się, że nie jest to jej pierwsza tego rodzaju robota. Jej specyficzna miękkość, w połączeniu z cynizmem daje przedziwny behawiorystyczny syndrom. EN raczej nie zabija, raczej się chowa za plecami innych, raczej jest tchórzem. Jest delikatna (ty estety), jednocześnie, a może tylko z drugiej strony - rubaszna, na sposób prostacko-ludowy. Miewa często migreny, cierpi na niepamięć wsteczną oraz drżenie zamiarowe. Potrafi niekiedy zamyślić się aż do bólu. A jednocześnie bystra o zwinna jak łasiczka. Tak, to niewątpliwie typ łasiczki. Łasiczki z portretu da Vinci. Nie darmo przecież jeszcze w szkole podstawowej EN tak właśnie nazywano. Łasiczka.

3) L. to człowiek z grubej rury. Ta wie, czego można się jeszcze spodziewać od życia. Umie też dążyć do swego celu najprostszą drogą. Moralność według niej, to najprawdopodobniej wymysł impotentów wolicjonalnych. Anty-abuliczka. Typ cholernie wyraźny i twardy. Wkracza w sytuację pewnie i zawsze niemal trafia w dziesiątkę. Sytuacja sceniczna jest jednym z ostatnich etapów przygotowawczych jej wielkiej przyszłej kariery. To niewątpliwie jeden z przyszłych bonzów Centrali. Przez cały czas wygrywa. Nie potyka się ani razu. Potrafi wymuszać od swoich szefów spontaniczne i niekłamane wprost uznanie. Człowiek wg niej nie ma znaczenia. Jest jedną z licznych rzeczy, dzięki której można zrobić karierę. Czuje się na tyle mocno w badanej sytuacji, że poza korzyściami typu instytucjonalnego (kariera) usiłuje również uszczknąć co nieco na bieżąco z życia. Nie jest to nawet takie głupie znowu. W lot chwyta wszystko nowe, wyłapuje, wyczuwa z daleka każdą mającą nastąpić zmianę. W takim, jak przedstawiane miejscu i czasie, znalazła się nieprzypadkowo. Niestety i ona posiada swoje słabostki, które mogą się okazać czymś groźnym dla jej przyszłej kariery. Jest na przykład nie wyżyta emocjonalnie w przedziale erotyki. Może się zdarzyć, że przesublimuje pierwszego lepszego z brzegu mężczyznę, który odtąd stanie się kulą u nogi jej błyskotliwej kariery. Istnieją pewne niejasności, jeśli chodzi o jej życiorys. Pochodzi z rodziny dość inteligenckiej. Studia w Cambridge. Powrót do kraju. Plejada kochanków, których porzuca natychmiast po tym, jak jej się udaje wycisnąć z nich wszystko to, co mogłoby jej pomóc w osobistej karierze. Czy taką kurwę można by było darzyć pewnego rodzaju sympatią? Mój Boże! Człowiek jest taki słaby! No i ten Cambridge. Coś, jakby bardzo delikatnie zalatywało szpiegostwem lub może kontrwywiadem. Diabli wiedzą.
Byłoby niezwykle interesujące zastanowić się nad tym, jak taki zespół przekonań zaowocuje w przyszłości. Czym to siwe wszystko dla L. może skończyć? Silne indywidualności często kończą nagłym samobójstwem, załamaniem się, aberracją i degeneracją. To maksymaliści: działają według zasady - wszystko lub nic. L. jest ogromnie samotna. Wydaje jej się, i to jest poniekąd prawdą, że lada moment jej sytuacja egzystencjalna radykalnie się zmieni na lepsze. Ale to nieprawda. Chociaż L. niekiedy niejasno zdaje sobie sprawę z tego, że szczęściem jest sięgać, a nie osiągać. Parszywa biedaczka, rozbójnik społeczny, sui generis rekin. Umrze zresztą po kilku latach w ciągu dosłownie kilkunastu dni na białaczkę. W dowodzie osobistym ma wpisane nazwisko Eligia Kobieton. Mój Boże!

4) O. Z O. jest najbardziej skomplikowana historia. To człowiek, który jest wśród zeksterioryzowanego być może z marzeń Babci zespołu ludzkiego, najbardziej tragiczny. Nie dlatego, że jest przedmiotem nieludzkich doświadczeń, ale przede wszystkim dlatego, że jest również ich podmiotem. Ten człowiek sam sobie przygotował wszystko, co potrzeba, żeby się stać Ofiarą. Zgodził się nią być. Jest nią, mimo że w każdej chwili może zrezygnować z odgrywania tej roli. I nie chodzi mi o to, że może zrezygnować z tego dlatego, że jest tajnym agentem Centrali, albo, być może, jak powiadają socjologowie, członkiem (grupy) uczestniczącym. Jest on tragiczny dlatego, że zdaje sobie sprawę z tego, że pozornie tylko mogąc, w rzeczywistości tak czy inaczej musi uczestniczyć w doświadczeniu. Bowiem zawsze ktoś musi odgrywać najbardziej żałosną rolę. Bowiem zawsze dzieje się krzywda komuś, żeby ktoś inny mógł nie być skrzywdzony. Postać ta zresztą jest za bogata chyba, żeby ją można było przedstawić w kilku zaledwie zdaniach. W każdym bądź razie prawda jest taka (prawdopodobnie): najwyższy rangą urzędnik Centrali, godzi się na to, żeby być traktowanym jako materiał doświadczalny, jako coś, czym nie należy się przejmować. Godzi się być czymś najniższym, czymś, co nie ma nic do powiedzenia na swoją (rzekomą) obronę, czymś zgoła, co w zasadzie już w momencie podjęcia decyzji w sprawie uczestnictwa w doświadczeniu - nie istnieje. Musi dać dobry, musi dawać najlepszy przykład. To on zapewne, o czym niestety nie wiedzą pozostali uczestnicy doświadczenia, jest autorem doktryny, że należy za wszelką cenę, powtarzam: za wszelką cenę, nawet za cenę życia człowieka, dowiedzieć się, czym właściwie jest to wielkie, tajemnicze, nieustannie wysmykujące się z rąk, które Człowieka konstytuuje. To on zapewne uznał za obowiązującą zasadę, że wszystko dla Człowieka, przez duże C, nawet jeżeli trzeba będzie dla tego celu poświęcić człowieka przez małe c. Czy jednak nie zdaje sobie sprawy z tego, że Człowiek to hipostaza? Że jedyną realną rzeczywistością (w sensie ontologicznym) są struktury, jakie wytwarza człowiek przez małe c? A teraz cierpi, umiera, nieustannie umiera, chcąc. sobie samemu zapewne, udowodnić to, czego się nie da udowodnić. Kiedyś, bardzo dawno temu, zdarzyło się, był już nie raz człowiek, który z imieniem Człowieka na popuchniętych wargach umierał rozpięty na krzyżu. Więc czy O, to właśnie Chrystus? Raczej wątpię. Czy O. to Stalin? Hitler? Gdyby Chrystus (abstrahując od jego boskości) zwyciężył kilkadziesiąt wieków temu, faszyzm zostałby wynaleziony o tyle wcześniej. Tak więc: dla największej idei trzeba ponosić też i największe ofiary. Stąd O. Stąd O. jako taki. Każdy jego gest, każde słowo ma podwójny wymiar: ludzki i Ludzki. Ten facet autentycznie cierpi jako człowiek, a jednocześnie cierpi za tak zwane miliony. Przy czym jego cierpienie, że tak powiem, prywatne, indywidualne, jest niczym w porównaniu z cierpieniem wynikającym z tego, że uświadamiać on sobie niechybnie coraz bardziej musi, że pomylił się. Ale machina uruchomiona przez niego samego, machina, do której on dobrowolnie wszedł, nie zatrzyma się tak długo, zanim nie zetrze, wraz z nim niestety, całych jego wyssanych z palca zespołów fałszywych przekonań, całej sparszywiałej ideologii, która pozwala w imię czegokolwiek poświęcać życie czy inne wartości, będące wyłączną własnością jednostki. Wszystko, co dalej się powie o O., wiąże się zatem nierozerwalnie z tym, czym O. jest ponad to, że jest O. jako jednostka. Oczywiście: gdzieś cholernie daleko egzystuje jej życie rodzinne, jakiś tam mąż, jakieś być może dzieci, jakaś szklanka, która stłukła się jeszcze tak niedawno (każda stłuczona szklanka tłucze się niestety potem jeszcze długo, długo w pamięci tłukącego).
Pewne jest także, że O. jest niezwykle silny duchowo i wytrzymały na ból. Potrafi niejako abstrahować od swojego indywidualnego cierpienia. Nie potrafi jednak abstrahować od swego cierpiętnictwa. To facet z niewidoczną na pierwszy rzut oka koroną cierniową na głowie. Znamy takich. Zdarzają się w każdej epoce, niemal w każdym kraju o (większych)ambicjach. Paskudnie chyba jest skonstruowany Człowiek. Niemniej jednak O., który sobie z tego zdaje sprawę, który musi chyba sobie zdawać z tego sprawę, chciałby, co prawda w sposób nie do przyjęcia, ulepszyć człowieka. Bowiem jego założenia, jego marzenia są piękne. Nie do przyjęcia są tylko metody, którymi się posiłkuje, aby osiągnąć swój cel. O. zatem jest jednocześnie kimś porywającym. Człowiek zatem jest również czymś pięknym. Pięknym, autentycznie dążącym do samorealizacji. Nawet jeżeli to robi w sposób nierealistyczny. Najgorsi są ci, którzy nie mylą się nigdy. Najgorsi, czy najbiedniejsi? Kilka danych o O.: dziewczyna, śliczna na swój sposób, tym bardziej tragiczna w roli O. Autentyczna do szpiku (bryzgającego) kości. Z zamglonymi od wypatrywania dalekiej idei oczami. Żyjąca wyłącznie jutrem. Podniecona tym, że żyje. Dumna z tego, że żyje. Żywa. Gotowa zapłacić za iks każdą cenę. I rzeczywiście nieustannie płacąca. Ofiara własnych przekonań. Bardzo ludzka. Człowiek, jednak człowiek, co znowu nie zdarza się aż tak często, niestety.  

 

 

 

 Ewentualny wariant początku przedstawienia:

(ENA i LO wchodzą, rozglądają się, patrzą w górę, nad scenę.)

ENA: Jest wiele śmierci w moim niepokoju
          coś się musiało zdarzyć z Offem moim.

LO:  Był tu przed chwilą, nie zaprzeczysz chyba
         Ktoś go śmiertelnie zdradził, albo wydał
         Tak, tak! To prawda! Bał się dawno tego
         Coś trzeba zrobić, zrobić mówię trzeba!

ENA: Kim jesteś - nie wiem, Ale wiem, kim byłaś
         Czemuś go wtedy nagle opuściła?
         Co się zdarzyło kiedyś między wami?
         Jakie zdarzenie, albo jaki dramat?

LO:  Ty jesteś jego, a ja byłam żoną.
         Która z nas kocha, która poniżona?
         Wiem czego bał się.

ENA: Wiem, że bał się ciebie
          Powiedz mi wszystko! Teraz muszę wiedzieć!

LO: Ooo, powiedz prawdę! Mnie ty nie oszukasz!
         Udajesz głupią, choć nie jesteś głupia!
         Chcesz przed zarzutem nazbyt łatwo uciec
         Chociaż. Jest przecież jeszcze tamten głupiec.

ENA: To prawda. Miał z nim porachunki

LO: Ktokolwiek winien, nie może mi umknąć!

ENA: Kochałam Offa. Powiem tylko tyle
         Byliśmy sobie różą i motylem
         Byliśmy sobie wiosną, i obłokiem.

LO:  Ale cię ze mną zdradzał już od roku
         A mnie z kimś trzecim. Ponadto mnie zdradził
         nie w łóżku, nie z kobietą, ale jeszcze bardziej
         Ach, co to! Słyszysz! Tak milczą zabici!

ENA: Słyszę milczenie, które we mnie krzyczy
         Krew krwi nierówna, ale zmaże winę
         Niechaj uważa ten, kto drugi zginie!
         Pamiętam. Tak, pamiętasz, wtedy po raz pierwszy.

LO: Robi się tutaj coraz bardziej gęsto
         Brak mi powietrza. Nie wiem co to znaczy
         Mogłaś to zrobić, choć mówisz inaczej
         Nienawidziłaś go, bo ciebie zdradzał
         Czy słyszysz? Jakby ktoś się skradał?!

ENA: Tak, tak! Ktoś idzie! Ziemia drży od kroków
         Zaraz tu wejdzie! To on! Chwała Bogu!

LO: Tak! Bogu chwała! A diabłu ogarek
         A już myślałam. Co to, co to! Zaraz!!

(Wchodzi Gaj niosą kogoś przykrytego prześcieradłem, spod którego sączy się krew)

ENA: Nie żyje! On nie żyje!

LO: Ktoś to zrobił ślicznie.

GAJ: Niestety, umarł. To już śmierć kliniczna
         Chyba nie można nic dla niego zrobić
         Za chwilę skona. Lecz mógł sam to zrobić.

LO: Gdzie go znalazłeś?

GAJ: Na betonie w dole. Umiera właśnie.

ENA: Czy to bardzo boli?

LO: Kim był właściwie? Kim jest w sobie człowiek?
         Czy był człowiekiem? Trzeba tego dowieść.

ENA: Mówił ostatnio, że się czegoś boi.

GAJ: Było nas tylko w tym pokoju troje
         Ktoś z nas to zrobił. Ja jestem niewinny.

LO: I ja nie jestem. Łatwo winić innych.

GAJ: Podejrzewano go od dawna o coś
         Przesłuchiwano kilka razy nocą
         O ile wiem, był też śledzony.

ENA: Ciągle uciekał przed czymś, albo gonił.

GAJ: Może to było właśnie jego szczęście
         Co uciekało przed nim coraz prędzej?

LO: Wciąż bał się śledztwa. Że go nie przetrzyma
         I uciekł przed nim. Może by to przyjąć
         Choć na początek, jako hipotezę.

ENA: Nigdy w to, nigdy!, słyszysz, nie uwierzę!

LO: Ktoś już nie żyje, lecz kto - nie wiadomo
        Wszystko się może wyjaśnić za moment
        Wiem tyle tylko, że ja jestem żywa
        Czy to na pewno Off przed chwilą zginął?
        Nie oglądałam przecież jego twarzy
        Mogło się przecież również i tak zdarzyć
        Że Off ocalał, a umarł kto inny.

ENA: Czy ja - to ja? Na pewno? Zimno.
         Wiadomo tylko, że ktoś umarł dzisiaj.

GAJ: Kto z nas jest sobą? Odpowiedz mi, słyszysz!
         Czy to idea, czy też człowiek zginął?
         Czy jest zabity, czy też nie wytrzymał?!
         Może to ja pod tamtą szmatą krwawię
         Może to mnie ktoś oknem wypchnął, zabił?!
         I może potem, sam się tu przyniosłem
         Jak to możliwe? Czyżbym w sobie oślepł?
         Coś się nie może zdarzyć, a zdarzyło
         Tak jak ze światową wojną. Która była
         Chociaż nie mogła, nie mogła wybuchnąć!

LO:  Nasze sumienia na wszystko ogłuchły
         Fakt nie jest faktem, prawda nie jest prawdą
         Ja jestem tobą, ty mną jesteś od dawna.

ENA: Cztery minuty między pierwszą śmiercią
         a ostateczną. Słowa prawdy brzęczą
         Jak puste grzechotki. Ze zmiażdżonego ciała
         Trzeba wydobyć o nim prawdę całą.

LO:   On jeszcze żyje, trochę jeszcze żyje
         W piersiach mu prawda, a nie serce bije
         W oczach mu skarga, a nie światło gaśnie
         Trzeba się śpieszyć, zanim całkiem zgaśnie.

* * *

Sztuka mogłaby się też rozpocząć następująco:

(Holl teatru. Kilka minut przed przedstawieniem. Drzwi na widownię zamknięte. Obsługa teatru i niczym nie odróżniający się od widzów aktorzy. Technicy ustawiają, w przeciwległym do ekranu filmowego kącie, aparat filmowy. Inny technik montuje (albo sprawdza działanie) aparat telefoniczny. Musi on być wyeksponowany - widoczny z każdego miejsca hollu. Na ścianach lub stelażach hollu wystawa sugestywnie eksperymentatorskiej plastyki.)

EN: (zwracając się do zgromadzonej w hollu publiczności): Proszę państwa (kwestia może być podawana przez tubę wzmacniającą, taką, jakiej używa się podczas zawodów sportowych). Proszę państwa. Proszę o chwilę uwagi. Uwaga! Uwaga! Podaję komunikat. Podaję komunikat w imieniu dyrekcji teatru. Zdarzyło się nieszczęście.

L: (jako jeden z widzów na sali): Co takiego?

EN: Powiadam: zdarzyło się nieszczęście. Zachorował jeden z aktorów.

L: Zawracanie głowy. Ci awangardyści zawsze coś wymyślą. Pieniądze, albo zaczynać spektakl!

EN: Nie wiadomo, czy przedstawienie będzie mogło się odbyć. Na sali teatralnej wysiadły wszystkie światła. Strażacy gaszą ogień. Odtwórca głównej roli walczy ze śmiercią. Wezwano pogotowie.

L: To skandal. Te wszystkie wasze pożal się boże pomysły. Trzeba nareszcie by było wymyślić coś nowego. Żądam zwrotu pieniędzy!

EN: (ostentacyjnie wychodzi z hollu)

L: Proszę bardzo. Kasa jest tam (pokazuje). Wszystkich państwa bardzo przepraszamy. (W tej chwili słychać z ulicy jęk sygnału alarmowego, prawdopodobnie karetki pogotowia.) Postaramy się zrobić wszystko, co będzie w naszej mocy.

(Drzwi sali teatralnej otwierają się, kłębi się spoza nich dym. Woń spalenizny. W drzwiach ukazuje się osmolony strażak.)

STRAŻAK: Jeszcze tylko moment. Zaraz zgasimy! (i zatrzaskuje za sobą drzwi sali widowiskowej. Mimo to, wydobywają się spod nich nadal kłęby dymu)

L: Zdaje się, że będzie wszystko w porządku.

(Podchodzi do niego portier teatralny, podaje mu kartkę zapisanego papieru)

L: (czyta z kartki głośno): Właśnie! Dubler właśnie przed chwilą zaczął się uczyć swojej roli. Zacznie, na pewno zacznie. już po niego posłali do domu. (Jakby do siebie, ale dostatecznie głośno): Żeby tylko nie szwendał się gdzieś. To wspaniały aktor. Lepszy nawet od tego, który miał grać. Ale to nic. Trzeba poczekać. Proponuję, żebyśmy obejrzeli tymczasem specjalnie dla państwa przygotowaną wystawę awangardowego malarstwa. Wystawia się grupa (wymienić grupę, nazwiska i ewentualnie podać inne, autentyczne informacje).

(W tym momencie przez drzwi wejściowe wchodzą do hollu i kierują się na salę teatralną dwaj sanitariusze (kitle) z noszami. Wchodzą na widownię, skąd bucha dym, ogień i krzyki strażaków.)

L: Ten obraz po lewej namalowany kosztuje (tu wymienić autentyczną sumę) złotych. Gdyby ktokolwiek z państwa zapragnął na własność nabyć to dzieło, podaję adres i telefon autora. Zresztą nie. Adresy zostaną państwu podane podczas przerwy. Mamy również w naszym teatrze dobry zwyczaj podawać zainteresowanym adresy i inne dane autora dramatu, reżysera, aktorów, a nawet obsługi spektaklu.
(W tym momencie zaczyna dzwonić aparat telefoniczny, o którym mowa była uprzednio)
Chcielibyśmy jakoś państwu zrekompensować krzywdę, jaką zapewne wyrządziliśmy przedłużając rozpoczęcie spektaklu.
(Zwraca się do, tymczasem zupełnie inaczej przebranej EN, albo ucharakteryzowanego na personel teatru O.):
Może byśmy zwiedzili teatr?

(Do telefonu podchodzi G., podnosi słuchawkę)

G: Hallo! (głośniej): Hallo! (jeszcze głośniej): Hallo! Do diabła!, nic nie słychać! Co jest! Aaaa! Tak, tak! Oczywiście! Yyyy? Oczywiście - tak. Tak, a nie ptak, do diabła! Co? Tak jest! Słucham! Kto? Aaaa przepraszam! Myślałem, że to. nic nie słychać (zakrywa tubę aparatu telefonicznego). Niech to szlag trafi! Nic nie słychać! (do tuby): Słucham? (drze się): Tak, tak! Zaraz zaczynamy! Wysiadły transformatory! Na pewno! Zrobi się. Nie, nie! Badań nie można przerywać! Bardzo interesujące wstępne wyniki! Nie. Tak. W pewnym sensie. Oczywiście. Jeszcze kilka dni. Test? Jaki test? Przecież złożyłem na piśmie!

(Przez holl idą w kierunku drzwi wejściowych sanitariusze, niosąc na nich kogoś przykrytego białym prześcieradłem)

G: Zdaje się, że nie żyje! To nic. Coś się zrobi. Wspaniałe wyniki! 43 procent! 43! Przyślijcie wzmacniacze! Co?! Nic nie słychać! Nic nie słychać! (Rozkłada ręce, mówi do kogoś w hollu. Zdaje się, że do znajdującej się ciągle jeszcze przy kasie teatralnej L.): Jest tam jeszcze jakiś aparat?! Muszę zakończyć rozmowę! (Idzie w kierunku kasy. Słychać jak krzyczy do słuchawki: Hallo, hallo! Następnie zatrzaskuje za sobą drzwi, wyciszenie.)

L: Dubler sprowadzony, i właśnie charakteryzuje się. Z Centrali przyszły nowe dyrektywy. Żądają zintensyfikowania badań. Nie wiem, czy państwu wiadomo, że teatr w ramach działalności ubocznej od lat już prowadzi badania o podstawowym znaczeniu dla zrozumienia człowieka.

* * *

(Przedstawicielka teatru (PT) oprowadza widzów po pomieszczeniach technicznych i innych teatru (PT = L)

PT: Proszę państwa uważać, tu jest nisko i brudno. Uwaga: schody! (W pierwszej sali przygotowana wystawa autentycznych obrazów) Zechcą państwo łaskawie rzucić okiem. Współczesne malarstwo. (dyskretnie włącza magnetofon, na którym nagrano tekst jak niżej przez krótkofalówki milicyjne)

(Na środku sali wielka piła tarczowa)

PT: Zechcą państwo zwrócić uwagę na ten okrągły przedmiot. Odegra on w przedstawieniu dość dużą rolę, Jest to jedno z naszych istotnych narzędzi badawczych. Przy jego zastosowaniu można wiele się dowiedzieć o tym, co właściwie znajduje się we wnętrzu człowieka.

PT: Tu L. Słucham!

GŁOS: Jak daleko jesteśmy, czy wszystko gotowe?

L: Znajdujemy się w sali wystawowej.

GŁOS: Natychmiast przejść do następnych pomieszczeń! Materiał badawczy za chwilę gotowy. Potwierdzić odbiór.

L: Proszę państwa, przechodzimy do następnych pomieszczeń. Halo, kierowniku! (KT = Kierownik Techniczny).

KT: Słucham!

L: Pokażcie ludziom to, co dla nich przygotowaliśmy. Halo Centrala! Halo Centrala! Wszystko przebiega według planu. Przechodzimy do następnych pomieszczeń.

(Następna salka. Z megafonu słychać wycie człowieka.)

KT: (do L.): Co to było?!

L: Ach, to wczorajszy badany. Zdaje się, że nie wytrzymał. Proszę tego (zwraca się do publiczności) nie słuchać! Proszę nie zatrzymywać się. Przechodzimy dalej!

(Pomieszczenie z ekranem filmowym. Kiedy wszyscy są już wewnątrz, gasną światła, zaczyna się projekcja pięciominutowego filmu (scenariusz filmu w załączeniu). Po kilkunastu sekundach niemego filmu, P. (Piosenkarz) wykonuje MG (MG = Motyw Główny - patrz nuty). Film kończy się, P. przestaje śpiewać. Przedłużająca się cisza. Ciemno.)

KT: Coś się musiało stać chyba konkretnego, niedobrego.

L: Halo Centrala! Halo Centrala!

GŁOS: Tu Centrala! Wszystko w porządku! Prosimy na salę.

(Nadal ciemność. Otwierają się drzwi wyjściowe. PT i KT prowadzą widzów do sali, na której odbędzie się właściwe przedstawienie.)

KT: (do 3 aktora (3): Czy piła jest dostatecznie ostra? Materiał powinien być potraktowany zgodnie z postanowieniami międzynarodowych konwencji. Wiecie: tam, tego, Traktat Wersalski, i tak dalej. Trzeba pilnować się. A to zaraz naokoło podniesie się taka wrzawa, że trudno będzie spokojnie pracować.

3: Poszaleli z tym humanitaryzmem. Czyż nie najważniejsze są wyniki? Gdybyśmy się z wszystkimi tymi rzeczami liczyli, przejmowali się, nie dałoby się niczego nigdy do końca przeprowadzić.

KT: Tak, ale wczoraj znowu wizytowała teatr przedstawicielka PCK.

3: Na szczęście materiał badawczy po podaniu narkotyków był tak oszołomiony, że wziął ją za zupełnie kogo innego.

KT: Zdaje się za żonę.

3: Tak? Nie wiedziałem, że jest żonaty. A co z dziećmi?

KT: Sierotkami zaopiekuje się państwo. Normalna pragmatyka w takich sytuacjach. To jednak dziwne, że nie wytrzymał. Wyglądał tak czerstwo.

3: Pozory! Wszędzie pozory. Ale wystarczy.

KT: A swoją drogą interesujące: kim też tak właściwie, rzecz ujmując od środka, jest człowiek? Człowiek sam w sobie? Człowiek takim, jakim jest rzeczywiście, a nie takim, jakim się nam wydaje. Szalenie interesujący problem! Zawsze aż dreszczy dostaję, kiedy spod piły sypią się wnętrzności, nerki, pojęcia moralne, marzenia, ach, marzenia, tyle, tyle trocin.

3: Zaśmiecają nam teatr. Nic interesującego.

KT: Marzenia umierającego. Marzenia dotychczas skrzętnie ukrywane przed sobą. Szalenie interesujące!

3: Ba! I potrzebne!

KT: Centrala musi wiedzieć jak najwięcej. Ten, tego, nie można było nawet pomyśleć o tym, żeby skutecznie wpływać na to wszystko, co się dzieje.

3: Jak myślisz, czy Oni?.

KT: Nic nie wiem (cicho), uspokój się, jesteśmy durniu na stałym podsłuchu! Chcesz, żeby się tobą zajęli?

3: I tak wszyscy jesteśmy przeznaczeni do tego samego.

KT: Powiadam: uspokój się! Trzeba sprawdzić, czy piła po tym wczorajszym jeszcze się nadaje do dalszego użytku.

3: A ta paniusia z PCK, no nie! Niech mnie diabli! (śmieje się)

KT: Prawdziwie humanitarne podejście do Człowieka. Karmiła go czekoladą, zostawiła dla niego kilka butelek oranżady.

3: Była świetna. I ubranie jak ulał na mnie.

KT: Fe! Wstydziłbyś się! Okraść materiał badawczy! Nieładnie, nieładnie.

3: A teraz zapewne pisze raport do tego tam, jak jemu, ONZ, że wszystko jak należy. Że ludzkie traktowanie, że piły dostatecznie ostre, że humanitaryzm, cierpliwość, delikatność i tak dalej (chichocze).

L: Doktorze, przedstawienie zaczęte! Prosimy!

G: Zaczynajcie beze mnie! Muszę zakończyć rozmowę!

L: Tylko się proszę nie spóźniać. Na dzisiaj ważne doświadczenia.

(Do publiczności, wskazując drzwi na salę wejściową):

Prosimy! Prosimy wszystkich państwa do laboratorium. Na oczach państwa zostanie przeprowadzonych szereg wspaniałych doświadczeń na materiale badawczym!

N: Interesujące. Czy nam nie ucieknie podczas badań?

L: Wykluczone. Jest przyssany elektromagnetycznie do siedzenia.

N: Szybciej, szybciej! Nie traćmy tempa! Proszę zajmować miejsca ora przestać pokasływać i poprawiać się. (Spogląda na zegarek) Orrrany! Jesteśmy opóźnieni! Nie wykonamy planu badań! Schnell, schnell! Ja, Gut! Należe szadaćz!

(Na scenie w fotelu - Ofiara (O.) Jest nieprzytomna. Kiedy publiczność mniej więcej już w miejscach, O. się budzi z omdlenia.)

O: Pić...

(Na scenie nieco bałaganu. EN robi porządki, L. majstruje przy fotelu O. Słychać pokrzykiwania przez telefon.)

O: Proszę wody.

L: Wody, wody! Zabronione. Brak jakichkolwiek wzmianek w instrukcjach co do trybu podawania materiałowi doświadczalnemu wody podczas przeprowadzanych eksperymentów!

N: Paragraf osiem łamane przez 21, ustęp III. I: Na litość boską! Kiedy to się wszystko skończy!

L: Nie trzeba było szarpać się tyle wczoraj. Ostatecznie wiadomo, że badania muszą być przeprowadzone i basta.

N: Całkiem niewinne badania.

K: Phi! Na zawartość psychoidyny w marzeniach. Też mi coś!

N: No tak, ale pamiętasz, że nawet tego nie wytrzymał, no ten, jak mu tam, ten, który zmarł w zeszłym tygodniu.

L: Był bardzo zabiedzony.

N: A kto by nie był, to już przesada. Wszyscy wyjechali na cały tydzień na urlop, a o nim zapomniano. Bez jedzenia, bez picia, w ciemności, zaduchu pośród żywych, głodnych szczurów.

O: Trzy dni. Ile to jeszcze potrwa. Nie wiem, jak długo wytrzymam. Dyrektywy. (mdleje)

N: Znowu zemdlał. Coś słaby. Najn gut material.

L: Może być tak dać mu trochę wody?

N: Może.

L: Ale to mogłoby zepsuć wyniki. Wykrzywić nie w tę stronę wykresy. Indeks artefaktalny.

N: To znaczy niby jak? L: Z błędem, z błędem, kochasiu. No co jest z tym szefem?

N: Podam mu morfinę (odwija rękaw O., dokonuje iniekcji).

L: To go podtrzyma. Na dziś pewnie wystarczy. Szef zawsze mówi, że grunt to robota.

N: Zobaczymy, czy jeszcze istnieje (przytyka mu do odsłoniętej ręki obnażony przewód elektryczny. Ręka O. gwałtownie kurczy się).

N: Słynne doświadczenie Galwaniego. W Porządku. Chyba jeszcze istnieje. Kto to do szefa marudzi?

L: Z Centrali. Zdaje się, że wykombinowali coś nowego.

O: Czy już?.

L: Co - czy już?

O: Już koniec?

L: Koniec czego?

O: Czy koniec na dzisiaj? Nic nie czułem.

N: Człowieku! Dopiero zaczniemy!

O: Chyba nie przetrzymam.

N: Przetrzyma, przetrzyma! Ja znać! Ja mówić jemu!

O: Żona. Pić.

L: O żonę proszę się nie martwić. Dostanie w razie czego rentę.

N: Pośmiertnie zostać odznaczony on. Duża ordera! Duża!

O: Czy, czy się nadaję.

L: Niestety! Niczego jeszcze nie wiemy. Wyniki nie nadeszły. Jest jednak pewna szansa.

N: Ja mieć oko! Być szansa jedyna, i szansy więcej niż jedna.

O: Chciałbym zaraz po tym wszystkim wyjechać z żoną na kilka dni nad morze.

 

* * *

 

O: Pić.

EN: W porządku, kochasiu. Pamiętaj, że sam tego chciałeś. (Do L.): Gdzie sublimat? (L. pokazuje. EN nalewa kolorowego płynu do menzurki, podaje O., O. bojaźliwie wypija jej zawartość, krzywi się.)

O: Bardzo niesmaczna woda. U nas na Wołyniu takiej nie było.

EN: A to, kochasiu, trucizna, nie woda.

L: Tak, tak. Zobaczymy, czy rzeczywiście jesteś taki chojrak, na jakiego wyglądasz. (Do EN): chyba nie przetrzyma.

EN: Sam chciał. (O. wymiotuje. L. bije go w brzuch)

Nie wolno! Nie wolno zwracać! Zabronione! Inaczej badanie będzie nieważne.

L: (serdecznie do O.): Widzisz, przeprowadzamy badania na wytrzymałość człowieka. Centrala chce wiedzieć, co się stanie z człowiekiem, który zażyje śmiertelną dawkę trucizny.

EN: Gdybyś nie zwymiotował, to byśmy już może mieli wstępne wyniki. Można by było złożyć pierwszy raport (bije O., następnie wbija mu pod paznokcie igłę. O. histerycznie chichocze).

O: Łaskoczesz mnie. Przestań, bo nie wytrzymam!

L: Jakieś nieprawidłowe reakcje. U nas, pamiętam, w gestapo przy takim zabiegu przesłuchiwanego człowieka trzeba było polewać zimną wodą, a następnie szczuć wilczurem.

G: Ja osobiście bardziej lubię angielskie dogi.

L: Niemodne. A ponadto z niechęcią rozszarpują człowieka.

G: (wyciąga z kieszeni zeszyt, notuje, mruczy): Więc tak: wytrzymałość badanego na truciznę, doświadczalnie wstępnie potwierdzona. W następnym etapie przeprowadzimy badanie, które niezbicie udowodni nam, co się dzieje z człowiekiem, kiedy go zabić. (Do L.): Człowiek, którego się zabije, będzie martwy?

L: Trzeba będzie przebadać. Nie wolno wierzyć nawet własnym intuicjom. Tylko metody naukowe są coś warte.

EN: (do O.): I tak masz szczęście. Przedwczoraj badaliśmy jednego w zupełnie inny sposób. Od razu wysiadł.

L: Był taki śmieszny, kiedy spadał z 9 piętra. I nie rozumiem, dlaczego się przed tym tak bronił. Człowiek przecież i tak wcześniej czy później umiera.

G: (notuje): Co człowiek - to zagadka. Nigdy nie można przewidzieć reakcji.

EN: Człowiek, hm, człowiek. Bardzo lubię z człowiekiem pracować. Zawsze mnie pasjonuje, kiedy mam z kimś do czynienia.

L: Tak, tak. Człowiek ma wielkie możliwości przed sobą. Postęp w badaniach rokuje olbrzymie nadzieje. Podobno w Stanach wynaleziono maszynę do wydobywania siłą z człowieka prawdy. Choćby nie wiem co, badanemu nie udaje się, przy zastosowaniu takiego urządzenia, schować w sobie. Maszyna go zawsze z niego samego wyłuska. Wyłupi.

G: Tak, tak. Człowiek, to kopalnia przekonań. Przy odpowiednim traktowaniu z człowieka można wycisnąć wiele prawdy.

EN: (śmieje się): Nieraz więcej niż dana jednostka zawiera. Pamiętam takiego. U nas nie takie rzeczy się zdarzały.

L: Niech szef zanotuje: Materiał w zetknięciu z doświadczeniem zachowuje się w sposób nieprzewidziany. Zmienia przekonania cudze, na jeszcze bardziej cudze, okazuje się, że nie ma własnych, a nawet jeśli je ma, to to i tak nie ma dla nas żadnego znaczenia.

G: (powtarza): .znaczenia. Chwileczkę (przewraca stronę notatnika). Co dalej? Hm. Odczuwam nudności.

 O: Pamiętam, tak pamiętam. Zakwitły mi paznokcie wczoraj. Włosy leżały osobno. Nos. Piersi mojej żony wisiały w powietrzu. Tak, szczególnie piersi. Wysoko. Nie można było ich dostać, mimo ze wszedłem na parapet. Ostatecznie z małżeństwa to i owo mi się należy. Jej piersi, należą również do mnie.

(Skądś z góry na scenę spada adresowana koperta. Podnosi ją z podłogi EN. Otwiera, czyta. G. wymiotuje.)

G: Rwie mnie. A przecież nigdy jeszcze nie wyrządziłem osobiście krzywdy. Wszystko dla nauki. Jeżeli nawet jakiś człowiek cierpiał przeze mnie, to nie dla mojej prywaty. Badanym wydaje się, że to moja wina.

EN: (do L.): Wymiotuje wyrządzoną ludziom krzywdę.

L: Biedny i niewinny. Przecież cały czas postępuje zgodnie z instrukcjami. Sumienie ma czyste własne. Brudne jest cudze.

O: Cholerna tęsknota nad miastem. Dziś rano, kiedy tu jechałem, motorniczy przejechał na skrzyżowaniu alei z ulicą, nie pamiętam już niestety jaką, kawał śmiechu. Trysnęła krew i bełkot. Do śmiechu był przynależny jakiś żywy, zagapiony trochę człowiek.

L: To niebezpieczne pozwalać na to, żeby śmiech wałęsał się samopas. I to w dodatku wlokąc za sobą właściciela śmiechu.

O: Trzeba go było zmywać z szyn, bo inaczej by tramwaj nie ruszył. Pasażerowie czekali i niecierpliwili się, mimo że znajdujemy się przecież w strefie umiarkowanego humanizmu typowego dla cywilizacji zachodniej. A przecież nie lubi mielonego śmiechu.

G: Interesujące. L: (podaje mu kostkę cukru): Mogłabym coś dla ciebie zrobić. O: Zabronione instrukcyjnie! (zaczyna chichotać)

EN: (do G.): Podała mu kostkę śmiechu, szefie. Trzeba by donieść gdzie trzeba (podaje mu list). Szczury nie lubią cukru. Centrala przesyła nowe instrukcje. Ciekawe.

(G. czyta list)

EN: To interesujące, jak ten człowiek jest trochę bardzo podobny do szczura. Te oczka, świdrujące oczka. Ten długi ogon.

L: Zwariowałeś?! Co ci wpadło do łba.

O: Moja żona urodziła kiedyś dwupłatowiec. Powiadam do niej: po kiego czorta nam samolot? Tylko wydatki się zwiększają. Czy wiesz, ile kosztuje litr dobrej, lotniczej benzyny?! I nikt nam poza tym nie pozwoli latać. W powietrzu aż gęsto od wypadków lotniczych. Tak długo ją przekonywałem, aż go wrodziła z powrotem.

L: I słusznie. (do G.): I co tam, szefie, nowego? Z Centrali (pokazuje na list).

G: Istotnie. Z Centrali. Przyszły nowe instrukcje, Materiały uzupełniające, piszą, w drodze. Według tych nowych wytycznych materiał badawczy jest, jak to zresztą widać, szczurem. To nie ulega dla mnie wątpliwości. Wystarczy tylko zanalizować choćby niektóre jego odezwania się (się - zrusycyzować w akcencie).

L: To może być przejściowe. ale na tym etapie, nie da się o nim niczego innego powiedzieć. To fakt. Ta sierść, te kły, to znaczy, przepraszam, chciałem powiedzieć siekacze.

G: Trzeba zamówić klatkę, bo jeszcze ucieknie. I literaturę fachową na temat zachowania tych (zwraca się do O.) jakżesz sympatycznych, tak, tak!, sympatycznych stworzonek!

O: Skoro Centrala tak uważa, to w tym musi coś być. L: No, no. Szczur! Jesteście małego ducha! Szczurzego! Jak możecie wątpić, że Centrala yyy, tego. Co to ja chciałem powiedzieć?.

Aha (do EN) dosypcie no mu ziarna, a to zdechnie!

EN: Szczury! No też! Coś takiego! U nas w Instytucie szczury! Trzeba by przeprowadzić deratyzację!

G: To rzeczywiście niedopuszczalne, żeby w takim poważnym Instytucie jak nasz były szczury. Ale Centrala nam narozrabiała. Nigdy dotychczas nie mieliśmy tutaj szczurów, a tu masz tobie! Ot, kłopot!

O: Czuję woń kota. (Krzyczy): Boję się, boję się! Gdzieś niedaleko jest kot!

G: Rzeczywiście, kota należy usunąć, bo nam jeszcze narozrabia. Koty, według informacji Centrali, są nieraz bardzo niebezpieczne. Mogą nam go pożreć. A do tego nie możemy dopuścić, bo co byśmy wtedy zgodnie z zaleceniami Centrali deratyzowali? Tfu! Zaczynam, jak słyszę, na dodatek mówić do rymu!

L: Brawo! Brawo szefie! Wydamy szefowi tomik przepięknych liryków lozańskich! A niech to diabli! Niebywałe! Zawsze marzyłem o tym, żeby przespać się z żywym poetą!

EN: Tak, rzeczywiście. To musi być fajne. Zupełnie inaczej z poetami martwymi. Zresztą nie wyobrażam sobie, żeby to było nie inne.

G: (który od tego momentu zaczyna bardzo często używać rymów): Trzeba zastawić pułapkę, wciągnąć w nią go gładko. Jeżeli się to nie uda, może być zbyt wielka burda. Tfu!

L: Trzeba też kupić i wyłożyć trutkę. To nam wybitnie ułatwi sytuację i zasługi (wyciąga mikrofon, mówi do niego): Halo! Halo! Czy to zakład Budowy Ciężkich Szyldów Przemysłowych? Chcielibyśmy zamówić u was szyld o następującej treści: Instytut Deratyzacji Przekonań. Tak, tak. Przelewem. Natychmiast po wykonaniu zamówienia. Proszę obciążyć nasze konto czymś ciężkim. Matejki 2. Dwa, a nie da! Jesteśmy instytucją wyższą. Taj.

L: Mój boże!. Ostatnio, kiedy wiecie. Ostatnio wsiadłam do pociągu i ocknęłam się dopiero w jakimś miasteczku nad morzem. Nad morzem, czy w górach - nie wiem, nie wiem. Do dzisiaj nie wiem, co to za miasteczko. Ale odpoczęłam. Było tak cicho i zielono-błękitnie, spokojnie. Chciałabym tam jeszcze kiedy przez przypadek trafić. Ale nie pamiętam, gdzie to było. I kiedy. Niekiedy czas przestaje cokolwiek znaczyć. Człowiek staje się czymś, co tylko płynie przez własne zdarzenia - nie wiadomo dokąd płynie.

EN: A przede wszystkim - po co i jak?

L: Tak, tak - sens. To było pytanie o sens tego wszystkiego. Nasze czasy. Kochałam go. No, tak. To takie nierealne.

O: Czy szef się spóźni?

EN: Główny, główny! - nie szef! Szef! to nam, a nie my! Zrozumiano?

O: Przestalibyście się wygłupiać.

EN: (uderza go w brzuch): Wygłupiać? A któż to się tutaj wygłupia?

(O. zwija się z bólu, mamrocze coś, łapie otwartymi ustami powietrze)

Tak, tak. Trzeba słuchać. Najważniejsza być badać.

L: Ale trzeba też i o tym pamiętać, że odporność materiału doświadczalnego również ma swoje granice. Człowiek - to cenny materiał.

EN: Eee tam. W Ravensbruck.

L: Nie mędrkuj, nie mędrkuj. Jeszcze i ten. Namnożyło się u bas mądrych tyle, że nie wiadomo co jest. Skocz no lepiej po szefa. A to nie wykonamy planu.

(EN ociągając się wychodzi, w drugich drzwiach tymczasem wybucha awantura)

G: (do portiera): Ojciec, nie wygłupiaj się pan! Ja tu muszę wejść!

PORTIER: (jest to błyskawicznie przecharakteryzowany EN): Nie wolno! Podczas przedstawienia wstęp na salę teatralną wzbroniony! (do siebie): Przeprowadzają ci jakieś doświadczenia na materiale.

G: Wpuść głupku, bo dam dwa razy w dziób! No wpuść-że! Idioto! (G. wdziera się na salę) A to dureń. Żeby mnie, mnie! Rozumiesz - nie poznać?!

L: To ten nowy. Pokiełbasiło mu się wszystko: teatr z laboratorium, laboratorium z życiem prywatnym przedstawianym na scenie, i życie prywatne przedstawiane jako wykres pewnych wektorów.

G: Dość tego! Zaczynamy.

L: (łasi się do niego, zagląda mu w oczy, ociera się): Nu, nie krzycz już tak, kochany. Wszystko będzie dobrze.

G: (odtrąca ją): Wszyscy na stanowiska! K: Wszyscy na stanowiska! EN! Gotowy?!

EN: Gotowy!

L: O! Gotowy? O: Gotowy. Prawie gotowy.

L: O! Co to znaczy? Gotowy czy nie? Proszę wyrażać się jaśniej! Pamiętajcie O., że dla dobra sprawy wiele powinno się dać z siebie! O! Gotowy?

O: Głupawy!

L: (wyjmuje nadajnik, zaczyna nadawać): Halo. halo, Centrala! Tu Bałtyk! Tu Bałtyk! Czekamy na dalsze instrukcje. Powtarzam. Oczekujemy na dalsze instrukcje!

GŁOS: Tu Centrala! Tu Centrala! Natychmiast przeprowadzić test kontrolny!

L: Szefie! Instrukcja każe przeprowadzić test kontrolny na przytomność umysłu.

G: W zasadzie masz rację. Chociaż to przesada. A zresztą - kontroluj.

L: Test nr 6, proszę!

G: (recytuje niechętnie): wiersz nr 1.

L: A teraz nr 2 (G. recytuje) itd. Dość! Gotowość szefa doświadczalnie potwierdzona! Szefie, przekazuję pełnię władzy (podchodzi do niego, czuli się).

EN: Szefie, yyym, gość (pokazuje na O.) chyba tego.

(O. sflaczały, nieprzytomny. Wszyscy podbiegają do niego.)

G: O cholera! Szybko, szybko! Lobelina!

N: (robi iniekcję): Jest lobelina, szefie!

G: Kardiamid!

L: Kardiamid! Wyykonaaanooo (iniekcja).

G: Szybciej!

L: Zdaje się, że się nam zmarnował.

G: Aj, jaj, jaj! A zresztą. może kardiamid zadziała. Niech to diabli! Adrenalina!! Dosercowo!

L: Małe szanse.

H: Cicho!

N: No, no! Szefie.

G: Dokonuję badania! Szybko!

(N. i L. krzątają się koło głowy O. z jakimiś przyrządami)

(wszystkie przyrządy i rekwizyty winny się znajdować porządnie ponumerowane w znajdującej się z boku skrzyni, która momentami służy poza tym jako przedmiot do siedzenia, jako podium-wywyższenie, jako mównica, jako rodzaj łóżka itd.)

N: Nie jest źle, szefie. Powoli wraca.

G: Przebadać zawartość próbki!

(N. wyjmuje ze skrzyni retortę, przelewa do niej wyimaginowaną zawartość przyrządu, potrząsa, mruczy jakieś cyfry (01, 07, stop! 0, 2, jeszcze raz: Stop! 0,5%), L. notuje wyniki)

G: No i co?

L: (podaje przed chwilą przedstawiony ciąg cyfr, i dorzuca): Poziom skrajnie niski. Ślady zanieczyszczeń. Oryginalność o połowę większa niż mniejsza.

G: Zacytować przykład!

J: (EN tymczasem zwija narzędzia, chowa je do skrzyni): (. recytuje wiersz nr 4 lub cokolwiek)

Zdaje się, że już powrócił.

G: Cicho, cicho! Uwolnijcie go! (EN uwalnia O. O. rozgląda się nieprzytomnie po sali, mruży oczy). Zgaście światło!

(Światło przygasa całkowicie. W miejscu oznaczonym gwiazdką L. mówi szeptem)

L: To Einstein!

G: Cicho! (szeptem): ani słowa!

(Słychać grę na skrzypcach. Stłumione przekleństwa. Rozjaśnienie. Zamarły w pół gestu E. ze skrzypcami w rękach. Opuszcza skrzypce, chodzi po scenie, zagląda w kąty. Jest zniecierpliwiony.)

E: Nuda!. Nuda!. Wszędzie nuda! Nuda na lewo, nuda z wszystkich kątów!. I tu nuda!. I tu. Normalna, teatralna nuda!. A niech to diabli! Można oszaleć z zachwytu! Tyle zmarnowanej nudy!. Nie może być, żeby nie dało się jej do czegoś wykorzystać!. W naszym świecie nic nie ma prawa się zmarnować!. Trzeba by ją na coś konkretnego. Wesołego, albo przynajmniej nie tak bardzo przykrego. Pomyślmy. No tak. Gdyby pierwiastek kwadratowy z siedmiu mógł się popukać po czole, to co?
Lub gdyby suma wszystkich kątów była większa od siebie - może wtedy udałoby się tę wszechobecną nudę wykorzystać do czegoś? Ale przy istniejącej aksjomatyce - nic z tego! (krzyczy): z tego nie wyjdzie! Ja sobie pokażę! Czy ja wiem, kim ja jestem! Co ja sobie myślę! Każę sobie coś zrobić!. Nie, nie każę. Nie wiem co. Orrany, co robić?! Opuszczam skrzypce, chodzę po pokoju, myślę. Dużo myślę. To robi dobrze na głowę. ), (pokazuje na głowę) jaki mam łeb! Nie od parady!. Uuuu!, to drogi instrument! (głaszcze się po głowie) Moja ty kochana, moja siwa!

*

Ale mam łeb! (puka się mocno po głowie) No jasne! Mam niezgorszy pomysł. Mój kochany, jajowaty, w śledziach!. To znaczy, co ja mówię!, w siwiźnie, nie w śledziach! Skąd mi to do ciebie przyszło? (macha ręką) Eee tam, co będę się przejmował! O co to mi chodziło? Zaraz, zaraz!. Więc tak. Śledzie. No, ale co było przed tym?. Śledzie, śledzić, metoda skojarzeń. Aha! Że mam łeb!. Nie, to nie to. Śledzić, śledzieć, śledziona, śledzony, ślepy (bije się po głowie. Jaki ja durny! Ślepy! Nuda, oto co! Mam myśl (biega po pokoju w kółko). Mam myśl! Mam ją! Mam ją! Mam ją ci! Ja jej pokażę! Ja jej dam! Co ona sobie myśli! Od myślenia tu jestem ja! Za to mi płacą! Głupi łeb! Co on sobie wyobraża. Myśl. O, właśnie. Oba by-ła taka: już wiem co robić, żeby się nie nudzić. Wiem swoje, nikt mi nie odbierze tego.

G: (krzyczy): Chryste Panie! Dość! Dość! Przerwijcie mu. To przecież nie ma sensu! (ociera chusteczką pot z czoła)

(O. zaczyna się budzić, przytomnieć. EN podłapuje go za łokcie z tyłu. Unieruchamia. L. zdziera z O. charakteryzację einsteinowską. Prowadzą go do fotela. O. nie stawia oporu. Jest zrezygnowany, wyczerpany. Słania się, następnie osuwa się na fotel.)

EN: No proszę, do czego to może człowieka doprowadzić osłabienie. Włączyć urządzenia klimatyzacyjne. Początek Narady. Panowie! Badany skład człowieka.

G: Jak słyszeliście, tuż przed rozpoczęciem nowej serii odebrałem telefon. Dzwoniła Centrala.

L: Ci zawsze.

G: Żądają intensyfikacji badań. Sytuacja w gospodarce narodowej jest taka, że wszystkie siły należy wytężyć. Chcę wiedzieć na.

N: To znaczy - co konkretnie trzeba by zrobić? Jak oni to sobie wyobrażają? Przecież jeżeli przyciśniemy badanego, to nam wyfajuje.

L: I tak już ledwie zipie.

N: Wydaje się nieludzkim traktowanie - nawet materiału badawczego, z taką nonszalancją. Przecież on ciągle jest żywy. On w ogóle jest żywy - mimo wszystko.

L: To, że nazwaliśmy go materiałem badawczym, wiele znaczy, wiele ułatwia, ale niczego nie zmienia. Jestem za tym, żeby postępować ostrożnie. Wiadomo, jak trudno o materiał.

O: Czy coś się zmieni? Dłużej tego nie zniosę. Ceny wzrastają, złe wypiera dobre, poczucie groteski w narodzie wzrasta z dnia na dzień. Nie można tego nie brać pod uwagę. Jestem za tym, żeby przestać mnie męczyć.

L: Zdanie O. się nie liczy. Nie może się liczyć.

O: A co się wobec tego liczy?

L: Ważne są ogólne pryncypia, że tak powiem.

G: Tak, tak. Postęp, intensyfikacja. Ważne jest, żeby pomnożyć nasze zasoby, a co za tym idzie nasze wysiłki. To jest ważne.

O: A ja nie jestem ważny? Ja się nie liczę?

L: Ty jesteś ważny o tyle, o ile się liczysz jako liczony.

EN: Zresztą - sam wiesz, że nie ważysz aż tak znowu wiele.

L: Ważyliśmy cię przecież niedawno.

EN: Schudłeś.

O: To ze zmartwienia. Moja żona.

G: Cóż znaczy jedna i to niezbyt piękna żona, kiedy chodzi o pryncypia! Czy ty tego nie widzisz?

L: Oślepł czy co? EN! Zbadajcie no mu rogówkę!

(EN zagląda do oka I.)

I co, czy reaguje na świat? Co tam widać?

EN: Garstka zasuszonej męki, pani, nic ponadto. Prawie nic. Dwa zabiedzone konie, zaszczuty pies, jakiś fragment spróchniałej, walącej się stodoły, i to byłoby chyba wszystko.

G: Niesłychane! Jacy ci ludzie małostkowi są! Nikt nie potrafi wziąć na serio pod uwagę tego, co najważniejsze. Każdy tylko stara się być egoistą i tyle. Po trupach, oczywiście po trupach cudzych i możliwie cudnych, idzie do swojego, zagarnia pod siebie swoje, liczy się ze swoim, i tylko ze swoim, i eee tego!

O: Kiedy miałem piętnaście lat, to i owszem.

L: (podejrzliwie): Co wy tu nam, Kowalski, zdaje się, zasuwacie takie tam tego? Co to znaczy? A?! No - co chcieliście przez to powiedzieć? A?! Czy wam przypadkowo nie uderzyła do głowy woda? Woda sodowa oczywiście, to miałam na myśli? A?! Uderzyła, czy nie - odpowiadajcie!

O: Kiedy miałem piętnaście lat, potrafiłem jeszcze fruwać. Ja wiem, że każdy kiedyś potrafił. I że nie warto by było nawet o tym i wspominać, ale ja - rozumiecie, bardzo do tego tęsknię!

EN: Uważacie - on, który jest przecież niczym! - śmie tęsknić!

O: Niekiedy siadam przy oknie, i nic, tylko tak sobie na to wszystko zapatruję, aż do bólu! Aż do żalu! Po niebie, przez moje oczy, przez całe moje wszystkie półkule mózgowe płyną chmury, samoloty, i takie tam różne inne wynalazki przyrody i wynalazki naukowe, a ja nic. Siedzę i żałuję.

G: No, no, Kowalski! Liczcie się ze słowami!

(Przez cały czas wszyscy po kolei po trosze krzątają się koło O.) Nie jesteście przecież Kimś. Chyba zdajecie sobie sprawę z tego, że nie jesteście Kimś? No tak, milczycie. Ale pytlować językiem to potraficie, co?

I: Tak. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem niczym. Ciągle niczym. Kiedy miałem piętnaście, a może nawet jeszcze i szesnaście lat, byłem pewien, że gdybym tylko chciał, mój Boże!, gdybym tylko chciał, to bym potrafił zostać nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

G: Mówcie dalej. Mówicie wrednie, ale interesująco z naszego punktu widzenia. A nasz punkt widzenia, jak wiecie, jest obowiązującym nie tylko punktem, ale też, hm, tego.

L: Szef chciał zapewne powiedzieć, że yy tego.

G: Tak, tak. Właśnie tak.

EN: Tak, tak. Z naszego punktu widzenia, to znaczy z punktu doniosłości naszych badań, na skalę których tego, yyy.

L: Nie, trochę inaczej: Z punktu widzenia skali, na którą nasze badania.

G: Wydaje się, że cała trudność polega na tym, że używamy tutaj słowa nasz. Kiedy pozbędziemy się tego pojęcia, cała trudność zniknie niejako automatycznie.

L: To nie jest pewne.

EN: Ale mimo wszystko spróbuję to wyeksplikować.

L: Eee powiedzieć. Powiedzieć mniej więcej jeszcze raz tak: badania, z punktu których prowadzimy widzenie dla osiągnięcia licznych wyników, które są, są.

EN: Można by było tutaj użyć słynnego wybiegu matematyczno-logicznego.

G: To jest myśl: są yyy.

EN: Nie yyy, tylko x.

O: Kiedy miałem piętnaście lat.

L: To już było. Potem. Co było później?

O: Później miałem szesnaście lat, a następnie.

L: Wiemy, wiemy! Przystąpcie do rzeczy.

EN: (zamierza się na O.): No! Od razu do rzeczy! Bo jak nie.

O: Potem już nie chciałem zostać prezydentem Stanów.

L: Patrzcie, degenerat! Tego się należało spodziewać!

EN: Po nim, mówi się - po nim.

G: Co, co po nim?

L: Nic, nic szefie. Niech szef spokojnie sobie tego, yyy.

O: Tak, bo potem wystarczyłaby mi, jak sądzę, Wielka Brytania. To by mi całkowicie odpowiadało, przestałem być maksymalistą: Mieć wygórowane ambicje. W tym okresie potrafiłem jeszcze podfrunąć, jak się mocno wytężyłem, kilkanaście metrów - do góry, ale podfrunięcia te były bardzo chude i żyłowate. Same kości.

G: Nie rozumiem, jakie kości?

O: Bo ja wiem? Wszystko chyba jedno. Może wołowe, a może wprost przeciwnie. W każdym razie same.

G: Wolę kości mamuta znalezione rano pod poduszką po całej serii snów na temat wypraw krzyżowych. Zaraz, zaraz, chyba nie krzyżowych.

L: Archeologicznych.

G: O, co! Archeologicznych, i tego (dłuższe milczenie). I tego, yyy. Zawsze znajdowałem pod poduszką po takich snach kości mamuta. Wasza sytuacja wydaje się być całkiem analogiczno-podobną, no nie?

O: Kiedy miałem lat dwadzieścia, skłonny byłem poprzestać na niewielkim księstwie, ale i tego nie byłem już pewien. O fruwaniu wtedy nie było już mowy.

G: Jak to, o fruwaniu? To wyście niby co? Fruwali?

O: Tak. Niekiedy bywało, stanąłem na parapecie okna, i pofruwałem sobie. Aż do bólu. Skrzydła miałem takie białe i rozpiętość skrzydeł u mnie była taka, że aż sam się niekiedy dziwiłem.
To były piękne, panie tego, czasy. Trzeba mnie było widzieć: wielki siwy ptak nad otchłaniami własnych niemożliwości, które jednym wymachem ramienia pokonywałem bez najmniejszego wysiłku. Ludzie się też dziwowali i mówili: co z ciebie wyrośnie?

L: Następnie? Streszczajcie się. Czas płynie, chociaż nie wiadomo, na czym to polega. Dalej. Co było dalej?

O: Następnie chciałem zostać dyrektorem Kombinatu.

G: Chcieliście kombinować, co?

O: Nie wiem. Naprawdę, nie wiem. Nie męczcie mnie.

L: EN!

EN: Słucham?

L: Podajcie mu 200 wolt.

O: Błagam, nie!!

G: To mówcie prawdę.

L: Prawdę i tylko.

EN: Całą, całą.

O: Nie chciałem chyba kombinować. Chciałem mieć trochę władzy, trochę pieniędzy i trochę prestiżu. Chciałem mieć dom, dzieci i takie tam różne inne rzeczy, o których nie warto nawet może i wspominać.

G: Wspominajcie mimo to.

L: Skupcie się, bo będzie źle.

O: Dobrze. Okazało się, że to nie takie proste. W tym czasie, nie muszę dodawać, potrafiłem tylko skakać. Skakać w dół. Kiedy bywało mi lekko na duszy, mogłem sam sobie pozwolić na to, żeby skoczyć nawet i z II piętra.

EN: Chyba z drugiego piętna, a nie piętra?

I: Nnnie wiem.

L: Skupcie się, powiadam, Kowalski, bo będzie źle!

O: Z drugiego piętra. Ale kiedy mi było na duszy ciężko.

G: Przecież duszy podobno ni ma. Co on plecie?

L: To tylko tak się mówi: dusza.

O: I nawet kiedy skoczyłem raz do dwumetrowego dołu z niegaszonym wapnem, to złamałem sobie goleń.

G: Trzeba było najpierw to wapno udusić, a dopiero potem skakać. Oj, Kowalski, Kowalski! Nieudacznik z was. Widzicie sami.

EN: Oczywiście. Zamiast na śmierć i życie.

L: Raczej na życie. Nie wspominajcie o śmierci.

EN: Związać swój los z tym wszystkim, co się naokoło dzieje, zamiast uczestniczyć pełną, że tak powiem, garścią, a wróbel na dachu. yyy

L: Uczestniczyć w procesach historycznych.

G: Historia nam wybaczy!

L: Tempo! Tempo! Czas płynie, chociaż nie wiadomo jak i po co.

EN: Chociaż - co?

L: To nie ma znaczenia. Dajcie mu 150 wolt!

G: Chwileczkę. Ja go spróbuję zahipnotyzować nieosobiście, EN!

EN: Słucham?

G: Wiecie, co chciałem przez to powiedzieć?!

EN: Jakby to powiedzieć. Częściowo.

O: No to, na co się oglądacie?! Czekacie.?! Przewracacie głowami?!
Za co wam się tutaj ostatecznie płaci?!

EN: Co to za zapłata. U nas, w Ravensbruck.

L: Milczeć! Wykonać!

EN: Tak jest! Wykonać! Gut! Ja, ja! Gut! (hipnotyzuje, O. zasypia)

G: W porządku. Można badać dalej. Trzeba tylko zmienić zmienne szeregowe. No, ruszcie się. Wszystkiego trzeba pilnować. Ach ci młodzi...

(L. i EN. zmieniają położenie zahipnotyzowanego O.)

G: Zgodnie z wytycznymi, o których wspomniałem, przeprowadzimy teraz eksperyment piętrowy.

L: Na czym by to mogło polegać? Tego jeszcze nie robiłam nigdy.

G: Zobaczycie. Trzeba być czujnym (do siebie). Pełno, cholera, naokoło wrogów. Ja nie wiem, co to będzie, jak to będzie, jak to będzie. Dalej. Ojczyzna. Naród. Z prawa. Z lewa. Centrum. Dom Towarowy Centrum pełen. To dobrze. Czy układy przystosowane do eksperymentu?

EN: Jest, szefie.

G: Zaczynamy! Włączyć maszyny zagłuszające. Wymienić pomieszczenia. Start! Start do diabła! Uwaga z lewej. No, uwaga, bo będzie nieszczęście!

(Huczy coś tak, jak huczy w radio, kiedy zagłusza się Głos Ameryki. Światła gasną. W ciemności aktorzy przegrupowują się, charakteryzują na nowo, i następnie):

*

Zagęszczenia i uzupełnienia do stron.

 

przeszczepiać.
Źrenice? - nie reagują nawet na uderzenie pięścią albo światłem! To było do przewidzenia. Uchff! Nareszcie! Ledwie go zreperowaliśmy! Ale czy będzie żył? Taki kadłubek! Strzęp?! Nie ma prawa robić mi głupich kawałów! Ostatecznie tyle namęczyliśmy się.

Tymczasem na scenie:

O: (nadsłuchuje): Co to było?

EN: Ach, to głupstwo! Nie przejmuj się. Nic takiego. Zatkaj sobie uszy. Nie trzeba się zaraz tak wszystkim przejmować. (do pozostałych): Cholernie wrażliwy. Wszystkiego się boi. A przecież to, co słychać, dopiero nastąpi. Jak on to wyczuł? Ale diabeł czujny. Hm, intuicja, co? (zwraca się znowu do O.): Intuicja?

O: (kręci przecząco głową)

EN: Telepatia? (O. jak wyżej)

Imitacja? (O. jw.) Triumwirat? (O. jw.) Elaborat? (O. jw.) No to co, do diabła! (do pozostałych): Ale czujny!

G: Zdaje się, że cała mu zawartość jego czaszki się wylała. Chyba go nie ma ani ociupinki. Jak on tam będzie istniał. To interesujące.

L: (ociera twarz, ręce, ze wstrętem): O. bryzga aż tutaj. Niech to diabli.

G: O. bryzga! Czy bryzga O.! (czyli, czy bryzga Ofiara)

L: Wszystko jedno, ale bryzga.

G: To wspomnienia.

EN: Ależ też ich nauzbierał!

L: Eee, tam, nic ciekawego. Same śmiecie.

G: Ba! Żył w trudnym okresie. Czasy wtedy były zupełnie nie takie.

EN: (ostentacyjnie wącha): Czymś zaczyna nieprzyjemnie pachnieć. Całkiem nieprzyjemnie. Co to może być?

O: To się zdarzyło jeszcze w 1948. Nie warto wspominać. Brudna sprawa. Jest czego się wstydzić.

G: Braliście udział w niejednym?

(Wszyscy obwąchują wszystkie kąty oraz siebie wzajemnie)

L: Zaraz, zaraz! To wyście podpisali ten wyrok w Sprawie Sześciu? Tak! Tak! Teraz przypominam sobie. To wy!

EN: To i nic dziwnego, że tak śmierdzi. Normalka.

G: Chwileczkę, chłopcy. Po pierwsze: Nigdy nie było żadnej Sprawy Sześciu, a po wtóre, nawet gdyby była, to i tak Cenzura nie przepuściłaby tego Autorowi. O takich rzeczach się milczy, a nie pisze!

L: Zapomina.

G: Co?

L: Nic. Powiadam, że o takich rzeczach się nie pisze, ale zapomina.

O: Udawałem przez wiele lat, że tego nie było. Prawie mi się to już udawało. Gdyby nie to nagłe pranie mej osobowości.

GŁOS I: Zdradziłeś Ojczyznę! Przyznaj się!

GŁOS II: Nie bijcie! Powiedziałem wszystko!

GŁOS I: Zobaczcie no, czy mu pozostało jeszcze pod paznokciami trochę bólu (słychać ryk II). No tak. To było do przewidzenia. Ukrywaliście przed własną rodzoną Ojczyzną takie wielkie zasoby niewykorzystanego bólu (ryk II). Zupełnie aspołeczny (ryk II). Typ.

Po pewnym czasie:

GŁOS I: Ja, ja, wy być banditen? Partizanten! Powiedżecz co robila kiedy Cafe bar bum-bum?! (jęk II) Hans! Włóż no mu jądra do szuflady. I przechowaj! (słychać ujadanie owczarka) Rex! Zostaw no mu tę rękę w spokoju! Rex! Do nogi! Całego go zeżarł. A przecież jeszcze musi go trochę starczyć do Treblinki. Co ja im poślę? Prawie nic nie zostało. Hm. (słychać wystrzał( Trzeba było tego jednak nie robycz. Jeszcze się z niego dałoby wycisnąć to i owo.

L: Volk-listę podpisałeś?

O: Tylko na niby. Kiedy mnie zaczynało brakować, kiedy było mnie już dużo mniej niż przewidziane, niż normalnie było.

G: Znowu wymiguje się! Cholera! Widać, że wymiguje się.

EN: Na pewno. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że zdradzał spontanicznie. Z czystej potrzeby zdradzania.

GŁOS I: Czy nerw reaguje na słodycz? Samą słodycz?

GŁOS II: Yhmm. Yngluum. Gluuumbum.

GŁOS I: Nie szkodzi, nie szkodzi. Zaraz usuniemy. Proszę szerzej otworzyć do cholery usta! No, co jest! Chce pan w mordę, czy ja. O masz tobie! Zemdlał. Wziął i zemdlał. A nie, to chyba raczej zapewne exitus. Śmiertelne, jak to się w takich wypadkach mówi, zejście. Kurrwa! Jak duszno! Można się udusić, panie,. ugotować. Tak. A teraz jeszcze plomba, i karawan. Tak. (krzyczy) Więcej gipsu! Borować! Podać znieczulenie! No! Niech się pan zaraz obudzi, bo inaczej zostanie pan nieżywym człowiekiem! Proszę, słyszy pan?! Ja pana proszę! Kto mi zapłaci, jeżeli. Tak, tak 200 złotych. Powiadacie zatem, że nie ukrywacie przed nami niczego? No dobrze. A ten piękny postępek, którego byliście współautorem? Chorążukiem? To zdaje się, wydarzyło zaraz po wojnie? Czy tak? Mówcie! (G. w tym momencie bije w twarz O., cieknie krew)

G: No, mówcie!

*

G. przez cały czas ma związane ręce i nogi.

L: Niestety szef ma związane ręce i nogi. Centrala nie pozwala na podejmowanie samodzielnych decyzji. Bez jej zezwolenia nikt nie może zrobić kroku, gestu. Wszystko zostało obliczone, wzięte pod uwagę.

*

A oto jak w innym miejscu G. wyjaśnia swoją zależność od Centrali:

G: Gdyby mnie nie wiązały dyrektywy. No, cóż. Moje decyzje są wiążące.

EN: Każdy z nas jest spętany zobowiązaniami, konwencjami, umowami, mój Boże, bo ja wiem, czym jeszcze.

(G. przez cały czas usiłuje się uwolnić z pęt. Niekiedy to niemal mu się udaje. Wtedy.)

 

L. lubEN: Niech szef przestanie. To niebezpieczne. Zobaczy szef. Mam w tym przedmiocie doświadczenie. Centrala nie toleruje takich rzeczy. Zobaczy szef.

G: Tak, tak. Ale gdybym miał swobodę decyzji i postępowania, mógłbym z siebie dla Sprawy dać o wiele więcej.

L. lub EN: Tak, ale wtedy szef zacząłby myśleć. A to niebezpieczne z punktu widzenia Centrali. Takich rzeczy tam nie toleruje się.

G: Wobec tego poprzestanę tylko na lekkim rozluźnieniu więzów. Myślę, że tego nawet nie zauważą.

L. lub EN: A to pozwoli szefowi skuteczniej lawirować. (do siebie): Trzeba by donieść, gdzie trzeba. Przynajmniej zapamiętać, i w odpowiedniej chwili wykorzystać.

*

Albo: przez cały czas od L. w kierunku na scenę ciągnie się skręcona gruba lina. Symbolizuje ona związek szczególny, związek pomiędzy Centralą a L. Jest to rodzaj pępowiny. Służy też jako przewód, przy pomocy którego L. czerpie bezpośrednio z Centrali swoje informacje. Wszyscy omijają przewód, przeskakują przez niego, ale nikt nie uważa jego obecności za coś niemoralnego.
Również L. od czasu do czasu uwalnia się (odpina - klamra) od przewodu. Uwagi na temat prób uwolnienia się z pęt odnoszą się również do sytuacji, w jakiej znajduje się L.
EN. od czasu do czasu sabotuje sytuację z pępowiną: przecina ją na jakiś czas i następnie dyskretnie po pewnym czasie znowu podłącza L. do kanału informacyjnego. L. oprócz tego przewodu ma do dyspozycji również krótkofalówkę. L. doskonale o wszystkim zawsze jest poinformowana

*

  Kiedy którakolwiek z postaci scenicznych kłamie, albo ukrywa prawdę, albo udaje coś lub kogoś, lub tp., zakłada na moment maseczkę.
   Każda z postaci ma nieco inną maseczkę. Kiedy widzowie wyraźnie orientują się, że każda z postaci ma własną, niepowtarzalną maseczkę, postacie stwarzają szereg sytuacji przełamujących świadomość widza na ten temat: wymieniają, kradną sobie maseczki, w niektórych momentach niektóre postacie nie znajdują w odpowiednich chwilach najwyraźniej im potrzebnych maseczek, wtedy gorączkowo ich szukają; dzięki takim zamianom istnieje możliwość, że niektóre kwestie i dialogi mogą być podane na scenie nie przez te osoby, które normalnie miały je podawać. Niektóre partie (do wyboru przez zespół aktorsko-reżyserski) można w związku z tym podać powtórnie na szenie, ale ze zmienioną konfiguracją obsadową.
   Kiedy L. zaczyna niby wierzyć w to (po liście z Centrali), że O. rzeczywiście jest szczurem, zakłada maseczkę. Ale tę samą scenę można by podać prawie tak samo, ale wytwarza się taka np. oto sytuacja: L. nie może znaleźć w porę maseczki, żeby "skutecznie" udać, że uwierzyła w papierową przemianę O. w szczura, więc łapie i nakłada maseczkę EN. I występuje w jego roli, to znaczy w roli człowieka, który ma wątpliwości, czy taka zmiana jest możliwa tylko dlatego, że tak uważa Centrala.

Np. L. (krzyczy): Gdzie moja maska! Nie mogę chwilowo uwierzyć w tę prawdę! Ratujcie mnie! Co ja teraz zrobię!

N: Niestety, może się zdarzyć najgorsze, Centrala nigdy nie wybacza takich rzeczy (śmieje się na boku i chowa przed nią jej maseczkę).

*

  Kim jest właściwie Centrala? Do końca jasno nie wiadomo. Pewne jest tylko jedno: może wszystko. Czy to jest mafia? Być może. Ale na pewno nie tylko. A może też w ogóle to nie jest mafia (np. sycylijska). Klika? Owszem, i taka możliwość istnieje. Ale to mało prawdopodobne. A zatem kim? Może XII-wiecznym dworem Artura, czy też Karola Młota, albo Piły? Zwracam reżyserowi uwagę na tę interesującą możliwość: gdyby zdecydował się na to, żeby w niektórych partiach był to dwór, czy sułtanat średniowieczny, to mógłby tu pewne partie toczącego się na scenie dialogu podać w języku wybranej przez siebie interpretacji Centrala. Ba, Centrala! Centrala, to również możliwość pomnożenia wpływów przez rząd rasistowskiej Republiki Południowej Afryki, możliwość (przeszła) dla Imperium Carskiego, lub choćby (skromnie?, czy naprawdę skromniej?) dla Królestwa Polskiego i Litwy. Lub jakiegokolwiek innego silnego, zaborczego państwa, rządu.   
Centrala, to również (ewentualnie) Centralny Zarząd (np. Budynków Mieszkalnych lub Produktów Naftowych itd.).
   Centrala, to także zespół nakazów i zakazów obyczajowych, jakie w danej epoce i w danym kraju, czy środowisku obowiązują, i który na śmierć potrafi zaszczuć człowieka, który nie chce, czy nie może się mu bezwzględnie podporządkować.
  Zresztą Centrala, typ stosunków, jaki ona wytwarza i bezlitośnie narzuca, jest dziś czymś tak powszechnym i występuje na tylu na raz poziomach, i w tylu miejscach, że i interpretacje tego słowa można mnożyć niemal w nieskończoność.

*

   Zwracam też uwagę reżyserowi na możliwość podania wszelkich, a szczególnie tych jak powyżej, didaskaliów jako tekstu do wykorzystania na scenie: formy sceniczne do przeprowadzenia takiego zabiegu wydają się oczywiste (np. O.), tekst może dyskretnie (albo wprost przeciwnie) być podany z głośnika rozłożony na osoby (dialog), wygłoszony jako coś w rodzaju wstępu w dowolnym miejscu, np. specjalnie na tę okazję "zawieszonego" na moment przedstawienia; także: rozdany w postaci powielonych uprzednio tekstów-kartek wśród widzów w trakcie przedstawienia lub przed albo po przedstawieniu.

*

  Istnieje możliwość, aby O. cierpiał z powodu bólów (lub innych, byle charakterystycznych, np.. przez cały czas, niezależnie od wszystkiego, niezależnie od naszkicowanej akcji, miał złamaną nogę lub kręgosłup). Nawet wtedy, kiedy następuje zmiana ról na scenie. Na podobną przypadłość może "cierpieć" również któraś z innych postaci. Proponuję coś efektownego, np. raka krtani lub węzłów limfatycznych, o którym wszyscy wiedzą, że rozwija się, tyle tylko, że nie wiadomo, u kogo. Każdy sądzi, że to u niego.
   Możliwość: na przykład pewne partie monologów i dialogów, cisz scenicznych nałożyć można by było z wykorzystaniem głośnika zagęszczenia następującego typu: strzępy dialogów, monologów, a także odpowiednio spreparowanego lub wybranego dowolnego tekstu, pobranego (choćby na zasadzie kolażu) spoza tekstu. Mogą to być powtórzenia poprzednich lub przyszłych partii dialogu, mogą to być uekspresyjnienia tych partii (wyłuskać np. okrzyki - tylko partie wykrzyknikowe).
   Ważne jest jednak (jak się wydaje) co innego: żeby były one niewyraźne, bełkotliwe, trudno uchwytne, trudno zrozumiałe - z założenia. Muszą być zwarte, przyspieszone do granic percypowalności, lub odwrotnie - zwolnione (efektowny, gruby (niski), rozciągnięty jak guma arabska głos). Niektóre partie podać szeptem. Wykorzystać efekty echa (wielokrotnego odbicia sylab, głosek, wyrazów i całych zdań). Te partie głośnikowe można dodatkowo wzbogacić wykorzystaniem różnych efektów brzmieniowych: przepuścić głos przez urządzenia deformujące, a także przez urządzenia dają tym samym (ewentualnie powtarzanym kilka razy) dźwiękom, słowom, kwestiom - różne barwy. Wykorzystać możliwość zastosowania szeptu oraz kontrastującego z nim ogłuszającego, wysokiego i niskiego krzyku urządzeń głośnikowych.

*

  Po pewnym czasie może wyjaśnić się, że w liście z Centrali zaszła przykra omyłka. Maszynistka pomyliła się i zamiast słowa "sznur", o które w liście chodziło, napisała słowo "szczur". To całkowicie zmienia sytuację O. Oto ewentualna scena kluczowa dla odkrycia tej prawdy:

(Telefon. Odbiera go L.)

L: Tu Instytut Deratyzacji Przekonań. Tak, słucham! Słucham szefie! (chodzi o szefa z Centrali, a nie marionetkowego dla L. szefa na scenie) Pomyłka? Nie rozumiem? Przecież wysłaliśmy sprawozdania. Tak. Aaa! Tak, to co innego. W porządku! Postaramy się wszystko naprawić. (kończy rozmowę, zwraca się do pozostałych): Szefie, pomyłka. Jak mogliśmy tego nie zauważyć. (do EN): Trzeba go zwinąć i powiesić.

EN: Nie rozumiem. Szczurów zazwyczaj się nie wiesza. Chociaż. Cholera, u nas wszystko jest możliwe. No, dobrze. Zawinąć to, zwinąć.

(Powtarzam: cała scena, zależnie od decyzji reżysera, może być do przedstawienia włączona, albo nie włączona.)

G: A to znowu co?

L: Zaszła pomyłka. Materiał badawczy okazuje się być sznurem, a nie szczurem, jak początkowo wydawać by się mogło.

G: Hm. To komplikuje całą sprawę. Nie bardzo wiem, co w takiej sytuacji należałoby zrobić. I powiedz: czy on jest sznurem konopnym, czy lnianym?

O: Wydaje mi się, że raczej nylonowym. Ale nie jestem tego jeszcze pewien. Będę się musiał w siebie pochylić głęboko, głęboko, zastanowić się. Hm. Chyba jednak nelonowym. Nie! Konopnym.

L: Oj, chyba jednak nylonowym. Tak musi być. Trzeba pamiętać o interesie gospodarki narodowej. Wyobrażasz sobie: zanim zasiałoby się zbronowane oraz zorane z wielkim przecież wysiłkiem narodowym pole doświadczeń wspólnych całemu społeczeństwu, zanim wyrosłoby cokolwiek z tego, zanim przerobiłoby się ciebie na solidne roślinne postronki, minęłoby tyle czasu i trzeba by było włożyć w to tyle trudu, kosztów oraz innych rzeczy, że nie wiem, czy z punktu widzenia interesów, o których wspominam, opłaciłoby się to.

EN: Ponadto - przecież mogłaby być akurat susza, nieurodzaj, szkodniki społeczne, dywersja, kanikuła, sezon ogórkowy lub rewolwerowy, bo ja wiem co jeszcze, ot, choćby przeszkody natury obiektywnej, albo i jeszcze co innego, groźnego, głupkowatego, dziwnego.

L: To co. Jakim ty właściwie sznurem poczuwasz się? Doradzam nylonowy. Pobudujemy wielkie fabryki syntezy organicznej, wykupimy cię ze wszystkich sklepów, magazynów mód, wykradniemy ze składów, i.

G: Iii co?

L: I nic. Na początek zwiniemy go i powiesimy. A następnie zastanowimy się.

EN: Myślenie ma kolosalną teraźniejszość!

O: Nie bardzo rozumiem, jak mam się w takiej sytuacji czuć. Ale już wstępnie trzeba mi przyznać, że nie stawiam żadnego oporu. Miałbym ochotę na przykład, tak tak - czuję to wyraźnie, związać cokolwiek. Ach, przedmioty, które są powiązane solidnym nylonowym sznurem.

EN: Powiązane szczurem, czy sznurem w końcu? Ustalmy w końcu, bo zwariuję! Nie rozumiem, jak można szczurem powiązać Instytut Deratyzacji Przekonań Wczesno-Sznurkowych! To przekracza moje pojęcie! Ratunku!

L: Człowiek małej wiary! Jeżeli wymaga tego dobro czegokolwiek, należy, gdy trzeba i można - nawet i zwariować! Cicho, a to doniosę gdzie trzeba! Każdy ma swoje kłopoty i nie stać go na to, żeby się przejmował jeszcze na dodatek cudzymi. Co mówię! Nie ma żadnych kłopotów! Wszystko idzie znakomicie, po z góry zastępującej Centrali, to jest chciałam powiedzieć spirali, wszystko, co jest, jest mądre, jeżeli jest mądre i jeżeli jest.

O: Hegel, ale to niezupełnie tak.

G: To co robimy dalej?

O: Pamiętam do najdrobniejszych lub do najdaremniejszych szczegółów. Fabryka, w której mnie wyprodukowano, miała trudności kooperacyjne. W tej sytuacji, nie muszę dodawać, że dla dobra Kraju.

G: Tak, tak. Należy chyba przejść w tej sytuacji do ogółu do szczegółu. Innej drogi nie widzę.

L: Jest jeszcze zaiste możliwość przejścia od ogółu. O, Jezu, szef staje się krótkowzroczny.

G: Zgłoszę się jutro do okulisty. Już od dawna niestety cierpię niewymownie na kurzą ślepotę. Wkurza mnie to bardzo.

O: Dla dobra Sprawy nieraz trzeba stanąć po stronie nie tylko lewej, ale bardzo lewej.

(do sceny jw. musi być dodana ścieżka wizualna)

*

  Istnieje taka oto możliwość inscenizacyjna w ogóle: ilekroć na scenie dzieje się coś, czego ze względu na kameralność sceny nie można wykonać - przenosi się to coś do sfery dźwiękowej, do głośnika.

O: Fatalnie dziś się czuję, wiecie?

L: Pogoda, trzeba ci zrobić pogodę. W dawnych wiekach.

EN: Pogodę, oraz wylew krwi do mózgu

L: Upust fragmentów nerek, żołądka, bo ja wiem - macicy?

(Ilustracja dźwiękowa nadchodząca powoli na ten fragment dialogu (wycie torturowanego), dalszy ciąg dialogu toczący się przy stole operacyjnym (cd. lub powtórzyć)):

GŁOS I: System nerwowy w strzępach! Podać nici!

GŁOS II: Ładuj broń!

GŁOS I: Ajajajaj! Rak zaułków trzeźwych, rak komory lewej! Zaszyć czaszkę z powrotem. Nic nie da się zrobić.

GŁOS II: Odznaczyć, odznaczyć, jeżeli się nie da nic dla niego zrobić.

(Jako GŁOS II na scenie O.)

O: Fatalna pomyłka! Rzeczywiście od dłuższego czasu czułem, jak w głowie mi przybywa czegoś, czego bym nie potrafił i określić, Cieszyłem się. Pękały szwy. Myślałem sobie: ocho! Przybywa mi mózgu! Dobra nasza!

L: Nieporozumienie! Presyflaź! Myślałam, że pęknę ze śmiechu! Przecież całą prawdę spreparowała Centrala! To było tak: podłożyliśmy zawał, eksperymentujemy, o, do diabła!, nie wychodzi. Facet się trzyma za serce, ale nie wysiada. Co robić? Idziemy. Po rozum do głowy (w głośniku kroki zbliżające się, strzępy rozmowy na jakikolwiek temat). Mamy! Mamy go!

EN: Podkładamy jajo, z którego po 20 latach wylęgnie się to, co trzeba. Dwuramienny punkt Archimedesa, dźwignia, nie muszę dodawać, zbawienia! Gra!

O: A ja myślałem, że mi przybywa mózgu!

G: Centrala wie wszystko!

L: Chociaż nie wiadomo po co. Chyba że na wszelki wypadek.

O: (łapie się za głowę): Och moja biedna łeb!

WSZYSCY: (łapią się za głowy): Och, jego biedna łeb!

O: Patrzcie! Patrzcież, ja przez ten czas zestarzałem się o 20 lat!

G: Normalne! Normalne działanie uboczne procesów życiowych! L: (podaje mu morfinę): Trzeba złagodzić cierpienia człowieka. (Wszyscy nadsłuchują, węszą)

EN: Jaka cisza! Ile niczego w powietrzu! Klaskajmy!

(Wszyscy klaszczą)

G: Dedykujemy ci tę ciszę!

(EN robi O. iniekcję)

(Następuje scena picia powietrza, a następnie zabicia Niczego) (EN czesze krzesło O., pozostali przechodzą żywcem przez powietrze. Zakorzeniają się w ciszy lub powietrzu. Nie uśmiechają się. Można też ewentualnie dodać scenę polegającą na zakopaniu na widowni nieistniejącego konia, albo np. przysłowia.)

G: Trzeba się zorientować, czy rzeczywistość rzeczywiście jest nadal taka sama, jak była. Taka sama, jaka jest. Centrala życzy sobie wiedzieć.

(Rozglądają się uważnie, dotykają wszystkiego, w tym ewentualnie widzów, węszą)

L: Zdaje się, że mniej więcej taka, jak należy.

EN: Stwierdziłem tylko tyle - trwa, trwa nadal. A to już jest coś.

G: Wobec tego wysyłam do Centrali raport następującej treści: Kontrola przeprowadzona w dniu dzisiejszym potwierdziła przydatność rzeczywistości do trwania. Jak się wydaje, tendencje na ten temat są dosyć różowe i należy się spodziewać, że utrzymają się tak długo, jak długo będą przeprowadzane systematyczne jej kontrole. W świetle tego, dalsze istnienie Instytutu wydaje się konieczne i uzasadnione. Prosimy o odpowiedź.

O: Tak, tak. Czuję, jak się zanurzam w niej coraz to głębiej. Tonę w niej. A może tylko w sobie. Morfina?

(Akcja na dłuższy moment zastyga, zostaje zawieszona. Przerwę tę można ewentualnie wykorzystać w celu podania P. Ale niekoniecznie: może to być po prostu fragment pustki scenicznej.)

O: Powietrze łysieje. Pada deszcz. Pada deszcz przedmiotów. Wszystko jest takie przejrzyste. To skandal! Drzwi służą do śniadania.

G: (zapisuje w notesie, mruczy): Drzwi służą do śniadania.

O: Wysoka czaplo! Klamka, plamka, lampa, ampla, palma, karma, karna, klarnet, Parna, sperma, rampa, półka, kłamca, kulka, łapka, tarpan, perkal, parka, martel, karmel, krupnik, klient, tryper, nerka, krepa, chrypa, triki, krypa, cholera, chlipać, chrupki, krupa, Kargul, biurwa, pompka, kompas, pampas, kompot, stępka, pętak!, pętak!, pętak!!!

G: A potem będzie może przerwa, a może i nie będzie tej przerwy i widzowie wyjdą stąd, zejdą do niższych pomieszczeń, porozpinają rozporki, wyjmą swoje długie, łaskotliwe przedłużacze gatunku. i.

L: I zsuną majteczki, otworzą jamki żyworodne ciała, ciałeczka, ciałuchna i strumienie żółtej tęczy trysną z nich do pisuarów, a ich pęcherze.

EN: Pęcherze moczowe napełnią się ulgą! GŁOS I: Uch, jak wyśmienicie!

L: Za chwilę zaczną dudlić słodkie papierosy.

EN: Żywcem pożerać owoce.

G: A potem.

O: A potem.

L: A potem!

EN: A potem rozejdą się do swoich domów, rozpłyną w powietrzu, położą się w swoich i nie swoich łóżkach, wejdą pomiędzy sen a prześcieradło.

O: W tym czasie piekarze będą wkładali do pieca zabytki, zabite ziarna żyta, collosea.

G: A potem.

L: A potem.

EN: A potem!

WSZYSCY: (razem): A potem!

(Z głośnika odgłosy coitus)

O: Ja bym się pokochał z jaką panią.

G: (wykręca mu rękę): Więcej prawdy!

L: (wyrywa O. garść włosów): Więcej prawdziwego języka!

(MG: Język, którym operuje w swoich sprawozdaniach Instytut, nie nadaje się do niczego. Należy wg znanych instrukcji zrobić wszystko, aby z badanego materiału wycisnąć tyle, ile trzeba, żeby wiedzieć.)

O: Ja bym się z nią przespał.

G: (uderza go w brzuch): Więcej, więcej prawdy!

O: Ja bym ją zerżnął.

L: (bije O. na odlew w twarz): Jeszcze więcej! Postaraj się! Trzeba się starać. (Głowa O. odskakuje, toczy się po scenie - szkoda, że to niemożliwe.)

O: Zamieszkałbym pomiędzy jej udami. Rzuciłbym się na nią!

G: (który sam zaczyna się podniecać zaistniałą sytuacją): I delikatnie lub brutalnie zaśpiewał biodrami, założył w szczeliny jej ciała własny ładunek wybuchowy! Dynamit - penis!

L: (bije z rozmachem G., G. pada na scenę): Jeszcze więcej prawdy! Prawda ponad wszystko!

EN: (wyrozumiale do G.): Prawda jest czymś bezcennym. Niech szef spróbuje zamienić się w szafę, w której zazdrosny małżonek podgląda własną żonę, kiedy ta oddaje się komuś z Centrali.

O: Ja bym się wczołgał poprzez szczeliny jej ciała, w nią, głęboko w nią do środka.
Ja bym się kołysał tam, smarkał w rękaw, bo ja wiem: tryskał może całymi hektarami tulipanów, wiatrakami i holenderskimi depresjami międzygwiezdnych systemów ciśnienia, olśnienie., narzeczonych. Zamieniłbym się na tę okazję w wielki międzygalaktyczny własny narząd, po łacinie: penis, po grecku: phallus, po chińsku (pyta nagle rzeczowo i trzeźwo kogoś z widzów albo np. EN): Jak to jest po chińsku? (EN lub Widz wzrusza ramionami)
Ja bym postawił w jej wnętrzu obelisk.

G: Obelisk z wytrysku! Jeziora spermy pośród jezior krwi i nienajgorszych przeczuć.

O: A na nich wspólnie wyprodukujemy jacht z odartych z łopotu żaglach szkliwionych orgazmem!

(Z głośnika tryska przetransformowany MG, albo antycypowany fragment przyszłego monologu B: To co, babciu? Starujemy?. Samolot po brzegi już wyładowany. Wyładowany sklerozą, zjełczałym masłem, trocinami. Kołuje po pasach zwojów mózgowych. Słychać świst rozpędzających się turbin. Plazm. Pryszcze zajadle obskakują nas. Szczekają. Co to ja chciałem powiedzieć. Niedługo przecież umrę. Liczne przywidzenia. Ciemność. Tyle tej ciemności. (krzyczy) Więcej światła! Do diabła, więcej światła! I żeby mi wszystko było jak należy!! To skandal! Pani tu nie stała! Czy pani wie, kim jest ten człowiek!
Wszyscy na scenie zaczynają miarowo odliczać: 9 8 7 6 5 4 3 2 1, start! Zapada ciemność. Ciemność.)

*

(Pusta scena. B. Rolę B. można rozłożyć na osoby.)

B (mówi do siebie jakby do kogoś innego): Nie! Jeszcze nie wiem! Nie licytujmy się. Już jako dziecko byłem Młodym starcem. Zresztą to jeszcze nie. Proszę siebie wyobrazić, że pan rozmawia z umarłym! Tak, tak!.
B. podwiązuje podbródek paskiem materiału. A teraz kwestia. Pochowano mnie na cmentarzu w maleńkim miasteczku na północy kraju. To panie był pogrzeb! Ach, jak rodzina płakała.
Bi. A zatem tyle wstępu. Wstępu? Co dalej? Akcja powinna się jakoś rozwinąć. Nie wierzę, że dalszy ciąg mógłby nie nastąpić.
B: Ale z pana cynik! B. jak ten głupek na scenie, i nie wiadomo, co ma dalej robić. Więc to tak. B. mógłby się zatem wygodnie położyć na scenie. B. kładzie się, jest dość nonszalancki. Leży. I następnie mówi.
Bj: Rano wyszedłem z domu. Wyszedłem. W sam środek pewnej sytuacji. Przyjrzałem się jej. Była to sytuacja społeczna. Zastanowiłem się. Idę, pomyślałem, przez sam środek pewnej sytuacji. Na ukos, poprzez jakieś mi nieznane środowisko. Idę. Jestem na tyle napięty na każdy swój krok, by godnie reprezentować siebie wobec siebie. Burczy mi w brzuchu dyskretnie. Mijam pewnego człowieka. Przyśrubowany do siebie ten człowiek na stałe. Naokoło współczesność aż kipi od rozpędzonych tramwajów. Żebym to ja tak się też mógł rozpędzić! Nie! nie! Proszę nie przerywać!, w najciekawszym miejscu! To zresztą się nie może tak ciągnąć bez końca. Mówię dalej. Przechodzę przez ulicę. Prawo ma mnie nieco swędzić pod mą pachą. Czy to wyłącznie jednak moja sprawa? Gdyby tak było, od dawna bym się pod nią podrapał. Ale - gdzie tam! Patrzą na mnie, uważają, że nie wypada się drapać w takich jak to miejscach. Wsiadam do tramwaju. Drzwi się nie mogą zatrzasnąć, bo między nimi zasztorcowała się jakaś przyczyna. Klnie motorniczy, używając do tego tak zwanego języka, może zresztą mowy, nie jestem na tyle uczony, już wszystko wiem, za moment ruszy, ruszy! cały ten tramwaj. Zawiezie mnie do celu! Gwałtownie trzeszczy w głowie, leje się z ucha chyba coś żółtego, może żółtko, bo ja wiem, bo szukam sobie celu dla siebie, a może celu podróży.

Bj: Bi za chwilę spojrzy na zegarek, powie: A teraz dziesięć sekund specjalnej ciszy. Jest to cisza bardzo teatralna.
(1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10. - odliczy głos z głośnika)
No tak, byłem ciekaw, jak to wygląda na scenie.

Bi: A zresztą i tak wcześniej czy później zasilę materią mego ciała którąś z licznych galaktyk. Wkład to jest skromny, ale widocznie konieczny.

Bj: B. wychodzi z tramwaju, głęboko wciąga do nozdrzy kawał współczesnej atmosfery, spogląda na zegarek, spod szkiełka sączy się jeszcze do dzisiaj strużka krwi. Nie dająca się niczym zatamować. B. pokazuje przegub, na dowód, że się istotnie sączy.

Bi: Tak prawdopodobnie upływa nasz czas. Nasz czas? Czas nam dany? Czy to współczesność krwawiła? Nie wiem, nie wiem!

Bj: B. się podnosi z podłogi, staje się znowu człowiekiem. Nie trzeba nazbyt wiele didaskaliów, żeby wyrazić to wszystko, co trzeba. Mówi.

Bi: Mój Boże! Nie wiem, od czego zacząć. A zresztą wszystko jedno. Tyle, bym mógł o tym wszystkim panu opowiedzieć! Czy pan mnie rozumie? Prawda? Czy tramwaj, o którym panu wspominałem, istniał kiedykolwiek? Nigdy go więcej od tamtego czasu nie spotkałem. Jak to możliwe, żeby tramwaje ni z tego ni z owego znikały? A ten nie jest pierwszy! Gdzie one podziewają się? Co one tam, gdzie znikają, robią całymi latami? Pytania, mój panie, mają naturę królików.

Bj: B. chce powiedzieć przez to, że mnożą się. Sprytnie to ujął.

Bi: Z gazet wiedziałem, że jeszcze wczoraj w trzydziestu miejscach mniej więcej w tym rejonie Wszechświata, w którym położone jest to miasto, wybuchło na niewielkiej przestrzeni czasowej ponad trzydzieści tak zwanych wypadków. Natura każdego wypadku składa się z następujących rzeczy: nieuwaga, mająca zresztą swoje siedlisko u co najmniej kilku naraz osób, oraz innych. Ach, gdybym wtedy wiedział, że tu pana spotkam, włożyłbym na siebie swoje najlepsze szczątki jedynego garnituru. Do tego. proszę pana, pawie pióro z okazałym okiem, tak, tak, oczywiście: do dupy, którym bym nieustannie się na cześć pana wachlował i wachlował. Może to się panu wydać przesadą, ale właśnie tak bym zrobił.

Bj: B. kręci kuprem ilustrując tę scenę. B. jest wściekły. B. mówi:

Bi: Pan myśli, że to łatwo, kiedy pan Bóg hoduje w pana dupie swój wszechmogący, monstrualnie wielki palec? Hoduje go przez całą wieczność, dłużej, bowiem Pan nasz już dawno stracił miarę, szczególnie miarę czasu. Pan się znajduje może poza czasem. Co go obchodzi - czas, panie! I nie jest łaskawy liczyć się z tym, że go ten palec może mnie, że tak powiem, uwierać. Zakwitnąć moją cierpliwością, następnie u końca procesu (choć końca tego nie ma i nigdy nie było) zawiązać się w owoc złożony z mej nadziei, że to się kiedyś jednak musi jakoś skończyć. Lecz gdzie tam! Ile ja podań w tej sprawie modlitewnej napisałem, ile zmarnowałem załączników! Pan nie wie, co to dzień po dniu szwendać się po tych urzędach Pana i próbować wycisnąć z nich trochę informacji. Nie mówię: skutku, czyli jedynie czegoś konkretnego. Ale po prostu szczyptę potrzebnej człowiekowi, jak nadzieja, informacji. Bj:

Bi w swoim monologu nie liczy się z niczym. Kto mu wystawi na scenie tego typu monologi? Kto go napuści w telewizji albo chociaż w piśmie? I skąd u Bi taka zaciekłość oraz obsceniczność. Czy wobec tego to, co mówi, miałoby pozostać tylko między nami? Z zresztą, niechaj mówi dalej.

Bi: Pytam na przykład ich: Kiedy przyjmuje Pan Bóg? A oni mówią: Nigdy! Nigdy!, i mówią to z wielkiej litery! Z wielkiej litery! Czy pan pojmuje? Bo dla nich słowo "Nigdy" ma jakieś tam swoje znaczenie. Ale żeby ktoś z nich liczył się ze mną? O, co to, to nie! Niekiedy aż mnie, panie, świerzbi język, ażeby powiedzieć tak mniej więcej: a gdybym tak spróbował nieco szybciej umrzeć, to co? Co z tego (tak bym chciał im powiedzieć, a może zapytać), co by wynikło z tego? Czy to by mi ułatwiło z Nim kontakt? Czy kontakt z Nim w ogóle jest możliwy? Jak by to miało technicznie wyglądać? Tak nieraz chciałbym ich zapytać, ale rezygnuję z tego. Tak, tak. Pleśnieje mi w ustach wstrzymywana wściekłość. Czuję jej gorzki, rozkładający się smak. No nie. Ja, panie, wytrzymam. Wytrzymam. chociażby to miało mnie kosztować życie. Co to, panie, życie? Takie życie? Nie, nie wiem jeszcze. Badam dopiero tę sprawę. Mijają lata, ludzie, jakieś wydarzenia co chwilę tu i ówdzie wybuchają, a ja wciąż jeszcze prowadzę nad tym problemem poważne badania. To tak, jakbym badał siebie, no nie? Z perspektywy lat, ile razy obliczam to wszystko, co już jest poza mną, tyle razy wyniki mych poprzednich badań wydają mi się śmieszne. Śmieszne. Nieważne. Nieciekawe. Oczywiste. Nie mogę pojąc, jak to się mogło stać, żeby nad ich uzyskaniem tyle, mój panie, się napracował. Tyle stracił, panie, pieniędzy i czasu. Bo do każdego, panie, nowego eksperymentu trzeba zainstalować w swym myśleniu kosztowną aparaturę. Aparaturę pojęciową, infrastrukturę nowego typu, trzeba się pozbyć, panie, wielu swoich przyzwyczajeń, nawyków, trzeba się pozbyć niejednej zachcianki, chęci miłego ułożenia ciała, pewnych gestów, słów, a nieraz to trzeba, panie, wymieniać całe nawet fragmenty swej osobowości.

Bj: A tymczasem na scenie prawie nic się nie dzieje. Co to za teatr? Autor nam chce jakby zaproponować coś nowego? W ten szary i nieefektowny sposób? Czy to może chwycić, zachwycić, albo chociaż chwycić? Czyżby naprawdę według autora nie było innych form do wyrażenia tego, co chcę tu wyrazić?! I, Boże mój, co on wyprawia z tym Bi! Czy można w ten sposób budować postać sceniczną? Bohatera? To ma być bohater? Bohater, czyli wyraziciel poglądów - kogo? Wyraziciel poglądów na określony temat. Pytania! Pytania! I zastanówmy się: czy to jest sztuka konstruktywna, czy destrukcyjna? A jeśli taka, a taka, to co z tego dla nas wynika? Co i ile?

Bi: To łatwo mówić. Ale niech pan spróbuje używać języka zrozumiałego dla wszystkich. Użyłem tutaj słowa "tramwaj", prawda? Ale czy pan myśli, że wszyscy, ale to absolutnie wszyscy wiedzą, co to słowo znaczy? We wszystkich grupach ludzi, na wszystkich szerokościach geograficznych? Przecież, panie, wiadomo, że desygnat tego pojęcia w niektórych krajach został już wycofany z obiegu przed wielu laty. Czy ludzie z takiego społeczeństwa są zdolni zrozumieć, co chcę im powiedzieć? Prawda? I jeśli nie zrozumieją, czy to będzie ich wina? A ludzie, którzy dopiero nadejdą? Tak, problem języka, którego używamy do wyrażenia takiej to a takiej rzeczy, nie jest problemem nieważnym. To, to właśnie chciałem panu powiedzieć.

Bj: A teraz Bi kilka słów powie na temat wizyty w pewnym periodyku. Bi wchodzi do sekretariatu. Bi sekretarka. Dialog.

Bi: Na przykład tak: przychodzę do pewnej redakcji. Miesięcznik. Sekretariat. Pytam: czy mógłbym mówić z Chorążukiem?
Sekretarka: Nie żyje. Nie przyjmuje nikogo. Sekretarka: Pana nazwisko? Ja: Chorążuk, oczywiście.
Ja: Jak to! Przecież się ze mną umówił. Tyle mnie razy tu zapraszał!
Sekretarka: Zapraszał, zapraszał! Redakcja nie może brać odpowiedzialności za wszystko!
Ja: Ale on przecież siedzi tuż za tymi drzwiami.

Bj: Bi pokazuje w stronę drzwi na lewo.

Bi: Wystarczy zapukać i wejść. To chyba jakieś nieporozumienie!

Sekretarka: Tak, owszem, siedzi tu, nie rusza się stąd już od dawna, ale nie żyje.

Bi: Jeżeli tak, to powinno się z nim coś zrobić! Nie można przecież go ot tak sobie po prostu tu zostawić!

Bj: Bi jest nadal naiwny. Nie wyzbędziesz się tej cechy już chyba nigdy.

Ja: Czy mu przynajmniej o tym ktoś powiedział?

Sekretarka: O tym, że nie żyje? Skądże! Nikt by nie śmiał! A może pan to zrobi?

Bj: Bi tego nie zrobi. Bi zacznie się nieznacznie wycofywać. Bi na razie nienie ma zdania o tym całym zdarzeniu. Bi musi wszystko sobie spokojnie przemyśleć. Podjąć odpowiednie decyzje. Bi jest dość odpowiedzialny.

Ja: Tyle razy mnie zapraszał! Nie przypuszczałem, że rozmowa z nim jest jednak niemożliwa. Jestem zawiedziony. Frustracja.

Sekretarka: Proszę się tym tak nie przejmować. Prywatnie mogę panu powiedzieć, że nie istniał. W taki sposób, jaki istniał.

Ja: Czy wobec tego mógłbym spróbować raz jeszcze? Przyjdę na przykład w piątek. Nie jestem pewien jednak, czy mnie przyjmie. W takim stanie.

Sekretarka: Tak, tak. Rozkłada się już całkiem. Radzę jednak nie ryzykować. Ten widok nie byłby dla pana zbyt przyjemny. Chociaż to niemały pisarz i dość oryginalna osobowość, jednak.

Ja: Pani przez cały czas mówi do mnie przez duże P. Czy mam to traktować jako wyróżnienie? Nie czułbym się godny. Zresztą co powiedziałaby na to rodzina. U nas nikt jeszcze w rodzinie nie był tak traktowany.

Sekretarka: Istotnie. Chcielibyśmy dla Pana cokolwiek uczynić. Trzeba zatuszować tę mimowolną pomyłkę. Krzywda Pana nie jest wielka, lecz mimo wszystko wyraźna. Ja: Nie śmiałbym być konsekwentnym. Czego bym mógł od opani zresztą w takiej sytuacji żądać. Jestem z natury nieśmiały. To jest redakcja, a ja jestem zaledwie i wyłącznie sobą.

Bj: Bi jest istotnie diabelnie nieśmiały.

Sekretarka: Nie pozwolimy jednak na to, żeby Pan od nas wychodził z pustymi rękami. Proszę upatrzyć któregoś z członków redakcji i wziąć go sobie.

Ja: Na własność? Czy mam to traktować dosłownie? Interesujące! Słyszałem o tym, że niektóre redakcje wprowadziły ten oryginalny zwyczaj, ale osobiście nie zetknąłem się z tym jeszcze nigdy. To mądry i nowy obyczaj.

Sekretarka: Oczywiście. Zawsze do Pana usług. Proszę nami dysponować. Wystarczy ponadto zadzwonić do nas, aby można było na nas liczyć. O każdej porze dnia i nocy. Możemy się Panu przydać niestety w niejednym. Pana sytuacja przecież nie jest jeszcze do końca całkiem wyjaśniona.

BJ: Bi, nie muszę dodawać, wybrał sobie, zapewne przez wrodzoną skromność, zastępcę redaktora naczelnego, wyszedł. Niedługo tu będzie.

(Scena z telefonem albo migdałkami. Do wyboru.)

Bi: Codziennie na nowo. Bombardowanie migdałkami. Lewy migdałek spokojny.

Bj: (trzykrotny dzwonek telefonu): Chociaż jesień, to jesień. Zaczyna się od trzykrotnego uderzenia po bębenkach. Jak zwykle. Podrywam się z krzesła, rzucam się do telefonu, dopadam słuchawki, a robię to tak szybko, że struktury białkowe, na które jestem napięty, nie nadążają za tym moim ruchem, tak, że jednocześnie siedzę nadal w krześle. Jestem tam i tu. Tu i tam. Tam i tam. A przecież jestem, tylko jestem. Zresztą czy tylko? Podnoszę słuchawkę do ucha, kolejne uderzenie dzwonów. Cieknie ze mnie napięcie, wsłuchiwanie się w ten dźwięk. Ale nie poddaję się. No dobrze, myślę, i siedzę na krześle. I jednocześnie w innym kącie pokoju słucham, co mi ktoś (kto) ma do powiedzenia i na jaki temat. Co jeszcze mi można takiego powiedzieć, żebym zdziwił się? Trzeba mieć dużo tupetu, żeby do mnie dzwonić. Lub trzeba mieć mi coś do powiedzenia. Siedzę więc tutaj i o tym sobie leniwie rozmyślam, a jednocześnie słucham, słucham, słucham. Kątem oka widzę, że nagle zaczynam się szybko przeistaczać. Czy tylko duchowo? Nie wiem, nie wiem! Zaczyna mnie, wiem tylko to, brakować w jednym z kątów tego pokoju. Tam przy słuchawce już tylko niepokój. Czysty. Wymyty. Z dosłowności.

Bj: Nie muszę mówić, jak to może boleć. Bi zwija się na scenie z bólu.

Bi: Po podniesieniu słuchawki, wykluwa się z niej zawsze to samo. Czy mam to opisać? W teatrze czym jest opis?

Bj: Przez scenę przetacza się wielka piłka podobna do ludzkiej głowy. Widz musi mieć wrażenie, że to głowa. Teatr jest formą iluzji.

Bi: Pod wrażeniem tego wykonuje szereg zaskakujących czynności.

Bj: Bi wykonuje szereg zaskakujących czynności. Ich wymyślenie jest zasługą reżysera. I jednocześnie jego winą. Bi oklaskuje te pomysły.

Bi: Brawo, ach, brawo!

Bj: Mniej więcej koniec sceny z telefonem. Bi zaczyna się starzeć na oczach widowni.

Bi: Początkowo nikt nie zauważył tego. Czy zauważył na przykład pan, jak mi posiwiał jeden z moich włosów? Jak wypadł włos inny? A przecież jest ich wiele, nie uda mi się jej wymknąć. Rzucam starości włos po włosie, oszukuję ją swoją siwizną, patriarchalnością, ale na dłuższą metę - to nie załatwia niczego. Co będzie, kiedy wyłysieję? Czym wtedy nakarmię swą starość? Czy same zmarszczki mogą jej wystarczyć? Nie urozmaicanie jej menu może mnie doprowadzić do psychologicznej awitaminozy.

Bj: Brawo, ach brawo! Jak on płynnie mówi!

Bi: A zresztą zmarszczki zczołgują się ku mnie zewsząd już od dawna. Obłażą całe ciało. Martwi mnie to nie od dzisiaj. Przysysają się we mnie dokładniej niż choćby na przykład pijawki, sympatyczne zwierzątka, choć trudno się od nich odczepić, Posypywane solą. stają się bardziej natrętne. Moje dziewczęta skarżą się, że w nocy obłazi je w mym łóżku coś podłużnego.

Bj: O, słychać huk, trzask rozstępującej się ze starości skóry.

Bi: Zresztą wystarczy, żeby kobieta raz tylko do mnie należała, a moje zmarszczki tropią ją zajadle przez wiele lat, dopadają wszędzie. I nie darują jej dopóty, dopóki zeżre ją do cna jej własna zgryzota. Dosyć komiczne.

Bj: Tak, jego zmarszczki mnożą się jak oszalałe. Bi jest swego rodzaju wytwórnią odrażających zmian we własnym organizmie. Wytwarza te zmiany całymi tonami. Można by nimi obdzielić wiele nie zarażonych jeszcze osób. U niego samego życie jest śmiertelną chorobą. Katastrofalną w skutkach.
(Bj: ew. mówi do kogoś, kogo na scenie nie ma)
Niekiedy mi przypomina gruźlika spierającego się z własnym krwotokiem.

Bi: Pod widokami, głębiej fermentuje cisza. Z jej ostrych, czujnych brzegów, sączą się uderzenia krwi. Moje zmęczenie wschodzi nad jej brzegiem, chyli się ku zachodowi. Mnożyło mnie każdym poruszeniem. Wyłuskują się mięśnie spod skóry, sypią się ze mnie wewnętrzne narządy. Ale ich brak jest natychmiast wyrównany przez moje narządy zewnętrzne. Moje odruchy opuszczają mnie, zaludniają otoczenie. W końcu zostaje mi tylko na własność nagi szkielet.

Bj: Bi krzyczy z przerażenia każdym nagim żebrem, wszystkimi skostnieniami nadgarstka.

Bi: Ale i krzyk mój od dawna oniemiał i opuścił mnie.

Bj: Współczesna liryka do tego stopnia nadużywa egocentrycznych zaimków, że aż to wymaga wyjaśnienia. Bi mówi "ja", lecz ma na myśli "Ja" jako takie, "ja" każdego. Niechaj Bi rozpatrzy to na innym przykładzie.

Bi: Liczę około trzydzieści kilka milionów. Znajduję się w Środkowej Europie, w środkowej części siebie, leżę nad sobą, nad Bałtykiem. Sobota mi się pali pod nogami. Panie, to wariat, wariat! Oczywiście! Kawałek świata połączony ze sobą siwymi pasmami autostrad, do boków których przymocowane są moje widoki imitujące maleńkie miasteczka oraz popołudnia. W niektórych miejscach już od rana wywożą ze mnie resztę mego świata. A zresztą - to nie ma znaczenia. Codziennie wyżeram sobie niemały korytarz, aby się w końcu przedrzeć na świat: misterne tunele ze zgryzot, ze spazmatycznych skurczów gardła, z ogryzionych paznokci. Tędy wymiotują mnie. Ze stereotypów lęgną się konieczności. Pełzną wzdłuż własnej nienawiści. Bezsilność zalewa mi oczy krwią i mózgiem. Wzdłuż mego ciała wloką się towarowe pociągi. Wyładowane moją cierpliwością. Kto jest tym, który mnie wypełnia tak szczelnie? Bo czyż nie jestem łóżkiem, na którym rozciąga się człowiek, który nosi to samo nazwisko, ubrany w moje gesty oraz powiedzenia? Czyż nie jestem pokojem, w którym stoi łóżko, domem o wielu pokojach.

Bj: Jak on się niejasno eksplikuje! Ach, ci poeci! Bi siada w fotelu, w mieszkaniu przy pewnej ulicy. Mówi.

Bi: Pokój bełkocze, chce mi coś powiedzieć. Krzesło ma wiele nóg, lecz jest wyłącznie funkcją. Firanki falują.

Bj: Firanki falują, tapczan skrzypi, phqllus, phqllus!

Bi: Tapczan skrzypi i stoi odarty ze swego przeznaczenia. Cały pokój jest miękki, nierealny, zaczyna gotować się, wrzeć. Szuflady kredensu zdychają.

Bj: Trzeba Bi wierzyć na słowo. Nie wiadomo, jakby można było pokazać na scenie wrzący pokój, gnijące w kredensie szuflady. Ręce jeszcze by można pokazać.

Bi: Powietrze gnije, porozwieszane na ścianach moje palce, głową moją bawi się niestety sąsiad, raczej sąsiad.

Bj: Sąsiad! O! Zbaw nas od niego! Z sąsiadem by można wiele zrobić.

Bi: Na wysokościach, na których krystalicznie funkcjonują symfonie Beethovena, krążą moje gałki oczne.

Bj: Czy muszkatołowe? Raczej chyba już muszkatołowe gałki oczne.

Bi: Trzeszczą naprężone na swoją obecność kwadranse.

Bj: Bi zaczyna chodzić po pokoju. Nie wiem, jak on mógł do tego czasu siedzieć wygodnie w klubowym fotelu i jednocześnie wypowiadać kwestie, które.

Bi: Od wielu godzin już tu wiszę w powietrzu.

Bj: By można by było na nylonowych linach unieść kilkadziesiąt centymetrów nad scenę.

Bi: Jestem strawiony, galaretowaty, na wpół przezroczysty.

Bj: Można by go jeszcze ostatecznie zrozumieć. Lecz co na to autor?

Bi: Poemat mi podtykają pod opuchnięty nos i wargi, poją wrażeniami, przebijają mój lewy bok pragnieniem metafory.

Bj: A tej Bi nie potrafi opowiedzieć. Jego głos, głowa albo słowa, w koronach czeskich i dolarach. Rublow go kaskaderami traktuje.

Bi: Kraskami kaskaderów, którzy oklaskiwani kleszczami, skleszczeni kieszeniami.

Bj: Rublow go kraskami traktuje, rozpina na krzyżu.

Bi: .ma plamach i konturach, na wszelkich jakościach.

Bj: On się podnosi z krzesła martwy, nerwy wydarte z siedzenia skowyczą (słychać skowyt wydzieranych z oparcia krzesła nerwów człowieka średniego wzrostu /czy gospodarczego?/), skowyczą i krwawią - któż by w takich momentach nie krwawił, nie skowyczał i znowu wypowiada tyle:

Bi: O, durniu! Durniu!

Bj: Żebra kaloryferów mnożą się jak oszalałe.

Bi: Beethoven klaszcze mnie po nagich udach.

Bj: Nikt go nie klaszcze po udach. Tym bardziej po nagich. Beethoven wstydziłby się klaskać. Czy to był wielki twórca?

Bi: By się wstydził mówić takie rzeczy publicznie. Publiczność.

Bj: Czy widać, że ktoś wchodzi? Że wchodzi na scenę ktoś nowy? Na scenę lub rachubę? Niczego nie widać.

Bi: Tak, tak, ktoś tu wszedł. Zawiedziony.

Bj: Bi jest zawiedziony. Wyraża się to za pomocą gestów, twarzy, ułożenia ciała.

Bi: .więc muszę stąd odejść.

Bj: Autor rozmienia się na wiele chorążuków, na wiele prawniczo nadrealistycznych, których transporty w transportery owite tu idą i idą od wielu tygodni -

Bi: Więc muszę stąd odejść. Głód wrażeń ssie palce, chude słowa ważę na polskim języku.

Bj: Bi zaczyna najwyraźniej puchnąć. Coś tu nie klapuje. I czyżby autor uważał, że teatr to dialog? Tylko dialog?. A gdzie elementy inne? Ruch, akcja, napięcia, scenografia? Gdzie niespodzianka? Zarządzam kilka minut czegoś trochę teatralnego!. Oto efekty dźwiękowe!. Efekty wymyślone przez realizatorów. A oto podpis wyobraźni scenografa!. Jakie bogactwo! Ile bezinteresowności! Feeria dla oczu i uszu! Ile minęło już czasu?. Chwileczkę! A teraz trochę mocniejszych akcentów! Szokingów! Szokingeczków! Szokingonków! Niechaj reżyser ruszy łbem! Wiadomo, czym dziś jeszcze można zbulwersować szaloną publiczność. Obscenia. Seksualia. Okrucieństwo! Jakieś wyjątkowe chamstwo lub zależy od pomysłowości. Innych. Kolaż. Kawałek improwizacji. Znowu coś zwariowanego, na przykład z zakresu tempa. Interwały tempa. Ruch oszalały od własnej szybkości. Tempo! Tempo! I znowu kawałek sceny zrobionej jak malarski kolaż. Fragmenty rozprawy naukowej z zakresu biologii albo kosmogonii, wiersz. A zatem wypróbowaliśmy kilka efektów scenicznych. Teatr czystych środków. Pora na wystąpienie Bi.

Bi: Mój Boże! Troi mi się w uszach.

Bj: To było tak: B się rozdwoił na Bi oraz na Bj. Wewnątrz siebie.

Bi: Słyszę, jak ktoś mówi przeze mnie.

Bj: Monolog Bi śledzony przez Bj. I komentowany. Czy był to monolog wewnętrzny, choć wydalony na zewnątrz?. Diabli go wiedzą! Niech się odezwie Bi. Nie chodzi o to, aby powiedział coś, od czego by nam się gęsia skórka na karkach (albo na czymkolwiek) wystąpiła, ale by się po prostu odezwał. My chcielibyśmy w tym momencie usłyszeć na scenie Bi!

Bi: Sięgam pamięcią wstecz, wybiegam we własną przyszłość, moja wyobraźnia produkuje rzeczy, które się nigdy nie przydarzyły.

Bj: Stop! Stop! Stop! O wyobraźni jeszcze ani słowa! Zatrzymajmy się na razie przy tym drugim! Intro- i retrospekcji! My chcemy trochę retrospekcji! Niechaj Bi coś z tym zrobi! Niech coś powie!

Bi: O! A to co?

Bj: Głośnik, po prostu głośnik! Kiedy Bi zastanawiał się, jak na scenie pokazać to, co się zawiera w jego introspekcji, kazałem zainstalować głośnik. Wspomnienia Bi zanotowano na magnetofonowej taśmie. Bi się wzbogaca o siebie samego z przeszłości. Coraz ludniej na scenie. W warstwie dźwiękowej niedługo się zrobi zbyt ciasno. Słuchamy!

Głos Bi z głośnika: Alkowa? Co ma do tego alkowa? Niech pan mnie nie żałuje! Którego dziś mamy? O! A to co?! Co to?! Co to?! To nie? Co?!

Bi: Co to?! Co to?! Co to było?! Było to co?! Niestety, jestem przerażony! Boję się! Bojęś!. No, niebąś!

Bj: Rzecz się ze siebie zaczyna powoli ześlizgiwać. Staje się niesmaczna. Groteskowa. Obca sama w sobie, wziąwszy pod uwagę konwencję i wysokość, w jakiej się samozaczynała. Czyżby Bi był po prostu durniem?

Bi z głośnika: Alkohol, alkoholik, alkoholizm, alkoholometr.

Bi z głośnika II: Co do diabła jest?! Alkoholometr?

Bi: Alkoholometr, jest to przyrząd do oznaczania ilości alkoholu.

Bi II: Jak to?

Bi: Do oznaczania ilości alkoholu w.

 Bi III: W czym, w czym do diabła?!

Bi: Oczywiście w roztworach wodnych.

Bi II: Aaaa to co innego!

Bi: Zresztą mniejsza z tym.

Bj: Bi chce znów powrócić do swego ulubionego tematu. Niech mówi!

Bi: Istotnie. Dzisiaj znów, który to już raz, zmarł Chorążuk. Co?! Zmarł Chorążuk Bogdan, ten, który od dawna nie żyje?! Przecież nie dalej jak wczoraj widziałem go, jak spacerował! Czy ta wiadomość wiarygodna jest?

Bj: Z całą pewnością. Już właśnie zasadzają dąb na jego trumnę.

Bi: Interesujące.

Bj: Tak. Chyba tak. Tak, tak.

Bi: Był bardzo aktywny.

Bj: Podobno przez ostatnie 20 lat nie opuszczał łóżka.

Bi: Na pewno! Bj: I oto je wreszcie opuścił.

Bi: W jakim celu? Dlaczego? Na jak długo?

Bj: Interesujące, co też przede wszystkim zrobi.

Bi: Czy się rozejrzy najpierw, kiwnie wskazującym palcem, głęboko westchnie, czy coś w tym rodzaju?

Bj: Zaraz tutaj być może nadejdzie.

Bi: Zaraz się pojawi.

Bj: Bi nadsłuchuje kroków zmarłego człowieka.

Bi: Ten człowiek od dawna nie żyje, a idzie i idzie. Idzie tu do mnie. Słychać jego kroki.

Bj: Krok po kroku. Minęło tyle lat! Jak to możliwe?

Bi: Tak! Jak to jest możliwe? Muszę wyjaśnić!

Bj: Bi wybiera się w tym celu w podróż.

Bi: Wysiadam, nareszcie wysiadam z pociągu. Podróże tak mnie męczą! Przystanek w szczerym polu. Czy to rozsupła zagadkę?

Bi: Widzę rozległą, żarliwie soczystą łąkę. Łąka i kwiaty. Kwiaty - czy odpowiedź?

Bj: Odpowiedź każdym kwiatem.

Bi: No tak. Tego się należało spodziewać. W powietrzu odwrócone do góry nogami pływają holenderki. Takie krowy. Pasą się, to oczywiste.

Bj: Ach, gdybym był krową.

Bi: Po łące skacze żaba.

Bj: Żaba, czy ona też konieczna jest do wyjaśnienia jego śmierci? A zresztą. Jeżeli już, to niech będzie żaba-olbrzym. Gdzieś tak z półtora metra wysokości. (patrzy za kulisy) Patrzę za kulisy. No, niech się pokaże! Zgromadzonej tu publiczności.

Bi: Powietrze składa się wyłącznie być może z brzęczenia komarów. Z rojów much, wydychanych przez płuca zmarłego.

Bj: Tak, to może jednak znaczyć wiele.

Bi: Cała łąka zaczyna łagodnie wirować.

Bj: Bi zatacza się, jakby scena rzeczywiście dostała krwotoku, zawrotu głowy.

Bi: Wprost widać, jak rosną trawy, kwiaty.

Bj: Również Bi zaczyna powoli łagodnie pływać w tym powietrzu. Rozkrzyżowuje ramiona. Unosi się coraz wyżej. Twarzą prosto w słońce.

Bi: Pytanie! Co to było za pytanie?!

Bj: Jest wieczór. Przecież jest cały czas wieczór. Bi podświetlony od dołu reflektorami, światło wyjmuje z ciemności fragment jego twarzy, rękę z urwanym wpół gestem, nagłe jego znieruchomienie. Następuje słynna scena maltretowania ogierów i klaczy.

Bi: Trzeba nareszcie wyjaśnić sprawę śmierci tamtego człowieka. Za wszelką cenę! Nawet za cenę (cudzej) krwi i bólu! Ach, jak te konie farbują i kwiczą!

Bj: Ogólny widok łąki. Na łące, aż po horyzont, wkopanych w ziemię aż po brzuchy oszalałych koni. Między nimi uwijają się esesmani, zabijają je strzałami w potylicę.

Bi: To jasne. Sprawa ze śmiercią Bohdana Chorążuka jest już przecież wyjaśniona. Nie ma sensu przedłużać agonii tych zwierząt. Trzeba być humanitarnym. Cywilizacja nasza, czyli końska. Brzmi jak Europa. Wbrew różnym przypuszczeniom.

Bj: Szalony! Szalony! Wydaje się mu, że już wszystko wyjaśnił!

Bi: Podróże kształcą. Lecz wszelkie informacje należy potwierdzić. Zadzwonię. Zadzwonię i wyjaśnię tę sprawę do końca.

Bj: Bi rozdwaja się. Tam (pokazuje na lewo) zaczyna momentalnie, choć na krótko istnieć Bi z indeksem, ot na przykład Iks, a tam (pokazuje na prawo) Bi z indeksem Igrek. To wszystko. Słucham.

(Bix nakręca tarczę telefonu, podnosi słuchawkę. Słychać dzwonek telefonu albo ryk lwa.)

Biy: (podchodzi do telefonu, podnosi słuchawkę): Hallo! Słucham? Kto mówi?

Bix: Mówi Bix! Chciałbym mówić z Bohdanem Chorążukiem.

Biy: Odkorkował.

Bix: Nie bardzo rozumiem. Czy to Cherry Cordial?

Biy: Raczej nie. Odkorkował ogólnie rzecz biorąc.

Bix: To znaczy?

Biy: Odjechał. Odjechał, panie.

Bix: Daleko?

Biy: Cholernie daleko!

Bix: Powróci?

Biy: Czy powróci? O to mnie pan pyta?

Bix: Tak. Kiedy.

Biy: Nigdy. Bix: Nigdy?

Biy: Nigdy!

Bix: To proszę mu powiedzieć po powrocie, że dzwoniłem. Widzi pan, ja nie uznaję faktów.

Biy: Nawet śmierci?

Bix: O, szczególnie śmierci! Zatem: pan go ode mnie pozdrowi? Bo ostatecznie - czym jest śmierć? To nie da się przecież wyjaśnić. Śmierć, proszę pana, natychmiast rozsadziłaby całą naszą logikę. Gdybyśmy ją tylko uznali za coś naturalnego. Wystarczy tylko zgodzić się na nią, by cały nasz świat natychmiast runął w nic. Żeby cywilizacja stała się niczym. Żeby nie było perspektywy. Może pan jednak zdecyduje się i poprosi do telefonu tego Chorążuka?

Biy: Nie żyje. Mówię, że nie żyje.

Bix: Jak to możliwe, skoro jest tu ze mną. O, panie Bohdanie, niech się pan zaśmieje do słuchawki. Niech pan cokolwiek powie!

(Z głośnika słychać czyjś śmiech, a następnie kilka strzępów słów, przerażającego bełkotu)

Bj: Mój Boże, jak ci umarli niewyraźnie mówią. Już wolę ich milczenie. Jest mniej więcej do zniesienia jeszcze.

Bi: No tak, zaczynam przypominać sobie. Ten pogrzeb odbył się już dawno. Pamiętam: południe, padał deszcz. Wracam z jego pogrzebu. Cmentarz w centrum odludzia, tuż za wsią. Wchodzę do pokoju, patrzę, siedzi w mym ulubionym fotelu, pali moją fajkę (wtedy po raz pierwszy widziałem go, jak palił fajkę), uśmiecha się do mnie albo być może przeze mnie. Musiałem go pochować po raz drugi. Pochować, proszę pana, w ogóle. Jestem w zasadzie cmentarzem. Próchnieję od wewnątrz. Moja wyobraźnia. A zresztą. Chociaż nie!, wystarczy, bym pochylił się, pochylił się nad sobą, to proste, a jego już widzę: z wyszczerzonymi zębami, z cieknącą z jego nosa, rozkładającą się nieśmiertelnością, dopiero teraz okazuje się, że niewiele zrobił, całego w niewypowiedzianej od milczenia męce. On nie był, proszę pana, przyzwyczajony do zbyt przeciągającego się milczenia. Lubił wiele milczeć, ale to dlatego, że zawsze można było jeszcze coś na jakikolwiek temat powiedzieć, choćby chrząknąć, znacząco chrząknąć, i od razu było wiadomo, o co chodzi. Ale milczenie, jakie mu przygotowałem w sobie, było dla człowieka nawet takiej klasy jak On - nie do zniesienia. Pan mnie nie może do końca zrozumieć. To trzeba osobiście przejść, żeby zrozumieć.
A znowu, jak się to przejdzie, to na rozumienie zostaje już tak mało, tak niewiele czasu, właściwie zostaje zero lub nawet mniej niż zero czasu, że wtedy, szczególnie wtedy, nie ma żadnych szans. W każdym razie, żeby coś powiedzieć, żeby to jakoś wyrazić, powiem tak: nieboszczyk okropnie się męczył. Nigdy mnie nie lubił. A zresztą - być może przesadzam. Przecież napisał o mnie kilka ciepłych zdań. Uratował mnie przed oszalałą nagoną. Osłonił własnym ciałem. Był na tyle groźny, że ci, którzy chcieli mnie zagryźć, nie śmieli zrobić tego wbrew Jego woli. Nie, nie powiem, żebym rozumiał, czym jest Jego śmierć. Śmierć jako taka. Bo czy ta scena z łąką cokolwiek wyjaśnia? Łąka rośnie we mnie. Przerażone konie z poderżniętymi gardłami do dzisiaj jeszcze cwałują przez moje sny i wylewają się na moją jawę. Tabuny, rozpędzone po swym przerażeniu - tabuny koni wypryskujące z pokoju, z mojego pokoju, tuż po moim obudzeniu. Słyszę ich oddalający się pośpiesznie tętent. Kałuże krwi, które codziennie przed śniadaniem muszę ścierać po ich tak gwałtownej ucieczce. Zapach krwi. Wszystko mi o nich każe codziennie pamiętać. Noszę ich ucieczkę w sobie od świtu do nocy. Pędzą, tratują wszystkie moje sprawy, codzienny cały spokój, mój, moje opanowanie. A nocą. Ledwie zasnę, zbiegają się ze wszystkich stron, pędzą w kierunku snu, który wylewa się z moich niedomkniętych ust, z uszu, z nosa, spoza zaciśniętych powiek, i podstawiają swoje gardła pod mój nóż. Któregoś dnia mnie zadławi to ich przerażenie.

Bj: Koniec sceny. Bi jakby zagubiony. Rozgląda się, szuka siebie. Siebie? Jak to? Szuka siebie?

Bi: Gdzie jestem? Co to wszystko znaczy?

Bj: Znajdujemy się na pewnej wysokości przedstawienia. Tak czt inaczej, trzeba za wszystko odpowiedzieć.

Bi: Jestem gotów zapłacić każdą cenę!

Bj: A zatem sprawa prosta: scena następna, z płaceniem!

Bi: Kiosk. Potrzebny jest kiosk.

Bj: Jak widać, wyobraźnia już ustawia go. Do niego Bi podchodzi i mówi:

Bi: Poproszę yyy pudełko papierosów. Ile płacę?

Bj: Jak to? Bi za garść tytoniu miałby naprawdę zapłacić najwyższą cenę? Chorążuk, kiedy się rozmieni, choćby i w przeliczeniu na obowiązujące ceny? Ależ tak! To brzmi przecież dumnie! Dumnie! Dumnie!
Chwila ciszy, szarpanina Bi z samym sobą. Widać, jak toczy on ze sobą jedną z tych słynnych i opisywanych już wielokrotnie wewnętrznych walk. Niebywałe! Ach! Jak się natęża! Niech mówi! Niechaj mówi!

Bi: Jak to, moje pieniądze są gorsze od innych? Z białym, wielkim orłem i zapewnieniem dyrektora banku, że mają swą wartość?

Bj: Wartość ta nie przekracza niestety niczego. Wszystko na nic! Można mu tylko współczuć! Tu efektowna pauza (pauza). Współczuć i nic więcej. Znowu pauza. Nic więcej, nic mniej. To interesujące. Pauza. Mała pauza. Aktor, który gra Bi chodzi po scenie, ręce ma założone do tyłu, wysiłek mu aż tryska z twarzy i tak dalej.

Bi: Mówią, żebym zapłacił później, przyszedł kiedy indziej. I tak dalej. Wybiegi. Chytry wybieg. Wybieg dla słoni, wybieg dla prosiaków. O czym mówiłem?

Bj: Bi nasłuchuje, o czym mówił. A co powie?

Bi: Prosiaki? Prosiaki? Aaaa, tak! Chytry wybieg. Najwyraźniej chcą się wymigać od przyjęcia środków.

Bj: Płatniczych.

Bi: Płatniczych. Płatnerz, gdy zamawiał środek do pancerza, płacił oraz się stawał prosiakiem w pasiakach.

Bj: Hm. No tak, ale to by nam znowu sprowadziło na łeb średniowiecze.

Bi: Zgadzam się ze wszystkim. To było w niedzielę. Pamiętam jak dziś: pogodny ranek, sąsiadka (na boku). I te godzinami mżące z nieba, mrożące mózg w czaszach anioły rekinów, albo też odwrotnie.

Bj: Odwrotnie. To da się wyłożyć mniej więcej następująco. Widzę takie możliwości: mżące z nieba nie anioły rekinów, ale rekiny aniołów, druga możliwość: nie mżące anioły z nieba rekinów, lub rekiny aniołów, trzecia według mnie możliwość to następujące zdanie: nie stałem wtedy z sąsiadką: bowiem nie było poranka, a z nieba mżyły (co jest naturalne o tej porze roku) rekiny aniołów, a zresztą, być może się po prostu przesłyszałem i chodzi o to, że z nieba (co jest już mniej zrozumiałe, przynajmniej dla mnie), że z nieba dosłownie nie mżyły rekiny aniołów, ale co innego. Albo też na przykład może chodziło tutaj nie o rekiny, ale o imieniny, dajmy na to imieniny ciotki Pulcherii. A zresztą możliwości, widać przynajmniej częściowo, jest dużo więcej. I ja je widzę. Ot, co chciałem mniej więcej powiedzieć.

Bi: Pamięć człowieka, pamięć kogokolwiek.

Bj: Sprawa jest prosta. To były zapewne prosiaki. Była przed chwilą przecież właśnie o tym mowa.

Bi: Zacznijmy od początku.

Bj: Tylko nie to! Na litość boską! Tylko niestety nie to!

Bi: Było to w maju. Wahania pogody. Moje tętnice i żyły przerastały mnie. Przerastały każdy przedmiot. Wystarczyło, żebym się skaleczył w byle jaki mebel, skaleczył w sofę odległą o trzy tysiące kilometrów, trzy tysiące wieków, trzy tysiące hektarów, sofa natychmiast zaczyna krwawić, następnie skowyczeć z bólu, i tak dalej. Co by o tym sądzić?

Bj: Ba! Każdy by chciał wiedzieć!

Bi: Sądzę, że treść tego, co wypowiedziałem w poprzednim zdaniu, oddaje w jakiś sposób to, co można by powiedzieć o treści granej tutaj oto sztuki.

Bj: Same perełki. Co to wszystko znaczy? Co mają żyły Bi z ilością sztuki w granej tutaj sztuce? I jedno, i drugie.

Bi: Minęła północ. Słychać, jak mija następna godzina. Przykładam jedno ucho - cisza. Przykładam drugie, trzecie - cisza! Cisza!

*

O: Bi kimże właściwie jest człowiek?

L: Człowiek? (śmieje się, śmieje się długo)

O: To niemożliwe, żeby to była cała odpowiedź!

G: A jednak coś w tym jest. Pamiętam, u nas na Wołyniu.

EN: Szefie!

G: Nu, co, nu co! Nie można powspominać sobie trochę? Zaraz się drą. A przecież wspomnienia są tak głęboko ludzkie!

O: Ludzkie? Więc jednak - człowiek?

L: (podtyka mu pod nos fotografię): A cio to?

O: Cio to, cio to? Fotografia. Też mi rewolucja, czy też rewelacja!

L: A na fotografii? No, co na fotografii?!

EN: (triumfująco): Jest?!

O: (przypatruje się uważnie): Nic nie widzę.

G: (bije go): A teraz?

O: Istotnie, jacyś ludzie. Kto to?

L: Eee, nic takiego. Jeszcze jeden dokument naszych czasów.

O: Jacyś generałowie chyba. Czterech. Ale mundury inne, niż nie inne.

L: Zgoda! Rozumiem!

EN: Jaki bystry! Nigdy bym nie przypuszczał!

G: No, widzicie! Wystarczy tylko zastosować odpowiednie metody!

O: Ale przecież ja naprawdę nie jestem ani trochę winny. Nie miałem z tym nic wspólnego.

EN: O, już się tłumaczy! Na złodzieju kule pieją, niech go diavli!

G: Co za kule? (na boku): Chyba się zgubiłem.

L: Ci czterej, to przecież prawdziwi czy rzekomi przywódcy prawdziwego czy też rzekomego puczu, czy nie puczu. Jadą właśnie na śmierć.

O: Ależ ja naprawdę nie chciałem. Chodziło mi o pryncypia. Naród był coraz bardziej niezadowolony. Inflacja. Ceny mięsa rosły, chociaż na rynku nie było nie tylko mięsa, ale także niczego. Trzeba było coś robić. Generał, hm. Generał. nie mogę wymieniać nazwiska, bo pucz mógłby się wydać. Odpuczyć. Wiecie, tajemnica organizacyjna.

G: (dmucha na niego. O. gwałtownie się uchyla): No?

O: (krzyczy): Tylko nie to!

EN: A zatem?

O: Mamy opanować główne centra dyspozycyjne (depresyjne). Jeden z oddziałów ma o świcie wkroczyć do pałacu, dokonać zamachu czy też czegoś w tym rodzaju. Potem, nie pamiętam. Co też miało być potem?.

L: Za 10 minut ci na fotografii zostaną rozstrzelani.

(W głośniku I: Baczność! (słychać repetowanie broni) Powołując się na zarządzenia wewnętrzne pana dyrektora Centralnych Zakładów Jajczarsko-Drobiarskich w Prabutach, ogłaszam wyrok:)

L: (w dalszym ciągu, już na scenie): W związku z licznymi uchybieniami służbowymi, w tym, w związku ze stłuczeniem kilku, niewielkich zresztą, kop jajek oznakowanych specjalnym trójkątem jakości, odznaczonych wieloma państwowymi i prywatnymi orderami, podwiązkami i tym podobnymi, odznaczającymi się nie byle jakimi podmiotami - oczywiście przed ich stłuczeniem.

(Od głośnika, ale oczywiście Niekoniecznie:)

I: Rozkazuję rozstrzelać tu obecnych natychmiast, jak tylko kiwnę palcem!

III: Rrrreeeepeeetuuuj jaaajka!

I: Pal!

(O. słania się, opada na oparcie fotela. Ewentualnie krwawi.)

G: (podsuwając mu paczkę z papierosami): No pal pan, pal! Głuchy czy co? Inna rzecz, że trzeba jak najszybciej sprawdzić, czy znów nie podskoczyły ceny na rynku. Zaraz po spektaklu. Żeby nie odkładać. Jaja się szybko starzeją. Czym szybciej, tym szybciej.

L: (do O.): No więc jak?

O: (załamanym głosem, słabym, unosząc się z wysiłkiem z oparcia): Strzały były celne. Ale jestem niewinny. Powtarzam! Niewinny!

G: Każdy tak mówi. Ale dopiero wtedy, kiedy już po jajecznicy.

O: One były zepsute, przysięgam! Nie dawały się do niczego!

L: A mimo wszystko ktoś je pożarł! To fakt! No?!

O: Kontrrewolucja spaliła na panewce. Maczałem w tym zaledwie jeden, a i to niewielki palec lewej ręki. (ogląda palec) Czy lewej? Hm, nie pamiętam. Czy lewej. Hm, .

L: (podsuwa mu jeszcze raz fotografię): Niech przyjrzy się lepiej! Kto to ten po prawej?

O: Ja, ja, gut, oczywiście.

L: A ten po lewej?

O: To i o tym wiecie?

L: My wiemy wszystko. Po to tu jesteśmy. No, gadajcie! Kto to?!

O: To też jestem ja, niestety. I ten trzeci, to ja, i ten czwarty, to ja i nawet ten piąty.

EN: Mój Boże, jaki przygnębiony.

G: Ale farbuje jak trzeba. Tylko co z tym piątym. Centrala nic o nim nie wie. Czyżby pomyłka.

L: (szeptem do mikrofonu): Hallo Centrala! Halo Centrala! Tu L.! Odezwijcie się!

GŁOS I: (szeptem): Tu Centrala! Słucham!

L: Co z tym piątym?

GŁOS I: Gówno. Po prostu gówno. I mistyfikacja. Nie zawracajcie głowy szczegółami. Połączenie odpołączone. To wszystko! To wszystko! To wszystko!

G: (do O.): No i co ty na to?

O: Nie rozumiem. Zdawało mi się, że wiem lepiej niż wiem. Ostatecznie to przecież chodzi o mnie. A ja swoje wiem.

L: A zatem Oskarżony przyznaje się do tego, że będąc pracownikiem państwowej instytucji, ukradł, a następnie skonsumował w postaci jajek te jaja, o których mówi akt?

G: (podniecając się): Ah! Akt!

L: .O których mówi akt oskarżenia?

O: Jaja były zepsute. Kontrrewolucja spaliła na patelni. Wszyscy zabici. Nie-wystrzał. Wielu rannych. Beczkowozy krwi. Krwawe rumieńce na słońcu. Ludzie opalają się jak diabli. Co za lato!

G: (ociera czoło): Upał. Nie do wytrzymania upał. Takiego jeszcze nie było! Dziś mi się śniła góra Antarktyda.

O: Przecież taka nie istnieje, wydaje mi się?

G: Jak można nie istnieć, skoro mi się śniła? (bije go w brzuch) Nie wątp pan!

EN: Upał - rzeczywiście. Nie wie, po co nam tyle upału. Rząd niekiedy lubi sobie poprzesadzać.

G: No, no! Tylko bez wycieczek w stronę rządu. A to Cenzura zdejmie nas z afisza! I: No tak. Ale cenzura wewnętrzna.

G: Na litość boską! Ani słowa więcej, bo nas naprawdę zdejmą! Zdejmą lub oskubią.

EN: Nie taki diabeł, tego, jak go, tego.

L: Po prostu pan jest martwy.

O: Nie do uwierzenia!. Nie do uwierzenia!. Ja - martwy?

L: Niestety od miesięcy.

G: Tak to bywa. Ależ cuchnie! Dosłownie, jakby zjełczała metaforyka!

O: Rodzina.

L: Proszę się nie martwić.

O: Żona.

L: Niewielka, ale tłusta renta. Zresztą nigdy pana nie kochała.

EN: Zaraz po pogrzebie, nie muszę dodawać, że zwłoki zostały wydane.

L: Jej Niecierpliwości, Katarzynie IV!

EN: .zaraz po pogrzebie, hm, chyba nawet nieco wcześniej.

G: No co tu ukrywać.

L: Proszę się trzymać.

EN: Puściła się z urzędnikiem Centrali.

L: Tak, tak! Takie jest życie.

G: Ale nie jest, niestety, szczęśliwe. Ma pan szczęście!

O: Czy zostałem pochowany na południu kraju?

G: Na południu?

EN: No! Niech zgadnie!

O: Na północy kraju? Na skraju polanki, obkołysanej wiatrem i pszenicą?

L: Być może, być może!

EN: Powiedział: pszenicą. Przez sz. Nie popełnił nawet w stanie takiego rozkładu błędu! Zuch! Trzeba by go przedstawić do orderu! Zuch!

(Wszyscy klepią po ramieniu O., kiwają głowami)

L: Zuch!

G: Zuch!

EN: (jeszcze raz)L Zuch!

Wszyscy razem: Zuch! Zuch! Zuch! Zuch! Zuch!

O: Tak, ale martwi mnie los narodu. Co z narodem?

L: Dzieci oddaliśmy do internatu, urzędnika wyśmialiśmy, żona ma skrupuły czy też skrofuły, w każdym razie coś w tym rodzaju.

G: Naród i Państwo Makarkukułkowicowie mają się jako tako. A jako tacy mogą mieć się jeszcze lepiej.
I jeszcze jeden dokument naszych czasów!

GŁOS II: (głośnik): Urodził się dawno, przez przypadek. Typowy przykład urojonej ciąży. Zajmował w życiu swoim wiele miejsca. Był kimś.

O: Wiele eksponowanych, choć urojonych stanowisk (lub: momentów). Podjąłem niejedną urojoną decyzję. Byłem na przykład przez wiele lat naczelnym dyrektorem Instytutu Problemów Urojonych. IPU.

GŁOS I: Prowadził podwójnie urojone życie.

GŁOS MG: Halo L.! Halo L.!

L: (spoglądając do góry): Tu L. Słucham!

Mg: Wprowadzić natychmiast także pojęcie strefy urojonej, a także pojęcie urojonych działań, urojonych rozwiązań oraz urojonych współrzędnych. Trzeba za wszelką cenę dążyć lub przynajmniej dożyć do czasu wynalezienia wyższej matematyki cyfr absolutnie urojonych, zrozumiano?

L: Tak jest, szefie! Zrozumiano!

Mg: Na bazie urojenia zaplanować gwałtowny rozrost niektórych gałęzi przemysłu oraz innych rzeczy typu: produkcja modeli surogatów rozwiązań, w tym: pseudorozwiązania proste, chytre i niejednoznaczne, pseudorozwiązania znakowane, rozwiązania zastępcze, zrozumiano?!

L: Tak jest, szefie!

Mg: L! L: Słucham?!

Mg: Zostaniecie przedstawieni przy najbliższej okazji do odznaczenia.

L: Tak jest, szefie. Słucham!

Mg: Infrastruktura. Nie wolno o niej zapominać. Wybudować Zakłady Wytwórcze Pseudo-Problemów Rzekomo Cholernie Ważnych. Rozprowadzić przy pomocy detalicznych punktów sprzedaży w postaci łatwo pieniącego się pieniądza lub mydła. Zamydlić oczy, komu da się.

L: Mam pytania.

Mg: Pytania na końcu. Uruchomić w taryfie J łamane przez Z, łamane przeaz cztery zero osiem, łamane przez kilka innych, powszechnie tajnych cyfr pseudo-produkcję do zwalczania ubocznych skutków nie dających się w żaden sposób zrealizować zobowiązań.

L: Mam masę pytań?

Mg: Pytanie potem. Instytut Deratyzacji Przekonań przemianować na Instytut Utylizacji Przekonań. Przekonania należy przerabiać na lewo i na prawo, w miarę, jak się rozwijać będzie sytuacja, zrozumiano?

L: Tak jest, szefie! Czego nie rozumieć?! Wszystko jasne!

O: Był od początku nieżywy. Nie istniał. A mimo to potrafił zdobyć się na niejedno. Nikt, z kim rozmawiał, nie orientował się, że go oszukuje. Potrafił kiwnąć palcem, zaspokajał jednym, a i to najmniejszym palcem najbardziej wyrafinowane potrzeby swoich licznych, ale równie urojonych klientek (ten klientek, temu klientkowi), pisywał wzruszające liryki, które wydawały się wszystkim czymś nieodparcie pięknym, pięknym nie do wytrzymania, pozostawił po sobie jednak nic, dosłownie nic. I nikt nie zauważył nawet, kiedy go zabrakło. Bo nie istniał nigdy.

Mg: L!

L: Słucham. szefie!

Mg: Co z pytaniami?

L: Brak pytań!

Mg: Brawo! Nie zapomnimy o tym!

L: Produkcja w pełnym kocie.

Mg: Brawo!

Wszyscy: Brawo! brawo!

Mg: Nowy kierunek w sztukach plastycznych oraz literackich, nie muszę dodawać, musi odzwierciedlić dokładnie to wszystko, co nie istniało oraz nie istnieje nigdy! Nigdy! (krzyczy)

L: Szefie?

Mg: Zdenerwowałem się. Nieważne. Podam się do raportu. Przepowiadam ci przyszłość.

EN: (jak głupek): Przeszłość i braterstwo!

Mg: Co to za głupek?

L: A to taki jeden. Nasz niższy personel. Nie warto zwracać na niego uwagi. Ma chorą matkę oraz przyzwyczajenia, których nie powstydziłby się nawet koń. Przewalskiego? Czy bliżej wyjaśnić, co mam na myśli, używając tutaj takiego, a nie innego porównania?

Mg: Nie trzeba! Nigdy! Plastyka musi wymodelować takie obrazy rzeczywistości społecznej, żeby rzeczywistość stała się nieodparcie pociągająca. Szczególnie, gdyby było wprost przeciwnie. Należy dążyć do wyprodukowania człowieka wyssanego z palca. W tym celu najpierw trzeba długo, długo myć najpierw ręce, najlepiej (tonem reklamowym) naszym niezawodnym mydłem Palmolive, następnie ewentualnie wyglansować ręce pastą Kiwi, potem, no cóż. Potem obciąć dokładnie paznokcie, zaszyć się możliwie wygodnie w klubowym fotelu, zamknąć pokój i ssać, ssać, ssać! Ssać palec! To daje wspaniałe wyniki! W ciągu niewielu godzin można wyssać nie tylko od jednego do niejednego człowieka, ale w ramach niejako produkcji społecznej, także wielu innych w miarę pożytecznych, a przynajmniej nie pożytecznych rzeczy i przedmiotów. Wśród nich, między innymi, także przedmioty codziennego użytku, które do tego użytku nadają się z najwyższym tylko trudem. Żeby trud ten chociaż nieco obniżyć, należy przystawić drabinę, wspiąć się na nią, a reszta stanie się niejako sama. Znana jest (pierwszy opisał to nie wiadomo kto) metoda nieco odmienna. Istnieje mianowicie według mnie nie tylko sposób prostszy, polegający na podpiłowaniu dołu wysokości, o której cały czas mowa, przez co uzyskuje się jej obniżenie, ale i mniej i więcej efektowny. Metoda to prosta, ale albo skuteczna, albo nieskuteczna, albo co innego. W każdym bądź razie nie wolno zapominać o istnieniu takiej możliwości (wrażliwości).

Głos z sali: Co nie należy robić?

Mg: Nie należy zapominać o niej.

Głos z sali: Aha.

Mg: Człowiek, o którego chodzi, złożony jest przeważnie z wyssanych z palca postulatów bez pokrycia, głowy, a często pobożnych życzeń, mistyfikacji i jąder. Biorąc pod uwagę to ostatnie, należy dążyć do tego, aby można go mimo wszystko od czasu do czasu przynajmniej pokrywać. Jest jak na razie jedyna znana metoda mnożenia podmiotów. Człowiek taki składa się potem między innymi z następującego, wymieniam: z ćwierćinteligencji częściowo własnej i antycech narodowych, w tym szczególnie: z opisywanych przez m.in. Wyspiańskiego, Jaryy'ego, Mrożka, Różewicza,Witkacego u Choćby Chorążuka. We wnętrzu takiego człowieka - przeważnie - landrynki.

*

 O. trzęsie siew ze strachu. Wszyscy zaczynają się coraz mocniej chwiać, podskakiwać, tracić równowagę. Z głośnika trzask płomieni, krzyki o ratunek.)

G: Tego się należało spodziewać. To sabotażysta!

Mg: Tu Centrala! Tu Centrala! Trzęsienie ziemi w Turcji spowodowane przez nadmiar waszej gorliwości. O. roztrzęsiony ze strachu. Przesoliliście! Tysiące zabitych. Rzeki występują z siebie. W sejmie oburzenie. Natychmiast opanować sytuację!

L: Tu L. Tu L.! Halo Centrala! Tu L.!

G: Może dać mu w dziób?

EN: Wątpię. Chyba wprost przeciwnie.

G: Hm. To może.

L: Stulić pysk! En!

EN: Słucham!

L: W dziób go! (pokazuje na G.)

(EN skrada się w kierunku G. Ten bojaźliwie cofa się. Tak krążą przez czas dłuższy.)

(do O. lirycznie, przymulając się): No, niech się uspokoi. Nie trzeba. Wszystko będzie dobrze.

EN: Zło przemija, chwila szczęścia niedaleka. Po co aż tak się zaraz wszystkim przejmować. Twoje, czy co? Pomyślałby kto! Przecież to państwowe! Cudze! Bezpańskie! Niczyje!

L: Ot, zająłby się sadzeniem pietruszki albo jakiś warsztat rzemieślniczy otworzył, albo by zaczął na ten przykład pracować sobie na państwowej posadzie. Dostawał pieniądze. Zaszczyty. Ludzie niedługo polecą, gdzie im się podoba.

 (En dogania G., przewraca go. Kotłowanina. L. głaszcze O., czuli się do niego. Następuje scena erotyczna pomiędzy L. a O.
G. i En wymiętoszeni podnoszą się z ziemi, poprawiają się.)

O: Mam pomysł na fantastyczny interes. Trzeba tylko, by najpierw zainwestować co nieco.

L: (wyciąga z kieszeni pieniążek): Ile?

O: Jakieś trzysta. Cztery tysiące procent dochodu.

L: (cofa się z przestrachem): Przecież to kanibalizm!

(En i G. wyją z przestrachu, uciekają, krzyczą: kanibal! kanibal!)

O: Nie rozumiem. Nie rozumiem siebie. Przecież to bigamia.

(L. kiwa dyskretnie za plecami O. na En i G. Ci podkradają się z tyłu do O., krępują go, duszą, zatykają usta. O. mamrocze, wyrywa się.)

L: No, sytuacja opanowana. Tyle niepotrzebnych ofiar. W Turcji zaraza. Ale teraz już wszystko dobrze. (bije z rozmachem O.)

G: To ja tego. (wyciąga notes, coś do pisania) Raport do Centrali.

EN: Ale chytry. Zdążył wykorzystać moment nieuwagi i od razu narozrabiał. Co z tą cholerną pietruszką?

O: (który wreszcie się wyrwał): Puśćcie mnie! Na litość boską mnie nużno podlać interesa! A to się zmarnuje mój procent!

EN: Nie nużno, ale nada. Na-da! Poniał!

G: To nie jest takie pewne. U nas na Wołyniu.

Mg: Halo L.! Halo, L.!

L: Słucham, szefie!

Mg: Jestem z ciebie dumny! Dumny i wzruszony!

L: Wyruszam natychmiast!

Mg: OK.!

(W głośniku słychać wizg opon, przeraźliwy klakson samochodu, odgłosy zderzenia, tłuczonego szkła, jęków ludzkich. Mamy go! Ale się fantastycznie rozpieprzył! Ooo, chyba nawet aż za dobrze! O. odchyla się na fotelu, jest nieprzytomny, L. podnosi mu powieki.)

L: Nie żyje, szefie! Zupełnie nieżywy! Sukces!

GŁOS I: Przesuwamy eksperymentalnie wypadek w czasie o jedną sekundę. Podaję bliższe dane. Uwaga! Podaję bliższe dane. W ciągu 68 setnych sekundy klatka piersiowa uderzyła w kierownicę z siłą 4 ton. Następnie mija 22 setnych sekundy, jego głowa uderza w przednią szybę. Mija następna zero jedna sekunda - oto widzimy, jak jego ciało leci do tyłu z siłą bezwładności 80-krotnie przekraczającą jego wagę. Za dalszych 11 setnych sekundy będziemy mogli obejrzeć sobie jego pękający kręgosłup. No i finał! Finał!
(wszyscy klaszczą: brawo, brawo!, tańczą taniec radości) Następuje oczywiście śmierć! (śmieje się, wszyscy też)

O: (zrywając się): A gówno! Kiedy zobaczyłem przeszkodę, zorientowałem się we wszystkim! To była pułapka! Ale udało mi się! Udało! (wszyscy otaczają go) Złamałem tylko rękę. O! (łamie, a właściwie wyłamuje sobie palce u rąk)

EN: To było do przewidzenia. Gratulujemy. (do pozostałych, obmacując O.): Nie ulega wątpliwości, że żywy.

L: Ależ to świetnie! Może byśmy się poszli wykąpać!

G: Nie! Nie! Proponuję zagrać w brydża.! O: Mam złamaną jednakże, jakby to powiedzieć, kończynę górną.

EN: Nie szkodzi. G: Zrośnie się! (rozdaje karty. Wszyscy się rozlokowują wokół O.)

EN: Dwa kiery!

L: (czuli się do O.): Kochany! Pas. Może byś do mnie dziś wieczorem zajrzał?

O: Trzy bez atu. Nie wiem, czy mi się uda.

G: Fikuśny! Od razu o (zł) udach! Pas! Nie przejmuj się. Ma wszystko jak należy.

EN: Cztery trefle! Jeżeli szef tak twierdzi, to coś musi w tym być!

L: Szach!

G: O, do diabła! Aleś go zażyła. Traci co najmniej konia, i pozycję! Brawo!

Mg: A zaczynał tak obiecująco.

(Na scenie: gra w brydża; należy istotnie grać w brydża - normalne rozdanie, odzywki, rozgrywki, tasowanie, zapis)

Mg: Najpierw wygrzebał się z dołu, gdzie tak przytulnie było niestety nie istnieć! I zaczął śmiertelnie chorować.

L: Nigdy mu tego nie potrafiłam wybaczyć. Dostał emeryturę, która mu pozwalała na jedno lub na drugie.

Mg: Następnie wyzdrowiał, przez wiele lat chodził do pracy, ubyło mu kilka miesięcy, potem zdecydował się na studia, skończył je z niezłym wynikiem egzaminami wstępnymi, a zaraz potem zaczął uczęszczać do powszechnej szkoły.

EN: Cholernie interesujący życiorys! Można się powiesić!

 G: Oczywiście, ani słowa nie będzie o tym wszystkim, o czym warto było wiedzieć.

EN: Czy dobrze mu było podczas szczytowania.

G: Ile miał kobiet, i a propos: na jaką wysokość podczas tego potrafił się wspiąć.

L: Niektórym podobno jest tak przyjemnie, że w pewnej chwili po prostu zaczynają po pokoju fruwać.

EN: Gorzej, jeżeli się to robi akurat w lesie lub na wodzie.

L: Tak. Znałam takiego jednego. Wzbił się za wysoko, mówiłam mu: ej, ty, nie wygłupiaj się! Złaź stamtąd, bo zlecisz!

EN: No i co?

L: A on tylko wyżej i wyżej, i tylko mgła z jego oczu zaczęła tak gęsto zasnuwać okolicę, że w końcu nie widziałam nawet własnego ciała.

EN: No i co?

L: Nazywał się Ikar.

EN: Jakbym słyszał już o takim.

Mg: Przeżył pierwszą, ale za to największą i jedyną miłość do swej szkolnej koleżanki, zdaje się z VC, potem widziano go, jak przez pewien czas uczęszczał do przedszkola, aż wreszcie nadszedł jego wielki, wielki dzień!

EN: Czy o ty, jak kolaborował z Niemcami, już było?

Mg: Aż wreszcie nadszedł jego wielki, wielki dzień: urodził się przez przypadek, jako rezultat urojenia pewnej przewrażliwionej osoby.

G: Nie wiem, czy wspominałem, że ta osoba, nie byle jakie zresztą ziółko, usiłowała go wielokrotnie ale bezskutecznie z siebie, ze środka, jak to się mówi, wyskrobać.

EN: Wyjątkowo żywotny. Parzystokopytny. Rogaty.

L: A tak. Na boku miałam jednego. Cóż robić! W moim wieku.

Ng: Od tego czasu zaczął istnieć.

EN: To niebywałe!

L: Istnieć potencjalnie?

Mg: Jako rezultat antykoncepcyjnych rozmów i ostrożności osoby.

G: Osoba pomawiała siebie często?

L: Nie tylko, nie tylko.

G: (notuje): Tego się należało spodziewać.

Mg: A także jako garstka genów i okresów międzymenstruacyjnych.

G: Chyba międzymasturbacyjnych?

Mg: Skojarzenia na jego temat stawały się coraz to bardziej odległe, nierealne, i w tym czasie nikt już nawet nie potrafił sobie wyobrazić, że mógłby zaistnieć.

G: O ile mi wiadomo, opisywany przypadek nie jest taki znów rzadki, jakby można przypuszczać.

L: Istotnie, to się zdarzyło mu wielokrotnie.

G: No tak. Tym bardziej, że przecież od wielu lat już nie żyje.

L: Dialektyka, dialektyka, mój drogi. Żyje i jednocześnie nie żyje. W pewnych wypadkach żyje, a w pewnych nie. Raz tak, a raz tak, a raz nie tak, a raz nie, a raz jeszcze inaczej, a raz jeszcze inaczej inaczej.

G: Można by jeszcze inaczej. W Prabutach, zamiast jak ten dureń jechać dalej, jechać przecież nie wiadomo po co i czy na pewno? - wysiadasz, następnie idziesz, w zależności od pory roku, między ośnieżonymi lub zielonymi, albo gęstymi plamami w oczach, a polami na polach, tak długo przed siebie, aż nie padniesz z wyczerpania. Bez jedzenia, możliwie bez picia, wydalania, bez słowa, bez planu, ot tak sobie, po prostu. W ten sposób można się czegoś nowego o sobie dowiedzieć. Nauczyć. Zrozumieć. Pojąć. Wybaczyć. Odpocząć. Wywinąć. Przejąć. Powrócić. Napuścić. Wejść, Wykąpać się. Wytrzeć. Zasnąć stosunkowo błogo. Hm.

*

L: (o O.): Nieżywy.

EN: Spity do nieprzytomności.

*

L: Nieżywy.

EN: Od dawna. Stwarza pozory życia, i to trzeba dodać - świetnie.

G: Ale nas mu się nie uda oszukać.

EN: Trochę tego nie rozumiem. Jak to mogło się stać, że O. jest tu, a jednocześnie został tam, na dole. (mowa o pomieszczeniach dodatkowych teatru, które zwiedzała na początku przedstawienia publiczność)

G: Ja też nie za bardzo. Ale taka jest ocena tego faktu przez Centralę. A skoro tak.

L: Centrala się nigdy nie myli. Uspokójcie się!

G: No przecież mówię, że.

EN: Mówi, mówi! Mówić jest łatwo! Ale co sobie myśli tym czasem, tego nikt nie wie. A myśleć może różne rzeczy.

L: G! Przyznajcie się! Centrala i tak się wszystkiego o was dowie!

G: Nie jestem pewien, ale nieraz mi się wydaje, że nie myślę trochę tak, jakby należało.

O: A jakby należało? Co? G: Różnie różni mówią. Nie wiem. L: Co to znaczy nie wiem? Jak śmiecie?

G: No, nie wiem, nie wiem! Nie wiem i już!

L: Oj, G.! To się może dla was kiedyś źle skończyć! Uważajcie!

G: Zawsze mi się wydawało, że najważniejsze, żeby niczego nie wiedzieć. Nie widzieć, nie słyszeć. Nic nie wiem.

EN: No bo właśnie co też i takiego trzeba wiedzieć. Kilka prostych rzeczy.

O: A co w takim razie z krzywymi, ha?

EN: Wy, G., nie przejmujcie się zaraz tak wszystkim. Nie wiecie, to i dobrze! Wystarczy, że inni za was wiedzą, co trzeba.

L: A nawet wiele, wiele więcej.

*

 EN: Interesujące, dlaczego to akurat takiego bęcwała jak

G. Centrala naznaczyła naszym szefem.

O: Może właśnie dlatego.

G: Nigdy bym w to nie uwierzył! To z całą pewnością nieprawda!

L: (śmieje się): O., z całą, z całą.

EN: (kiwa łbem): A nawet jeszcze bardziej, niż z całą.

G: Co najwyżej. To nasza cecha narodowa. Nie inaczej! Trudno by sobie było wyobrazić co innego!

EN: .nawet!

L: (szeptem, ukrywając to przed innymi - do O.): Przyszły dziś nowe rozkazy z Centrali.

O: Wiem więcej, niż ci się wydaje. Pierwszy z tych rozkazów przekazywał natychmiast rozpocząć produkcję małolitrażowego minikombajnu dla każdego obywatela naszej wspaniałej Ojczyzny.

L: Słyszałeś?! A ja myślałam.

O: Słyszałem. Następny, podany w formie zdaje się niewielkiego jaja czy kombinatu o tej samej postaci scenicznej, albo tym podobnej, surowo zabraniał spożywania na głowę ludności czegokolwiek nawet podobnego do kombajnu.

L: Tak, tak. Oraz że kombajnerów podobno należy skazać na ciężkie roboty, domowe. Skąd by tu wziąć choćby kilku i następnie zaraz potem skazać.

(Rozmowę mimo woli, a następnie świadomie podsłuchuje od dłuższej chwili EN. Notuje coś w notesie.)

O: Prawdopodobnie ci na górze się stłukli. Rozbili. Na kilka kokilków lub frakcji.

L: Rozkazy są sprzeczne. Od pewnego czasu przychodzi rozkaz i jednocześnie jego zaprzeczenie. Chyba na wszelki wypadek.

O: Normalka. Ktoś się ubezpiecza. Na przyszłość. Na starość.

L: Straszny galimatias. Anarchia i chaos.

O: Pokątni handlarze na kilogramy na lewo sprzedają urządzenia do urealniania sprzecznych ze sobą rozporządzeń. Wojsko patrzy na to, co się dzieje, przez zespołowe palce. Palce niestety nie zawsze najczystsze. Moralność upada.

O: Słyszałem. Straszny huk nad ranem.

L: I tak co rano i co wieczór. Nie wiem, do czego to wszystko doprowadzi.

O: Prawdopodobnie do niczego. Kiedy przejmiemy władzę.

L: Bądź cierpliwy. Wszystko wskazuje na to, że niedługo będzie desant wojska USA.

O: Czekam już na to od 1945. Zaczyna mnie to trochę jednak niecierpliwić.

EN: To dla odmiany cię to trochę pocierpliwi!

L: Słyszałeś wszystko! Podsłuchiwałeś nas! Podam cię do raportu Centrali!

EN: Do Centrali? A do której? W Centrali wiadomo, jak to w Centrali - stan permanentnej rewolucji. Czy to prawda, że nasz Instytut mają przemianować na Wytwórnię Cywilnie Umarłych?

L: Pst! Na litość boską. Stryczek!

(En się rozgląda bojaźliwie. G. zbliża się do En, usiłuje mu nałożyć stryczek na szyję. En odtrąca G., puka się znacząco w czoło.)

G: (z zawiedzioną miną): Zamroziliśmy ceny. Na dwa lata. Zobaczcie (pokazuje na kogoś na widowni), grubasów się nam namnożyło.

EN: Zamroziliśmy, ba! Ale mroźno nie jest!

G: Tego lata był zresztą wyjątkowy upał. To dziwne. Przy tak zamrożonych stosunkach i cenach?

I: Uwaga! uwaga! w Piwnicach teatru znaleziono już trzeciego O.! Przeprowadzono sekcję zwłok, mimo że sekcjonowany bardzo przed tym się bronił.

EN: Oho! O. zaczyna się coraz szybciej mnożyć! To coś musi znaczyć. Tak bez powodu chyba by się powielał, co?

G: Prawdopodobnie ma swoje powody. Oraz informacje. A może chce przez to coś po prostu dać do zrozumienia?

L: (do siebie): Ciekawa jestem, jak tym razem ten fakt zinterpretuje Centrala. Interesujące.

*

Przez cały czas na scenie, ekranem do widowni, dwa telewizory z włączonymi I i II programem (wyłączna fonia).

G: (zachowujący się w tej scenie jak mały psotny chłopiec lub chuligan): Patrz! (pokazuje En-owi na O.): Kawałek sera!

EN: (węsząc): Strasznie nie lubię zapachu lewkonii. Może byśmy coś z tym zrobili?

(En rysuje na podłodze sceny kredą lub stawia b. prowizoryczny, z patyków - krzyż. Następuje scena ukrzyżowania sera-O. Zamiast sera, krzyżowaną może być żywa, rzucająca się ryba lub kura.)

G: Wiesz, kiedy wrócę do cywila, otworzę mały warsztat naprawczy dla facetów, którzy się potłukli. Albo Zakład Fruwania.

EN: To lepiej od razu Zakłady Wytwórcze Fruwania Nr I, lub jeszcze lepiej: Zjednoczenie Wytwórcze Wszelkiego Fruwania Nadziemnego i Powietrznego, Zakłady Doskonalenia Upadków z Dużej Wysokości Nr I.

*

G: Podobno O. posiada oryginalną umowę z Centralą, w której zobowiązuje się poddać dobrowolnie wszystkim potrzebnym badaniom w jak najszerszym tego słowa rozumieniu, przy czym nie wolno mu zrezygnować z niczego, a w szczególności umrzeć.

L: I owszem, słyszałam. Lecz certyfikat prawdopodobnie sfałszowany jest, a nadto bez znaczenia.

EN: To znaczy, że on przebywa u nas niejako w podróży służbowej na delegacji, że tak powiem?

L: Delegacja w proszku. Rozpuścić w niewielkiej ilości zimnej wody, rozetrzeć to, co pozostanie możliwie dokładnie i gotowe!

EN: Czy to prawda, że G. jest uważany od pewnego czasu przez Centralę za formalną świnię?

L: Oczywiście! Czyżbyś nie zauważył jego świńskich oczek? A ogon? Czy człowiek ma ogon? Powiedz, no?

EN: Tak, tak i szczecina. Ale będą wspaniałe kiełbaski! (zaciera ręce)

L: W porządku. Jak trzeba będzie, to znaczy, jak przyjdzie na to odpowiednia pora, zamówi się rzeźnika, z humanitarnie ostrym nożem i ciach!

EN: (obmacuje G.): Tłusty, co?
(do G.): Nu, nu, niech się nie boi! Niczego śwince nie zrobimy! Podchowamy tylko troszeczkę, a później - ciach!

(Wszyscy aktorzy, zaczynając od L., coraz bardziej opętańczo drą się nad G.)

G: (w chwili ciszy): Co to było?

L: Przyszły instrukcje z Centrali w twojej sprawie. Podobno jesteś nie byle jaką świnią.

G: Ba! (dumnie)

EN: No i zalecili, żeby cię jak najszybciej utuczyć.

L: Podobno lubisz być karmiony anty-ciszą.

EN: Właśnie po raz pierwszy, ale nie ostatni, to zrobiliśmy.

L: Robimy, co możemy. Dla ciebie. Dla Centrali. Dla wyższego dobra.

EN: Ostatecznie społeczeństwu też należy się od nas ogarek.

L: Trzeba go będzie w ogóle ogrodzić po pewnym czasie i to z możliwie największym hałasem, żeby utył, jak trzeba. A naokoło strefy urojonej ciszy. Żeby się bał, żeby nie uciekł. Żeby nam zdrowo utył.

(Scena ze świnią dotyczy O. lub G., ale raczej G.)

EN: Można by go zatrzasnąć w abulii.

G: O Jezu! A co to? Czy aby nie boli?

EN: To dziwne, jak wszystko się zmienia. Przecież jeszcze do niedawna był zaledwie osłem. Miał wielkie puszyste uszy, zaprzęgałem go do Mercedesa, a on był uparty. Nie można było z niego wydusić ni grama ponad 100-150 kilometrów na litr.

L: Normalnie, jak to osioł.

EN: Tak. Ale podobno ma mimo wszystko specjalne uprawnienia nadane przez Centralę. Mówiono mi, że potrafi samym wysiłkiem woli podnosić wuelokaratowe hektary, czy coś w tym rodzaju.

L: O, tak! Możliwości Centrali są nieograniczone.

EN: Na przykład ta wędrująca w poszukiwaniu swojego człowieka nerka, czy trucizna wynaleziona niedawno przez laboratoria Centrali.

L: Trzeba przyznać, że była bardzo operatywna. A jak przebiegła! Poprzedni badany schował się za fotel, potem się zapadł pod ziemię, a mimo wszystko go odnalazła i wypełniła swoje zaszczytne zadanie bez pudła.

EN: Pod ziemie się zapadł chyba jednak po, a nie przed. Nie przed nią.

L: (macha ręką): Ech tam! Wszystko jedno! Byle do przodu!

G: Konstruuję kolejny raport do Centrali.

L: I tak mu to już chyba niewiele pomoże.

*

   Bardzo dobrze by było, gdyby w spektakl wmontował reżyser żywą współczesną muzykę bitową lub tzw. poważną. W tym ostatnim przypadku - awangardę. Do spektaklu I (przewidywana premiera na scenie okrągłej Teatru Ateneum, spektakl w wykonaniu grupy A.R.A.) proponuję wykorzystać muzykę Tadeusza Woźniaka oraz jego samego jako wykonawcę tej muzyki. (Tadeusz Woźniak - P., Motyw Główny - MG.)
    Obsesyjny Motyw Główny na bardzo nośnej formie bolera, podany początkowo kameralnie, oszczędnie, następnie narastałby, wszechobejmował widownię, stałby się wszechobecny pod koniec przedstawienia. Nie wolno zapominać o tym, że spektakl winien również przyciągać ludzi, których zdolne są poruszyć tylko rzeczy wyraźne, malowane grubymi pociągnięciami. Ostatecznie mały będzie z tego teatru pożytek, jeżeli jego kariera skończy się po kilku przedstawieniach.
     MG musi być już podany przed spektaklem, podczas realizacji TK. Ma on towarzyszyć obrazom niemego filmu podczas TK. Wykonawca TW z gitarą, w ciemności. Następne momenty i sposoby wprowadzenia żywej muzyki i żywego wykonawcy na scenę pozostawiam reżyserowi spektaklu. Mogę jedynie sugerować mu następujące rozwiązania: podanie MG przez TW podczas ewentualnych przerw, wtedy TW śpiewałby ludziom w hollu, obok bufetu, koło szatni, pośród ludzi. Można by było w pewnych, uzasadnionych dramaturgicznie momentach, zawieszać przedstawienie (znieruchomienie akcji? ostentacyjnie jednoznaczne zawieszenie przedstawienia?).
     W innych momentach można by było stwarzać takie sytuacje sceniczne, w których przez potrzebnie długi moment na scenie nie byłoby nikogo. Na przykład:

EN: O. lada moment będzie po sobie.

G: Ja myślę! Koń by nawet tyle nie wytrzymał. Ma i tak zdrowie z najdroższych pozłacanych kamieni.

L: Tak, tak. O. należy się niewielki urlop.

G: Zarządzam urlop! Urlop dla wszystkich! Urlop dla G., L., EN i O.!

(Wszyscy zaczynają wychodzić za kulisy, ale jeszcze wcześniej, po ostatnich słowach na scenę wchodzi i zaczyna grać TW. Po potrzebnym czasie wszyscy wracają. TW wychodzi.)


     O ile dotychczas aktorzy byli ubrani np. w kitle lekarskie albo mundury SS-policji, o tyle po powrocie mogliby, po odpowiedniej charakteryzacji, zagrać sytuację inkwizycyjną: habity, nieco inny styl gry itd.

EN: No, ale odpocząłem! (przeciąga się) Lato tego roku nad morzem było naprawdę cudowne!

G: Tylko ten tłum w pociągach!

L: Tak. Gdyby ci z Centrali musieli jeździć pociągami, na pewno mielibyśmy dużo więcej pociągów. Dla każdego osobny pociąg.

G: Dla wszystkich nie starczy luksusu. Trzeba racjonować nawet i wygody.

EN: Szczególnie. Ale gdyby.

G: No, nie mędrkować! Dalej, do roboty! (i przedstawienie toczy się dalej)

     Pretekstem do zawieszenia przedstawienia może być również niby-noc. (G: No, dzieci! Spać! Wszyscy spać! - i następnie wszyscy zasypiają wprost na scenie.)

     Innym sposobem zawieszenia przedstawienia, z którego, szczególnie pod koniec, trzeba będzie dość często korzystać, będzie wchodzenie TW w akcję, dziejącą się na scenie (wyłapać i określić te momenty) i nałożenie się na nią, a następnie wyłączenie jej zupełnie na jakiś czas. W takich sytuacjach winien się spontanicznie stworzyć improwizowany chór śpiewający MG wraz z TW plus gitara, ewentualnie MG przetworzony elektronicznie. Z tych elementów stworzyć można potężny chór. W materiale znajdują się nuty i teksty również innych muzyk - gdyby zaistniała konieczność rozszerzenia repertuaru. Jednakże najlepiej by było, żeby całemu przedstawieniu - od początku do końca towarzyszył raczej MG. W takim przypadku winien on być również podany także i po zakończeniu spektaklu, w szatni, przed wyjściem z teatru, a ideałem byłoby zawiesić głośniki na słupach odległych od teatru o 100, 300 itd. metrów, tak, żeby MG podawał sobie opuszczającą publiczność coraz dalej, coraz dalej, coraz dalej. Byłoby bardzo dobrze, gdyby można było szybko wyprodukować płytę z MG i sprzedawać ją podczas spektaklu, przerw, przed i po spektaklu. Niezbędny byłby również większy, wydany przez Grupę program, w którym zmieściłyby się nuty i tekst do MG "Didaskalia" w postaci dramaturgicznej i egzemplarz reżyserski "Didaskaliów", wypowiedzi członków Grupy i krytyki, dodatkowe materiały autorskie i inne.

     Czy nie byłoby dobrze sprawę wieloznaczności Ludzi Centrali i sytuacji, jaka istnieje na scenie, rozwiązać w ten sposób, żeby wszyscy aktorzy (za wyjątkiem O. - dla niego trzeba by wymyślić co innego) byli ubrani wg schematu: habit mnisi, pod tym kitel lekarski, pod tym mundur SS-policji, pod tym lub przed tym jeszcze coś, i jeszcze coś. Nie wszyscy oczywiście naraz. To samo by można zdaje się uzyskać w ten sposób, że każdy z aktorów byłby jednocześnie na scenie kim innym.
     L. mogłaby być mniszką (habit), G. - lekarzem (kitel), En - gestapowcem (czarny mundur z trupią czaszką).

     Jednym ze sposobów (oprócz tego, że służyłyby one jako teksty) wykorzystania na scenie współczesnej poezji byłaby recytacja wierszy do czy na tle MG lub śpiew TW do recytowanego wiersza. MG może być też śpiewany przez wszystkich aktorów po kolei, a także nucony lub śpiewany podczas scen, a których ci aktorzy tylko działają, natomiast nie mają partii dialogowych, albo w których brak dla nich ścieżki scenicznej w danym momencie. Na motywie MG mogą być też podane pewne partie tekstu samych "Didaskaliów". Zabieg ten można by było potraktować jako jeszcze jeden rodzaj zagęszczenia scenicznego. Motyw MG chwilami może być podawany tylko z głośnika.

L: (do O. - jąkając się. W ogóle jąkać się można zarówno L., jak i pozostałe Osoby częściej. W skrajnym przypadku jedna z Osób może być jąkałą permanentnym): Rzucimy wszystko. Wyjedziemy stąd. Dostałam od kuzynki ze Szwecji wspaniały chromoniklowany onanizator onanizujący krzesła. Nowy model. Można z niego wykrzesać dowolne krzesło oraz masę innych rzeczy. Będzie nam wspaniale. Tak pięknie na świecie.

EN: Piękna pogoda. Bzy. Pachną bzy. Zgadzam się. Zgadzam się na wszystko (wyjmuje paszport z kieszeni). O, tu mam paszport! Będziesz mą jeszcze dzisiaj! (kopie O.)

L: Halo! Halo! Centrala?! Halo!

Mg: Tu Pan Bóg! Tu Pan Bóg! Wzywałaś mnie, moje dobre dziecko?

L: Co robić? Co mam dalej robić?

Mg: Pojęcia nie mam. Radź sobie dalej sama, we własnym zakresie. Pamiętaj jednak o wszystkim, o czym należy pamiętać!

L: En jest hochsztaplerem. To wielokrotny morderca, przebrany dla niepoznaki w mundur SS-mana! O. jest buc może niewinny! Tak bym już chciała odpocząć.

Mg: Recepta jest tylko jedna. Jedna! Słyszysz? Ale niestety jej nie znam.

G: Szybciej! Szybciej! Kończmy to już! Mam w domu matkę! Muszę jej przyprowadzić lekarza. Jest umierająca! Wyskoczyłem tylko na moment!

EN: (marzy): Ja też miałem kiedyś matkę. Była wspaniała i siwa. Miała 8 i 34 centymetry wzrostu. Wielkolud! Biedaczka. umarła na megalomanię.

L: (do O.): En jest pogrobowcem. Urodził się kilka lat po pogrzebie swojej ostatniej matki. Tylko przez przypadek! Zaręczam! Mam na to niezbite dowody (pokazuje na własne piersi - bierze je w dłonie). Widzisz? Zauważono to wszystko dzięki zbiegowi okoliczności. Tylko dlatego! Musisz! Musisz mi uwierzyć! Kocham cię! Kocham cię od pierwszego spojrzenia! Trzeba było dokonać cesarskiego cięcia. No?.

EN: (chichocze): Tru(p) (m)iennego!. Ułożenie główkowe! Ja, ja! Slonina! (stuka się po głowie) Moja glowa! Gut! Oooo, gut!

O: Mhy. Więc stąd on taki, jakim jest. Rozumiem. Rodzaj socjalizacji narzuca yyy tego.

L: Tak. Poród odebrali (mu) grabarze. Łopaty. Następnie kłopoty. Wiele niestety kłopotów. Życie. Ech, życie, życie! (macha ręką)

*

Głosy, Głos, Głos z Mg mogą okresowo być modulowane (zniekształcone, przesterowane, z pogłosem).

*

G: I, cholera! Okazuje się, że O. nie jest szczęśliwy! A przecież tyle dla niego zrobiliśmy! Jak można tak niewdzięcznym być?! Dla nas, dla swoich oprawców?! Przecież torturowaliśmy go jak należy. Nie może mieć do nas pretensji. Robiliśmy co mogliśmy. Robiliśmy swoją robotę - przecież chyba dobrze, co?
(O. rozkłada ręce na znak, że owszem, ale.)
Co robić? (bierze głowę w dłonie) Co robić?!

EN: Oj, da nam Centrala po tym przeoczeniu!

L: Trzeba go natychmiast jakoś uszczęśliwić! Niedopuszczalnym jest, by było inaczej!

EN: (bije O.): Człowieku! Bądź szczęśliwy! Bo jak nie.

O: Skąd wiesz? Kto ci to powiedział? Kto komu kiedy dał takie prawo - i za co? Chyba że w grę wchodziła sowita łapówka.

(Tymczasem En szpera po kieszeniach O. Znajduje dokument lub znaczek.)

EN: (triumfalnie): Wszystko wyjaśnione! Zdemaskowałem go! (cofa się przerażony) To tajniak! To tajniak z Centrali!

L: (bije z rozmachem w twarz EN): Cicho, ty bęcwale! Nie słyszysz, że dzieci już śpią! (do siebie) Trzeba będzie rano wyjść po mleko. Cicho!. Jeżeli ci cokolwiek miłe. Czy myślisz, że ja nie wiem o wszystkim?. Jak śmiesz!. Po mleko i bułki, hm.

G: Cicho, cicho dziecko!. Po prostu udawajmy, że niczego nie wiemy. To dobra metoda. Już nieraz ją sprawdzano z powodzeniem. To co? - Nie wiemy nic, niczego nie widzieliśmy, wszystko jest, jak gdyby nic. Co?. W porządku?. Ręka rękę myje, noga nogę bije.

O: (zrywa się sprężyście): Zarządzam wewnętrzną kontrolę ideologiczną! Sprawdzamy czystość i wysokość Idei! L!

L: Słucham!

O: Test nr x.

(L. recytuje i tak po kolei wszyscy. Następnie O., jak gdyby nigdy nic, na nowo staje się badanym i maltretowanym.)

G: (do EN): Chciałeś prysnąć z kraju! Podejrzewałem cię od dawna! Nie wiedziałem tylko właściwie o co! Zdemaskowałem cię!

EN: A co miałem robić. Lada moment przecież przyjdą tutaj po mnie. A potem przesłuchania, wyrok, szubienica. Nie znoszę szubienic. Nie, żebym się bał, po prostu nie lubię. Pamiętam, mama zawsze na śniadanie podawała złote szubienice. Ach, to była matka! Z groszkiem. Chodziliśmy wtedy do szkoły. Pamiętam.

L: (do O.): To nic, że jestem w ciąży jeszcze dziewicą. Będzie nam dobrze ze sobą. Mam troje dzieci, a każde nieślubne. Kupię ci domek za miastem, samochód marki Chrysler-automatic-veru-lux. A naokoło róże. Tylko róże. Będziemy się w nich kąpali. Do łóżka ci nasypią cytryn, a przed każdym pocałunkiem wykąpię się w roztartej mięcie i popiskiwaniu jaskółek. Ach, będzie się dławił różami nasz domek, a słowików naokoło tyle, że aż będzie gęsto. Posadzimy w ogródku najczulsze nasze gesty, będę je podlewała jaśminem i łzami. Łzami szczęścia. Serduszka w oknach i ustępach, serduszka w marzeniach, w piersiach naszych, pod płotem, na drzewach, klombach, przeoczeniach - wszędzie, wszędzie! Wyłącznie serduszka: maleńkie bijące serduszka - ogromne oraz lilipucie, miękkie, różowe, a także fantasmagoryczne. Już od młodości hodowałam w sobie wciąż inne i niezliczone talenty.

EN: A przecież ja nie umiem ani pisać, ani czytać, ani nawet mówić. Ooo! (pokazuje, że nie umie mówić) Mmmm! Ummmm! Uuuuuum!

O: Każdy najmniejszy gest tutaj jest podsłuchiwany. Centrala skonstruowała maszyny do patrzenia. Widzą dosłownie wszystko: słowa, pierożki nadziewane mięsem, niedzielę i to, co minęło.

EN: Ja też kiedyś należałem do ZSP. Związek Zrzeszenia Piłatów. To nic, że G. jest śmiertelnie chory. To nic. To przecież nie o mnie chodzi. Ja jestem cały inny. Nie znoszę szmaragdami wysadzanych popielniczek. Czytelniczek pogody i mięsa. Chyba żeby chodziło o wołowinę lub mięso wdów mamutów.

G: (do EN): Mam raka,. Może byś nabył? Odstąpiłbym nawet niedrogo. Wątroby raka. No?

EN: ąąąąą! ęęęęę! yyyy!

G: Mógłbym ci go przedwczoraj niestety podrzucić, podłożyć, podkłamać, lecz jestem niestety uczciwy. Niestety! Być uczciwym - to uciążliwe! Moglibyśmy ostatecznie założyć hodowlę raków. Impreza eksportowa. Paryż! Ostenda! Zawsze marzyłem o dalekich podróżach, w postaci podróżującego. Z kurczakiem w sakwojażu, z planem podróży gotowym.

O: Kiedy dostałem od naszych władz żelazny glejt zasługi I klasy, natychmiast kazałem go poniklować, ażeby nie pokrył się rdzą albo czymś podobnym.

G: (stacza walkę bokserską z cieniem): Do olimpiady jeszcze kawał kondycji. Ochłap choćby. Strzęp. Zrywają się oklaski. A ja w mordę! W brzuch! W węzeł słoneczny! Przeciwnik na pysk! Leży. Prawa kontra! Unik. Nogi jak maszynki do mielenia turbogeneratorów proroczych. Owacja. Znowu unik! W mordę! Krew! Strumień krwi! Bryznął! Najbliższy widz ociera twarz rękawem. Oblizuje się. Mamy go! Mamy! Za chwilę przeciwnik padnie po raz ostatni na deski, będzie go można rozerwać na strzępki, rozdać wśród widowni. Tu nie ma żartów! To jest, panie, walka serio! Przegrany przegrywa, a wygrany go zjada, panie! Do olimpiady daleko! Trzeba trenować z uporem i z podłością. Kopa lat. (potrząsa ręką O.)

O: (wręcza mu glejt): Przyda się panu. Prędzej dopuszczą do reprezentacji. Korupcja jak diabli. I upał. Ciągle upał. Co oni tam w tej Centrali sobie myślą. Przydziały dawno się sprzedały, czy tak?

EN: Od lat jest niedziela.

O: Każdy każdego podejrzewa, śledzi. Śledzia na wagę! Złota - brak.

L: (po cichu do O.): Ciiicho! Jestem z kontrwywiadu. Cała tajna. Przebrali mnie dla niepoznaki za mnie samą. Bo jak się przebierze kogoś za kogo innego, to od razu podpada. Jestem as, wiesz? Przez ostatnie trzy lata latałam koło pewnej sprawy. Co ja się nie nahodowałam słowika! Żeby przynajmniej pisnął, bąknął albo co innego! Lecz - gdzie tam.

EN: (pokazuje): Jest pedałem przebranym również za hochsztaplera. Może to dlatego, że przedtem udawał sztaple leśne, niewykluczone zresztą, że było akurat odwrotnie. To były morderca. Udaje, że jest uciekinierem z domu obłąkanych. Bo wie od dawna swoje. Smaruje czym może i gdzie. I, o dziwo, jakoś jedzie. Ale ile go to kosztuje, wie on tylko sam. I jak tak długo można?. Tarcie.
Jesteśmy na stałym podsłuchu (po cichu do O.). To dlatego mówię tak i takie rzeczy. żeby się nie zorientowali. Rozumiesz. Nic się nie bój. Wiem swoje. Wiem niejedno, nie drugie, nie trzecie.

*

    Ścieżki wizualne do dowolnej partii dialogu: gra "w klasy", gra w "tosi-tosi-łapci", ew. gra w "Dupaka". EN przepoczwarza się w motyla, ktoś ciągnie zza kulis za linę, do której jest uwiązany (ewentualnie) G., scena wzajemnej, ale doszczętnej wymiany garderoby między wszystkimi, jakby nigdy nic, albo z komentarzem (fragment wolnego dialogu), sztuczne ognie, wszyscy gwałcą O., wszyscy wyrywają O. chory ząb, EN pijany, scena obżerania się jabłkami.

*

L: O, bo metody treningów współczesnych są bardzo racjonalne. Bo czyż nie chodzi o to, aby on (pokazuje na O.) reprezentując nasze barwy skoczył na najbliższej Olimpiadzie 12 metrów, nie licząc sekund? Absolutny rekord wszystkiego! Złoty medal dla nas, a dla niego chwała. Trzeba tylko umieć z niego wydrzeć jego możliwości. Nasz Instytut powołany na gruzach zburzonych.

G: Trzeba nauczyć go jeszcze chyba wiele. Czy na przykład potrafiłby wydrążyć w powietrzu kanał dla przelotu samolotów? Albo, dodawszy oczywiście jaja, zrobić z powietrza makaron, jakiego by się nie powstydził tatar? I następnie z kawałkiem powietrza podać do nieistniejącego stołu, zalać to wszystko sosem z sosem lub tatarskim konikiem z powierzchni przedmiotów przezroczystych, tataraków albo dętych, i tak dalej.

L: (pokazuje na O.): Bo czyż on jest rybą? Ciągle mu jeszcze brakuje wiele. Modne są przecież skrzela na gazowym gwincie. Centrala dopomina się szczegółów. I nic przecież dziwnego. (do O.): Nie pozwalaj się nigdy dotykać. Każde dotknięcie coś znaczy. Albo może znaczyć. Wszystko jedno. Ważna jest zasada. Gdybyś zapomniał kiedykolwiek o tym, przypomnij sobie, co ja ci na ten temat mówiłam. Będzie nam z sobą być może nienajgorzej. Zaoszczędziłam ci wielu wymówek. To nam pozwoli żyć cicho i dostatnio.

*

EN: (wykrzykuje jak roznosiciel gazet): Wstrząsający wypadek truizmu! Dokąd się toczy ta cywilizacja?! Człowiek! Truizm! Paryż! Wystarczy pojechać na moment, ażeby zobaczyć! Spojrzeć, aby zgłupieć! Poród Polaka przyszłości!

L: Ach! tak. Rzeczywiście! Słodka trucizna, której działania się nie zauważa na sobie.

G: Na przykład Iks. Zmarł jako znany wszystkim przedtem Iks, to znaczy przestał być Iksem, a pozostała z niego tylko pusta forma Iksa! Niezwykle podstępna trucizna!

EN: Rzeczpospolita Przyszłości! Istniejąca nie na naszych oczach, bowiem zupełnie gdzie indziej!

L: Płukano, owszem, to, co pozostało po jego zewnętrznościach, bezskutecznie. Same niestety pieniądze. A właściwe - glina. Taki rodzaj ziemskiego gówna do nabywania prawa do posiadłości, przeważnie błyszczącego gówna.

G: Nie mówię, że cywilizacja mi się nie podoba. Jest tak, jak jest, a zatem jest właśnie tak. Co to ja chciałem powiedzieć? Aha! Nic. Prawie nic.

O: Teraz rozumiem, że III wojna wybuchnie niechybnie. Lada moment. Właściwie toczy się ona od dawna. Ale od ostatniej nauczyliśmy się rozkładać jej początek i ciąg dalszy na momenty niezauważalne dla nas samych.

G: A pewien facet swoim serdecznym kumplom dał w dupę takiego kopa, że aż się im gwiazdy pokazały w oczach. Nazywał się Nikson.

EN: Była połowa roku 1971. Kumple będą mogli sobie dzięki temu sięgnąć po gwiazdy, które im się pokazały po oczach, by im się przyjrzeć z bliska. Dotychczas było im to niedostępne.

G: Znam osiem języków.

L: Żeby miał przynajmniej w jednym cokolwiek do powiedzenia. Po co mu aż ich tyle, do tego, żeby mówić nic?

O: A swoją drogą ci na Zachodzie mają nienajgorszych chorążuków. Wyprodukować taką wspaniale, bo niezauważalnie działającą truciznę! Niebywałe!

L: Tam dzieją się rzeczy, do których, czy aby i nie my idziemy? Moją najbardziej tkliwą, oszałamiająco atłasową, pierdolą teraz za pomocą, co mówię!, zielonych papierków faceci o brzuchach wzdętych spermą, zresztą przeciętnie o 6000 procent bardziej podobno przystojni od naszych. A jacy wypielęgnowani!

*

     Słychać grę na skrzypcach. Konstruktor lat 60, bardzo podobny do znanego ze zdjęć Einsteina (K - konstruktor), po rozjaśnieniu zamarły w pół gestu z instrumentem w rękach. K. bierze kilka fałszywych akordów. Chodzi. Odkłada skrzypce. Siada w fotelu. Czyta na głos gazetę.

K: Największa katastrofa wieku! Według najwiarygodniejszych doniesień zginęło nie mniej niż półtora miliona! Trupy znajdywano w promieniu wieku kilometrów. ONZ wzywa wszystkie kraje do niesienia pomocy. Jak donoszą wszystkie agencje, dziś o świcie wojska przekroczyły granicę i posuwają się na zachód od rzeki. Wojna ta grozi wybuchem konfliktu światowego.

(K. odkłada gazetę, wstaje, chodzi, mruczy coś. Dzwonek, jakby u drzwi. K. schodzi na moment, wraca z telegramem w ręku. Rozrywa go. Czyta.)

K: Zintensyfikować badania. Zrobić wszystko, żeby wyprodukować możliwy do przyjęcia wariant. Teraźniejszość jest modelem nieudanym. Konflikty mnożą się nieustannie. Punktów zapalnych przybywa. Parametry niebezpiecznie oscylują wokół punktu zerowego. Jesteśmy głęboko zaniepokojeni. Podajemy nowe koordynaty: ipsylon-ipsylon-trzy, omikron-aliteracyjny. Inne koordynaty bez zmian. Życzymy powodzenia.

(Uwaga: całą partię monologu K. można rozegrać za sceną lub w głośnikach.)

(K. chodzi, zastanawia się. Podejmują decyzję. Organizuje wokół siebie jej elementy: poprawia ubranie, znowu poprawia ubranie, znowu poprawia na sobie ubranie, przesuwa fotel, lustruje z uwagą scenę. Otwiera oparcie fotela. Widać pulpit sterowniczy. K. przyciska kilka guziczków, przekręca jakiś mechanizm i pokrętła. Powoli gaśnie na scenie światło. Seledynowe światło staje się bardziej intensywne. Podczas wyciemnienia na scenie zostaje zamontowane urządzenie do produkcji wariantów rzeczywistości (teraźniejszości). Urządzenie jest martwe. K. zastyga przed maszyną w pozie zamyślonego człowieka. K. naciska szereg przycisków maszyny. Maszyna zaczyna się coraz intensywniej jarzyć. Migają różnokolorowe lampki czujników. Zaczynają się (w półmroku sceny) obracać jakieś jej ruchome części. Maszyna wydaje gamę różnych odgłosów: ssących, wizgów, klapnięć, stuknięć. Wszystko jednak w zwolnionym, lunatycznym tempie. Poruszenia K. również lunatyczne, zwolnione. Nagle słychać z maszyny jakiś niby to krzyk, niby jęk. W widmowym świetle widać, jak powoli otwierają się niewidoczne do tego momentu drzwiczki w maszynie, spoza których wyczołguje się na scenę, przed maszynę część psa (papier-mâché). I część psa kręci się bezradnie dookoła siebie. K. wolno, dokładnie depcze psa. Jeszcze drgającą, żywą masę, wrzuca do innego otworu maszyny. Zmienia się gama odgłosów, wydawanych przez maszynę, wysuwa się długi, dość gruby wąż w łuskach rybich zamiast skóry. K. wydostaje spoza maszyny olbrzymią pincetę, którą ujmuje łeb węża. Wkłada go do otworu do unicestwienia. Wąż jest teraz produkowany przez maszynę i jednocześnie unicestwiany natychmiast przez nią samą.
K. przyciska jakiś guziczek na sterowniczym pulpicie maszyny, materializacja węża się urywa. Dość długo maszyna pracuje bez widocznych efektów. Następnie krzyk człowieka. Z urządzenia wypada osobno: ręka, noga, tułów, głowa człowieka. Części wyprodukowanego człowieka wiją się przed maszyną - każda osobno. J. mówi: potrzebny mi jest mądry pomocnik. Milczy. Mówi znowu: Asystent! Jestem już za stary i bardzo zmęczony. Trzeba przeprowadzić jeszcze tyle doświadczeń! K. jednocześnie wrzuca wijące się części człowieka do otworu anihilacyjnego. Kiedy bierze do rąk głowę, ta odzywa się:

GŁOWA: Nie niszcz mnie. Nie niszcz mnie! Mogę ci się przydać. Wiem bardzo wiele! Będę za ciebie myślała. Nie mam żadnych specjalnych wymagań. Poczekaj! Poczekaj! Zastanów się!

K. nie zważa na to, co mówi głowa, zamierza wrzucić ją do otworu unicestwiającego. Głowa gryzie w rękę K. K. upuszcza głowę z okrzykiem bólu. Sięga po pincetę. Głowa zaczyna coś ze strachu bełkotać, następnie tuż przed otworem dematerializującym opętańczo wyje. Tak krzyczy człowiek spadający w kilkunastopiętrową przepaść. Ale jest już po wszystkim. K. jest zdenerwowany, trzęsą mu się ręce. Sięga po butelkę, nalewa i wypija łyk wódki. Zapala papierosa.

K: Maszyna musi mi urodzić go. Pseudo-człowieka z mózgiem klasy Einsteina.

K. długo manipuluje przy przyciskach. Buczenie maszyny narasta, światła na moment rozjarzają się bardzo mocno. Z drzwi urządzenia lub zza kulis wysuwa się człowiek. Człowiek ma lat ot. 50. Jest nagi (obcisły, cielisty trykot). Człowiek poprawia sobie zmierzwione włosy.
K. podaje mu kombinezon.
Człowiek milcząc ubiera go. K. częstuje człowieka wódką.

K: Jak się czujesz?

CZŁOWIEK: Dobrze. Wiem wszystko. Nie musisz niczego tłumaczyć. Jak chcesz mnie nazywać?

K: Einstein. Będę cię nazywał Einstein.

EINSTEIN (E.), czyli CZŁOWIEK: Jestem stworzonym przez ciebie pseudo-człowiekiem?

K: Ach, nie! Ja jestem tylko wykonawcą. Twoją matką jest to (pokazuje) urządzenie.

E: Mamy wyprodukować optymalny wariant przyszłości?

K: Tak. Przyszłości Świata.

E: Słuchaj, a ty kim jesteś?

K: Jestem tym samym, czym ty.

E: Pseudo-człowiekiem?

K: Tak. Jednym z pierwszych modeli. Ale nie przejmuj się. Nie można nas odróżnić od człowieka urodzonego przez kobietę.

E: Czy rzeczywiście niczym nie różnimy się od nich?

K: Możesz być pewny. Pracuję już nad tym urządzeniem kilkanaście lat.

E: Czy jesteśmy traktowani gorzej?

K: Nie. Nikt zresztą, poza kilkoma osobistościami oraz uczonymi, nie wie, jak powstaliśmy. Innych traktują nas jak sobie równych.

E: A zatem - nie inni, tylko tacy sami jak my?

K: Tak. tak. Masz rację.

E: Jeszcze jedno.

K: Mówiłeś, że wiesz wszystko.

E: Wiem, co mam robić, wszystko, co trzeba - umiem, ale chcę zadać ci pytanie innego rodzaju.

K: Zdaje się, że domyślam się, o co ci chodzi.

E: Czy rzeczywistość, w której się znajdujemy, została również wytworzona sztucznie? K: Spodziewałem się, że właśnie o to zapytasz. Tylko że trzeba pytanie to sformułować nieco inaczej. Na przykład tak: czy teraźniejszość, to znaczy część rzeczywistości dziejącej siej, aktualnej, jest wytworzona sztucznie?

E: O to mi chodzi. Domyślam się twojej odpowiedzi.

K: No to do roboty! E: Od czego zaczynamy?

K: Oczywiście. (śmieje się) od początku!

E: Na początku było słowo?

K: Właśnie, właśnie!

E: Jaki masz plan?

K: Aksjomaty pierwszego wariantu przyszłości Świata, którą należy przekontrolować.

E: Po jednej stronie konsekwencje dodatnie wynikające z wariantu, po drugiej ujemne. Saldo.

K: Tak. Ale to nie takie proste. Pamiętaj, że nasze urządzenie w dosłownym tego słowa znaczeniu materializuje przyszłość Świata. To, co wytworzy urządzenie, natychmiast staje się rzeczywistością obowiązującą wszystkich.

E: Także nas?

K: Oczywiście, niestety. Ale dzięki temu będziemy pracowali z poczuciem większej odpowiedzialności. Nic tak nie daje dobrych wyników, jak taka sytuacja. Kucharka musi zjeść zupę, którą gotuje.

E: A co z naszą przeszłością?

K: Na tę nie mamy wpływu. Została wyprodukowana przez urządzenie, którego nikt nie kontrolował. Nazywa się je Historia.

E: Przez duże H?

K: ONZ przysłała wczoraj zespół wymaganych norm, które należy wziąć pod uwagę konstruując przyszłość.

E: Zna, znam! Wmontowałeś je we mnie budując program stwarzanego przez maszynę mego mózgu: szczęście człowieka, szczęście człowieka. i.

K: Szczęście człowieka! Dobre sobie! Oni tam myślą, że to już wystarczy.

E: Co to właściwie jest szczęście?

K: Bieda w tym, że jest to pojęcie niedefiniowalne. Interpretuję te zalecenia na swój sposób. Będziemy się starali stworzyć przesłanki stochastycznego szczęścia dla największej grupy ludzi.

E: No tak. Zasada jest prosta: setki receptorów maszyny jest podłączonych do rzeczywistości, pobiera z niej informację.

K: Maszyna widzi, słyszy, dotyka wszystkiego. Dławi się aż od nadmiaru informacji. Potoki mega-bitów drążą w jej wnętrzu szerokie korytarze. Ona je porządkuje w sobie, uogólnia. W każdej chwili wie wszystko: z milionów punktów Globy ssie dla siebie dane o aktualnej temperaturze, o możliwości wybuchu lokalnych wojen, liczy zabitych na wojnie, wie o kolejkach po mięso, zna problemy każdej mrówki z milionów kopców w dziesiątkach tysięcy rozrzuconych po ziemi lasach.

E: Doskonałe urządzenie. To duży krok, który zrobiła nasza nauka. Wszystko się da więc obliczyć, zmierzyć, popukać po głowie?

K: Świat jest doskonale zracjonalizowany. Przyszłość nasza zależy teraz tylko od nas samych. Jeżeli jest nie tak, jak byśmy tego pragnęli, to to już nasza wyłącznie wina.

E: Czy masz żonę? Co robisz poza pracą? Czym się interesujesz? Jakie są twoje rozrywki? K: Nie obawiaj się. Pomyślałem o wszystkim. Nie pozwolę ci się nudzić. Nikomu się nie pozwolę nudzić. Praca to nie wszystko. Pamiętaj, że to urządzenie potrafi właściwie wszystko. Trzeba także pamiętać o sobie. Mam pewien plan, sam zobaczysz.

(Przez cały czas K. i E. jednocześnie pracują przy urządzeniu: manipulują przyciskami, pokrętłami. Maszyna rozjarza się zmienną gamą świateł, produkuje różnorakie dźwięki.)

E: Zdaje się, że jesteśmy gotowi. K: Włóż aksjomatyczny zespół do otworu.

(E. wrzuca do otworu urządzenia kartkę perforowanego papieru. Maszyna rozjarza się, zaczyna mówić - głośnik.)

I GŁOŚNIK: Na Przylądku Kennedy'ego wylądowała rakieta kosmiczna. Powraca ona z Alfa Centauri. Załoga.

II GŁOŚNIK: (przekrzykując Głośnik I): W Kongo wybuchło kolejne powstanie. Ilość zabitych równa się trzysta osiemdziesiąt tysięcy osiemset czterdzieści trzy. Temperatura o szóstej nad ranem w tamtym rejonie wynosiła: w stolicy Konga, Brazaville - trzynaście stopni, na południu kraju jedenaście stopni, na pozostałych obszarach podobnie. Widzę, jak zasztyletowują jakiegoś człowieka. Chwileczkę. No tak: ma troje dzieci. W dzieciństwie przechodził śpiączkę tse-tse. Podaję stan upływu krwi z jego tętnic: cztery litry, trzy litry, osiemdziesiąt, trzy litry czterdzieści. Krew systematycznie opuszcza go. Morderca wyjmuje właśnie z jego szyi sztylet. W krwi ofiary utonęła mrówka z rodziny termitów. Kopiec tej mrówki znajduje się o trzysta metrów na zachód od największego dębu w okolicy. Dąb ten, zasadzony przed ośmiuset laty, ma osiem metrów w obwodzie. Trzykrotnie uderzony piorunem: w roku 1023, 1706, 1913.

I GŁOŚNIK: .załoga nie żyje. Automatyczne prowadnice nakierowują statek na Ziemię, kontrolują lądowanie.

K: (krzyczy): Wyłącz ją! Wyłącz ją! Niech to cholera! Ale wariant!

R: (wyłącza głośnik, robi się cicho): A co, wariant I ci się nie podoba? Za wiele zabitych? Suma zła w tym wariancie jest większa niż suma szczęścia ludzi?

(K. siada w fotelu, napycha i zapala fajkę, zamyśla się. E. rozbiera i następnie składa i wmontowuje fragment maszyny. Długie milczenie. E. nastawia radio, słychać fragment MG. Muzyka się kończy. E. włącza urządzenie. Maszyna zmienia wysokość dźwięku oraz emanuje z siebie poświatę różową.)

K: Przede wszystkim trzeba przezwyciężyć śmierć.

E: Długowieczność?

K: Tak. Praktycznie - nieśmiertelność.

E: Ale my przecież jesteśmy prawie niezniszczalni?

K: W pewnym sensie. Nas można po prostu odtworzyć. Zresztą tak jak i każdego człowieka. Ale mnie chodzi nie o odtwarzanie, ale o rzeczywistą indywidualną nieśmiertelność.

E: (spogląda w okno): Zdaje się, że ktoś nadchodzi.

(Dzwonek jak u drzwi. E. idzie za kulisy, o czymś mówi, wraca, wręcza K. list.)

E: To do ciebie. Z Instytutu Prognostyki.

(K. rozrywa kopertę, czyta, zamyśla się. E. siada w fotelu, obserwuje K.)

E: Żądają czegoś nowego?

K: Nowego wariantu. Trzeba natychmiast skierować teraźniejszość w inną stronę. W sytuacji, jaką wytworzyliśmy, może w każdej chwili coś się niedobrego zdarzyć. Podobno Amerykanie znowu coś nowego wymyślili. Jakąś nadprzestrzenną bombę czy coś w tym rodzaju.

E: Ci są pomysłowi! A jednocześnie przed chwilą maszyna podała, że w takim układzie parametrów, Murzyni u nich lada moment zaczną działania zakrojone na niespotykaną dotychczas skalę.

K: Jak coś się zdarzy, w powietrze wylecimy przede wszystkim my. Większość wyrzutni jest nakierowana w pierwszym rzędzie na nas. Stanowimy punkt newralgiczny każdej sytuacji. Żaden z przeciwników oczywiście nie może dopuścić do tego, żeby druga strona przechwyciła urządzenie. To by natychmiast groziło przegraną.

E: Trzeba by stworzyć człowieka doskonale przeciętnego. Statystycznie przeciętnego i dowiedzieć się, czego właściwie ten człowiek oczekuje po nas. Jak sobie wyobraża przyszłość. Czego pragnie. Jak chciałby się bawić, jeść, ubierać, kochać.

K: Sądzisz, że to by coś dało?

E: Bez tego chyba nie ruszymy z miejsca.

K: Rób co chcesz. Mnie to zaczyna już nudzić.

E: Lecz przecież to ty właśnie jesteś winny temu, co się naokoło dzieje. Powinieneś się starać wszystkiemu zapobiec. Znaleźć optymalny wariant. Ludzie ci ufają. Pozwolili ci decydować o swoim losie. Dali ci władzę.

K: Władzę, jakiej dotychczas w historii Świata nie miał nikt. No i co z tego? Powiadam, że mi się już to wszystko dawno znudziło.

E: Ile dotychczas wariantów wybróbowałeś?

K: Setki, setki! E: Rozumiem. Wszystkie były nie do przyjęcia.

K: Zawsze przyplątało się jakieś paskudztwo. A to zaraza, która wyniszczyła całe kontynenty, a to cyklony posiadające własne imiona, a to wojny.

E: Te są ostatnio przecież coraz rzadsze?

K: Ostatnio wydawało się, że już jest wszystko w porządku. No, prawie wszystko. Ale nie uwzględniłem chyba jakiegoś niedawno stosunkowo odkrytego prawa tak zwanej wartości dodatkowej i wszystko wzięli diabli! Pierwsza wojna światowa, II wojna światowa, potem szereg zaburzeń lokalnych, wreszcie.

E: Odpocznij sobie. Ja nie mam za sobą tego wszystkiego. Jestem wypoczęty. Popracuję. Stworzę następny wariant.

K: A popracuj, popracuj sobie! Ach, taki jestem dziś zmęczony!

(E. Wraca do urządzenia, manipuluje przy przyciskach. Maszyna zaczyna pracować w innym rytmie. ożywia się. Z otworu materializacyjnego wychodzi nagi człowiek.)

     Na scenie fotel Babci (B.), Światła na krótki moment przygasają, a następnie intensywnie zaczynają pulsować. Jednocześnie przez megafon bardzo głośno, ogłuszająco, głos + aktorzy zaczyna odliczać miarowo: 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1, 0, 0, 0.
     Światło gaśnie na dłuższy moment. Narastający czyjś jęk, a następnie przeraźliwy krzyk i wyciszające się rzężenie. Nagła cisza i następne rozjaśnienie. W fotelu Babcia.

*

Przejściem pomiędzy widownią idzie ku scenie EN z Babcią (B.). Babcia jest właściwie nie-Dziadkiem. Grają go wszyscy po kolei aktorzy na zmienę.

EN (młoda, śliczna): Czy to ostatnie nasze pożegnanie?

B: Słychać słowików śpiewanie.

EN: Wstałam dziś dosyć wcześnie. Zaczęłam żyć, a następnie odebrałam, nawet nie wiem dokładnie od kogo, te trzy telefony: drugi był głupszy od pierwszego, trzeci od drugiego, a pierwszego w ogóle nie było. Ten był, zdaje się, interesujący.

B: A jeżeli nawet nie był interesujący, to na pewno pierwszy. To zawsze coś znaczy. Pamiętam jak dzisiaj. Mój pierwszy chłopiec. A potem pierwszy walc, pierwszy papieros, pierwszy pierwszy lepszy, drugi pierwszy lepszy.

EN: I te de.

b: Tak. A potem płatki rdzy i powietrze - powietrze tak gęste, że można je było kroić nożem lub ogłupieć.

EN: Nie trzeba się podniecać. Niech B. się oszczędza. O, tu jest jakby coś. Kanapka z szynką i serem. Niech Babcia na niej usiądzie. Odpocznie.

(Na scenę wchodzi kopia B. i EN. Prowadzi z opóźnieniem ten sam dialog.)

B: I tak dalej. Czy wiesz, że kiedy ktoś mnie brał po raz pierwszy, to był tak wzruszony, że. Dawniej do takich rzeczy przywiązywało się niejedno.

EN: Po tych trzech telefonach on.

B: Ale ty przecież nie masz telefonu!

EN: A mimo to - dzwonił do mnie dziś rano ktoś kilka razy. Ja wiem, że to niemożliwe, ale jednak tak było. Przecież nie mogę zaprzeczać prostym faktom tylko dlatego, że są niemożliwe.

B: Już wiem. To mogło się zdarzyć i nie zdarzyć jednocześnie. Więcej: tak było, i jednocześnie tak nie było. W dzisiejszych czasach nie takie rzeczy się widziało. Gdybyś przeżyła tyle co ja, to byś się nie dziwiła niczemu.

EN: I nic więcej dzisiaj nie zdarzyło się takiego, o czym by było warto choć napomknąć. Rozumiesz? Absolutna pustka. Nic, do czego być się można było chociaż przez moment przyczepić, oprzeć się na tym, potraktować jako jakiś względnie stały punkt odniesienia, sposób na cokolwiek. Żebym przynajmniej wiedziała - sposób na co, albo przynajmniej - po co? A przecież upłynęła pewna ilość czasu, czasu, którego nie powróci nic, albo prawie nic. O tyle mniej życia.

B: Ze mną jest jeszcze inaczej: w moim pokoju po jednej stronie jest niedziela, od wielu lat ta sama parszywa niedziela, której nie mogę, nie potrafię zapomnieć, a po drugiej jeszcze piątek lub nawet wcześniej. To nie jest istotne.

EN: Normalne obsunięcie się czasoprzestrzeni. Znany ontologii przypadek uwielokrotnienia się rzeczywistości. Biorę do ręki szklankę i wyobraź sobie, że to nie jest szklanka! Zupełnie co innego! Bo jest to szklanka i jednocześnie co innego.

B: Coś wisi w powietrzu. ) tam (pokazuje).

EN: Atmosfera epoki. Normalka.

B: Czy słyszysz słowików śpiewanie?.

EN: Szczególnie podczas szczytowania.

B: Dawniej się takie rzeczy, moje dziecko, nie zdarzały. Dawniej na orgazm pozwolić sobie mogły tylko samodzielne kobiety, a właściwie damy. Było to tak rzadkie zjawisko, że aż cenne. O takim przeżyciu pamiętało się później latami. Pisało pamiętniki. Haftowało. jeździło na bicyklu. w Ogóle - świat był wtedy inny.

EN: Oj świntuszek z babci, świntuszek!

B: Nie znasz życia, moje drogie dziecko. Czy słyszysz słowików śpiewanie? Naturalną reakcją na rdzę jest żelazo. A przecież to ja.

EN: To prawda. Powietrze jest trudne.

B: O, żeby przynajmniej przez moment nie być sobą. Sobą we wszystkim i wszędzie!. Przez moment! Jestem taka stara, a muszę się bawić i tańczyć, i kochać, wiele kochać. I mam takie przedziwne zapotrzebowanie, jakbym to powiedziała wewnętrzne. W zeszłym tygodniu. Nie, to było. Czy to było? To może się dopiero przecież zdarzyć. Czy to się zdarzy?. Nie, to ma być dużo później.

(Męski głos zza sceny: Niech się B. nie wygłupia!)

B: Czy to był koń, pogoda? Miał takie piękne ślady, wiał. Niestety, jak się ma dwadzieścia lat, to nie widać niczego. Pojutrze moje urodziny.

GŁOS jw.: Kończy dwudziestkę, a taka. Niech się przestanie wygłupiać!

EN: Niech babcia lepiej powie, co to był za facet u nas dzisiaj rano?

B: To był jeszcze jakiś facet? No, no! A ja myślałam.

EN: Ach, nie! To znaczy - tak. Tak, był. Ale to chyba był ktoś inny.

B: Na pewno? Czy na pewno? (do siebie): Na pewno, na pewno! Inaczej to by było niemożliwe. (głośno): Znam go. Jeżeli to był on, to wszystko w porządku. Pewnie nie najlepiej się czuje. Leczył mnie, czy co?

EN: Tak to chyba było. B. jest umierająca, choć urodzona! Te jej koronki, te kokardki.

B: Siedzi gdzieś sobie na tej swojej wyspie ze sklerozy, wysyła we wszystkich kierunkach te niezrozumiałe listy, a listy bez przerwy wracają, ciągle od nowa wracają, no bo jak inaczej?.

EN: Ale mnie wydawało się, że słyszałam, że ktoś mówił o wynikach badań. Tych badań zrobionych wtedy, przed miesiącem, no wiesz. B: O, to coś nowego! Przyszły wyniki badań, a ty jakby nigdy nic! Człowieku! Opamiętaj się!

EN: Pokazywał ci jakieś papiery. Dokumenty. O czymś szeptaliście. Kryliście się przede mną.

B: Co to ma znaczyć?!

EN: Kto to właściwie był? Przecież on był zupełnie inny! Ja też nie jestem sobą.

B: Zależy od czego innego.

EN: (pokazując na B.): Chłopak ją porzucił. Powiada, że małżeństwo w dzisiejszych czasach to nie pomysł. Chce być. Nazywa się. B: Znałam go z widzenia. Niezły. Zobaczymy.

EN: To zależy.

B: To byłam ja? Czym byłam? Byłam cały czas? A przecież jestem, ciągle jestem. Żeby przynajmniej przez moment o sobie zapomnieć. Na jutro mam wyznaczone spotkanie. Ten chłopiec wydaje się taki naiwny! Czy będzie chciał się kochać ze mną tylko dlatego, że to o mnie chodzi? Tutaj ktoś idzie.

EN: Ciągle ktoś po co coś jakoś czemuś idzie. Wydaje ci się tym razem.

B: Czy to był mój syn? Tak, to mój syn. Szkoda, że go nie mam. Powinnam się była wtedy zdecydować na to dziecko. Ale lekarz powiedział, że to go nie będzie bolało. Kiedy się jeszcze nie istnieje, niczego się nie odczuwa. Bólu. Bólu istnienia. Istnienia. Dopiero później, dużo później...

EN: Ostatecznie taki zabieg nie jest czymś nadzwyczajnym. Nie miałam sama nigdy matki. Ty coś przede mną ukrywasz. Ten pan.

B: Interesujące. Na pewno ktoś idzie.

EN: Wiesz, że to niemożliwe. Nikt tu nie może do nas przyjść. Chociaż może się zdarzyć, że jednak przynajmniej częściowo przyjdzie.

(Ostatnia kwestia pierwszej pary B-EN - już za sceną)

(B. zawiązuje sobie na głowie różowe kokardki, nieco odsłania piersi, podnosi się z fotela, jest, albo udaje, albo jej się zdaje, że jest 16-letnią dziewczyną. Pokazuje na pozostałych po kolei.)

B: To ja! I to ja! I to ja! (pokazuje na fotel, na widownię) To naokoło, to ja. Nieraz zastanawiam się, ile we mnie może się tego wszystkiego zmieścić, i powiadam - nie mogę się sama sobie nadziwić! To wprost fascynujące! Cały świat, to przecież ja, i tylko ja. (bierze w objęcia L., tańczy)

EN: To prawda. Miałam mieć z nim dziecko. To miało być fajne małe dziecko. Ale wyplułam je. Słyszycie! (wpada w histerię, krzyczy): Wyplułam je! Wysmarkałam! Nigdy już nie będzie do mnie uśmiechało się, nigdy nie pójdzie do wyższej szkoły, żeby zostać durniem, albo w ostateczności członkiem Zrzeszenia Studentów Polskich! Nigdy, rozumiecie!

(EN rzuca się na ziemię, spazmuje. B. tańczy nadal z L., G. przyklaskuje tańczącym, a potem usiłuje się zająć EN. L. wyrywa się B., B. nadal tańczy - sama, następnie "zbiera" nieistniejące kwiaty, wącha je, układa w bukiet itd.)

L: Puściła się z różą.

B: Normalka: wartości przeciwko wartościom. Wszystko jest zmienne, jeśli, że tak powiem, jest.

L: (pokazuje na fotel B.): To się zdarzyło na tym łóżku. On ją, panie, tego.

B: A później okazało się, że to ginekolog i że to nie było łóżko, ale i nie dentystyczny fotel.

G: (znad EN): Ty zawsze na ustach musisz mieć dwie wargi? B: To co? Głosujemy, po stronie czyjego i jakiego dobra opowiadamy się? Które jest (śpiewa), jest obowiązujące, obowiązujące, tra-la-la-la-la.

(Następuje scena głosowania przez podniesienie ręki)

B: Sytuacja jest nadal niejasna. Rozrzut zbyt zasadniczy. Co wartość, ro ma przydanego sobie człowieka. Nie wiadomo, czego się właściwie trzymać. Samemu trudno coś wymyślić. A propozycji zaproponowanych propozycyjnie przez proponujących za dużo, żeby się na którąś samemu zdecydować.

G: Całe szczęście, że decyduje za nas najczęściej to, co decyduje za nas. (B. przestaje tańczyć, majstruje coś koło fotela) G: Babciu, niech babcia przestanie majstrować coś przy swoim mózgu, a to do reszty się babci zepsuje!

(En skrada się w kierunku róży. Scena duszenia róży - rozegrana przez En bardzo lirycznie. G. zaczyna striptiz, na który nikt nie zwraca najmniejszej uwagi. Jeżeli chce, może się rozebrać nawet zupełnie, a następnie z takim samym nie-pośpiechem ubrać się.)

B: To moje. Mam prawo robić, co mi się podoba.

G: Babciu, przecież to społeczne dobro całego narodu! Jak można?!

B: Skleroza, rdza, denaturacja. Stada jadalnych foteli nieustannie przelewające się z lewej półkuli mózgowej na prawą półkulę geograficzną, ziemską. (B. układa się w fotelu, zaczynają się bóle porodowe)

D: Oho, znowu rodzi. Ile ona tak może?! (K. zaczyna odbierać poród)

EN: (pije z flaszki wódkę): Napij się wódki. Napij się. Żeby ogłuszyć, otruć w sobie to, czego cię wyuczono, wytresowano przeciwko tobie. Napij się, ty bęcwale. (cały czas mówi do siebie): No, napij się!. Ty kurwo! Taka sama jak ja. Kurwo dla wygody, kurwo, kurwo z cudzego przekonania.

G: No, masz tobie! Ta rodzi, ta przeklina. Diabli wiedzą, co o tym wszystkim naprawdę sądzić. Gazety co prawda podają, że. Ale. (do EN): Czy to znaczy, że pani stanowczo wypowiada się przeciwko wszelkim formom, że się tak wyrażę morderstwa wewnętrznego części swojej nieuświadomionej istoty, hę? (do B., która, zapewne z bólu o proweniencji porodowej, drapie oparcie fotela): Niech babcia przestanie drapać nas tutaj tymi skojarzeniami słuchowymi! I tak jest zawikłana sytuacja i bez tego!

L: Niestety, ciągle jeszcze nie potrafi urodzić się. Zaistnieć jest naprawdę trudno. Co prawda pozory istnienia mają to do siebie, że nas mamią, ale. G: (do EN): Zastąp na chwilę Babcię w tych bólach, a to nie wytrzymam, tak mnie boli!

EN: (zmieniając na chwilę całkowicie ton, wypadając przez moment całkowicie z roli): CO?! Nie ma głupich!

B: Nie potrafię już niestety odróżnić się od siebie. Ja nie wiem, kim jestem. G: Nowonarodzoną. A teraz pouczymy trochę noworodeczka. Kuku! A kuku!

(Pozostałe sceny zwijają się. Wszyscy zbierają się naokoło B.)

EN: A ku-ku!

G: A kukuku!

L: Akukukuku!

G: A kukukukukukuku!

B: (znacząco się puka po czole): Czołem chłopcy.

WSZYSCY: Czołem obywatelu B!

B: Czy wszyscy tu?

G: Tak jest. Według rozkazu.

EN: (po cichu do ucha G.): Wróć! To będzie potem!

G: O, do diabła, rzeczywiście. No to co? Zaczynamy naukę?

EN: (do B.): Niech B. powie: zło.

B: (z wysiłkiem): Zzz-ło.

G: A teraz tosi-tosi-łapci. A teraz niech B. powie: Nie zło.

L: Daj spokój! Za trudne. Tego jeszcze nie wypowie.

B: Nie wypowie, a i nie zlozumie.

G: To prawda. I nie zrozumie. No to niech powie: doble.

B: Od kiedy to seplenisz? Dobrrre! Dobre i basta!

EN: No to niech teraz B. postara się odróżnić dobro od zła. O, widzi B., to jest tak: jak dam B. w mordę, to to jest złe.

G: Źle dla B., ale dobre dla En. Bowiem En mogłaby akurat świerzbić ręka i być może byłby to jedyny sposób, żeby ją sobie podrapać, a co za tym idzie przynieść sobie ulgę, a co za tym idzie, powiększyć sumę dobra we Wszechświecie, a co za tym idzie.
(bije z całym rozmachem B. w ryło. B. przewraca się nieprzytomna. Wszyscy ją cucą. B. budzi się.)
No i co, już wie, co jest dobro, a co zło? (B. krzywo uśmiecha się) No to i przy okazji nauczyła się osobiście odróżniać ból, od nie bólu. Żaden opis nie zastąpiłby B. takiej odręcznej nauki. Wspaniały, dawno znany sposób! Ja B. to mówię!

L: Ale nauka, Babciu, niestety kosztuje. Czy Babcia ma czym płacić?

B: Owszem, mam, ale niestety. G: Niestety, kredytu nie udzielamy.

B: Mogłabym dać w zastaw cokolwiek.

G: Nie trzeba, Babciu, nie trzeba. Wierzymy na słowo. Mamy zaufa.

L: Co za zaufa znowu?

(En zaczyna B. karmić piersią lub poić za pomocą butelki z napisem "wódka" i smoczkiem, a także oczywiście: smoczkiem)

G: Ale widzi Babcia: niektóre rzeczy, jak niektórzy twierdzą, pozostają poza dobrem i złem. Nie dają się przełożyć podobno na język tramwajów, kolejek po kiełbasę, salcesonów faszerowanych zdechłymi szczurami albo na odwrót - wielobarwnymi motylami, albo jeszcze inaczej: kwiatami, żywymi kwiatami o mięsistych łydkach i nienasyconych snach, przez które (to znaczy przez te sny) wykrzykują różne, normalnie skrzętnie ukrywane świństwa.

*

(Widać, jak B. słania się, osuwa się na sofę)

EN: Nakręć no B., bo zaczyna się wyczerpywać.

G: (majstruje coś przy B., następnie "nakręca" ją jak zegar): Chyba wysiadły transformatory. Przepaliła się. Trzeba będzie zmienić bezpieczniki. A swoją drogą akumulator z doświadczenia na doświadczenie coraz szybciej wyładowuje się. Trzeba będzie eksperyment chyba przerwać. To nic, powtórzymy go jutro.

B: (zaczyna powoli budzić się): Yyyyy, co to ja chciałam powiedzieć. mam takie wrażenie, jakbym przez moment - bo ja wiem? Śniła, czy co, zdawało mi się, że jestem jakimś głównym, yyy, niczego nie rozumiem.

L: Coś się niewątpliwie dziej. Ja też się czuję jak kukiełka.

EN: Prawda? Jakby się nie było sobą, a kimś zupełnie innym.

(B. się podnosi z posłania, przeciera oczy, uśmiecha się, wszyscy się przed nią rozstępują na boki)

G: No to B. nowonarodzona.

B: Co?

EN: Przecież wiesz, że od dawna nie słyszy, nie widzi i nie może poruszać się, ani nawet wypowiedzieć słowa.

B: Bo jestem sparaliżowana, głucha i niestety ślepa oraz niema. (do En): Naprawdę nie rozumiem, ciągle mi się plącze w głowie, nie wiem, skąd takie oto zdanie: "Problem adaptacji starych ludzi w procesie wytwórczym".

EN: Ich reakcje na innowacje, na przykład reakcja starego Macieja na wmontowanie w autobus marki "Jelcz" nowego typu pompy wtryskowej. Nie wiem, skąd to się u mnie bierze. Nie mam pojęcia, co to jest pompa wtryskowa. Chyba żeby nie brać tego dosłownie. Ale nie.

G: Trudno. Może musi tak być.

EN: Ale mam takie wrażenie, że.

G: Eeee! (macha ręką)

EN: Trzy razy umierałam. Miałam troje dzieci. nie licząc poronień. Pochowałam trzech mężów. Trzech się schowało przede mną. Sama nie wiem, co mówię. Muszę mówić. Jakiś wewnętrzny przymus.

(B. zaczyna się gimnastykować)

L: Człowiek jest odrębny, nie do końca jeszcze przebadanym światem. Zbyt mało, jak widzę, dotychczas poświęciłem mu uwagi.

G: Ba! Kiedy człowiek jest wychowany na margarynie i ideologii. Biało-czerwone autobusy wchodzą do zajezdni sterane do ostatka, wyeksploatowane do granic wytrzymałości. To jest niestety już zupełnie inny wymiar. Rozklekotany, spękany w konstrukcjach intelektualnych, nie dający się przełożyć na nie wał Kardana. Spojenie łonowe. Co plotę. Zaprawdę, powiadam wam. zaprawdę. Trzeba być czujnym. Nie dla deklaracji! Nie dla deklaracji! Praca jest nie tylko zajęciem zmierzającym do uzyskania środków na chleb i mięso, ale także służy do samookreślenia się pracującego, który łączy się w proletariusza wszystkich stron.

EN: Kiedy zaciskam i rozprężam pięść i widzę, jak ciepła posoka wypełnia czerwoną butelkę, moją butelkę krwiodawcy, myślę o wszystkim, co barwę ma zieloną. Na przykład o zielonych, nieprzekładalnych pojęciach, na przykład o zieleni, która jest niebieska.

(Słychać dzwonek telefonu. Odbiera go G.)

G: Halo! Halo!. Nie rozumiem. Zaraz poproszę Babcię. (woła B.)

B: (podchodzi do wyjętego przez K. ze skrzyni zapasów - ważna rzecz: skrzynia pełna rekwizytów - telefonu, rozmawia): Tak, to ja. Tak przypuszczałam. Nie. Tak. Już się powoli zaczyna wyjaśniać. (wszyscy zgrupowani niedaleko B. słuchają) Potęga ciemności jest wielka. Tak, tak, wielka. ą. Strach, strach naokoło (przygasa światło). Tak, strach. Ja jestem kim innym. Wiem, wiem. Wstępny tęskniak?. Liryczny? No dobrze. Postaram się.

(Grupa słuchających coraz bardziej zbita z tropu. B. kończy rozmowę, uśmiecha się i szeroko otwiera ramiona; następuje scena serdeczności. Następnie B. rozdaje z rolki wszystkim po kawałku papieru toaletowego. Z rozpędu może rozdać tego papieru także co bliżej siedzącym widzom. Aktorzy wyjmują ołówki, zaczynają coś pisać na kartkach papieru.)

B: Jak ja go kocham!. Czy on nie rozumie?. Zrobiłabym dla niego wszystko. (głaszcze sobie rękę)

(Aktorzy grupują się wokół G., który coś szeptem tłumaczy pozostałym, znacząco pokazując na swój papier. Pozostali ze zrozumieniem kiwają głowami, rysują nadal.)

B: Ty jesteś wariat! (krzyczy): Wariat! (lirycznie): Nuu, pokochaj mnie troszkię!. Pokochaj (swoją) różano-palczastą. (zaczyna pieścić swoje piersi, następnie całe ciało)

(Jest to scena preludium miłosnego. B., która jest pewna, że ona to chłopiec, w którym zakochała się i któremu za chwilę na oczach całej szanownie zgromadzonej widowni odda się bez reszty. Sytuacja seksualna coraz bardziej zagęszcza się. Może to można pokazać w lustrze?)

B: (krzyczy): Widziałam cię z tamtą! Czuliłeś się do niej! A potem stałam jak ta głupia wiele godzin pod oknami domu, w którym zniknęliście. I padał deszcz. (chlipie): Zdradziłeś mnie!. Ale ja ci wybaczam. Powinieneś być dla mnie dobry, taki dobry. Patrz, jestem przecież czworaczkami! (pokazuje na pozostałych)

(Ci układają na podłodze sceny poszczególne kawałki papieru. Składa się z tego napis "Wolność". B. najwyraźniej już podniecona seksualnie, zaczyna posapywać, trzeć się o siebie, chichotać, robi słodkie miny (do lusterka, do siebie?), następnie tarza się w spazmach miłosnych na podłodze. Towarzyszą temu typowe elementy eoitus.)

G: Przez ten czas zestarzała się o 20 lat!

(En skrada się, chce zasztyletować B.)

G: Zostaw ją w spokoju. Przez ten czas zestarzała się o wiele lat.

(B. uspokojona, szczęśliwa, odpoczywa na podłodze. Nuci MG.)

L: (która nagle staje się ślepa, okazuje się, że po kolei wszyscy ślepną i duży fragment przedstawienia rozgrywany jest przez ślepców): Wzruszenie jest potrzebne człowiekowi, by nie został zapomniany, zagubiony, rozmieniony na abstrakcję i niedopowiedzenie. Tak to już jest.

(Do L. zbliża się En. Troskliwie odprowadza ją. Trasa ich spaceru co i raz przebiega przez leżącą jeszcze ciągle B., przez którą muszą przestępować. Powoli, w trakcie tego spaceru, ślepnie i En.)

G: (który w tym czasie okazał się być głuchym, drze się): Co?! Nic nie słyszę! Mówcie trochę głośniej! (nadsłuchuje u Babci, nadsłuchuje, co mówi L.)

B: (rozmarzona): Oddaliśmy krew koledze, który przez piętnaście lat był wśród swoich. Oddaliśmy ją i powiedzieliśmy po prostu: dla Józefa. Wzruszenie, tak potrzebne człowiekowi, jest, hm.

EN: (L.): W brygadzie sześciu ludzi. W tym czterech się dokształca, jeden się przekształca, kilku się odkształca, pięciu pije. Co poniedziałek na głowę przedziałek, co wtorek - potworek. W zakładzie takich wielu. (tańczy i śpiewa): Wezmę ja żupan, wezmę ja kontusz, szablę przepaszę. Pójdę do dziewczyny, pójdę do jedynej, tam się ucieszę.

G: (powoli okazuje się, że jest kulawy): Naszi wragi, ponimajesz, gromiat naszi sczotcziki, a armia bezdiejstwujet? Prikazywaju tiebie sroczno arganizowat nadieżnuju och-ranu szczotczikow. Wsio eto nawodit na takoje soobrażenie: nie słyszkom li my zanauczyli naszu rol i miesto diamietra? (do B.): Wu zet polonez?

B: Qui! Je suis polonais.

G: (do siebie): Elle est grand mer. Bon!

*

     (Plan wyjściowy: scena porodu. Rodzącą jest Babcia. Gra ją młody chłopiec. Wokół rodzącej zgromadzeni wszyscy pozostali aktorzy: EN (dziewczyna), L. (dziewczyna), G. (mężczyzna), Babcia - B. Rolę rodzącej przejmują po kolei wszyscy.)

G: Tańczyła z różą, potem ją pieściła.

L: Kto pieści różę, bierze ją w końcu do łóżka.

G: A potem. A potem urodzi się z tego związku oczywiście róża.

B: Pić.

EN: Ja też miałam mieć dziecko. Fajne małe dziecko. Ale wyplułam je! Słyszycie! Wysmarkałam! Nigdy już do mnie nie będzie uśmiechało się, nigdy nie zacznie studiować różnych rzeczy na wyższych uczelniach, nigdy już nie zostanie docentem.

G: (do En, podając jej butelkę): Masz, napij się. To ci dobrze zrobi.

EN: (do siebie, popijając): Tak, napij się, ty bęcwale! Napij się, żeby zagłuszyć w sobie to wszystko, czego cię wyuczono przeciwko tobie. Żeby zagłuszyć w sobie sumienie. Zrobiłaś to przecież dla własnej wygody. Chciałaś użyć jeszcze trochę, jak to mówiłaś, świata. Przyjemności.

G: (do EN): Czy to znaczy, że pani stanowczo wypowiada się przeciwko? Hm?. (do B.): Niech Babcia przestanie tak znacząco z bólu drapać te draperie.

EN: Och, jak mnie boli jej ból.

L: O, o, już się wykluwa idea. Zaczyna ją rodzić.

G: Tak. Wydaje się, że już po wszystkim.

EN: Och, jaka różowa, jaka cała śliczna!

B: Kim jestem?.

G: Nowonarodzoną.

B: Nie mogę jakoś odróżnić się od siebie samej. Nie wiem, co o tym sądzić.

L: Od sądzenia tu jesteśmy my. Do was należy rodzić, rodzić i jeszcze raz - nie pytać o nic.

G: A teraz pouczymy trochę noworodeczka. Kuku!

L: A kuku!

EN: A kukuku!

WSZYSCY (razem): A kuku-kuku-kuku!

B: (znacząco się puka po czole): Na muniu.

EN: (nadsłuchuje): Co?! Jakoś niczego nie słyszę.

L: (nadsłuchuje): I ja jakoś ogłuchłam. Tak, chyba jestem głucha. Hm. Jestem.

G: Niech Babcia mówi dużo głośniej, niż Babcia mówi dużo ciszej. To znaczy, niech Babcia nie mówi dużo ciszej, niż mówi głośniej.

L: W każdym razie coś w tym rodzaju.

G: To co? Zaczynamy tę naukę?

EN: (do B.): Niech powie: zło.

B: ZZ-ło.

L: Ach, jak ślicznie to powiedziała!

EN: Tosi, tosi, łapci!

G: A teraz niech Babcia powie: niezło.

L: Daj spokój, tego jeszcze nie rozumie. (do B.): Plawda, Babciu?

B: Od kiedy to seplenisz! I słowa o tym, jak jemu tam, jeszcze nie było.

EN: Chodzi zapewne o dobro.

G: (B. unosi się na rękach, G. uderza B. w twarz): O, widzi Babcia!

B: Nic nie widzę! Zapuchły mi oczy!

L: Kokietka!

EN: Widzi, widzi! Ale udaje akurat coś odwrotnego.

L: Przewrotna. (B. przewraca się na fotel)

G: Bo to jest tak. Jak dam Babci w mordę, to to jest złe. Teraz już Babcia wie, co to jest zło. No nie?

L: Ale to może być jednocześnie również dobre. Dobre i zbawienne.

EN: Dobre z innego punktu widzenia.

B: Jak to?

L: Dialektycznie. A co, czyż G. nie mogła akurat świerzbić ręka, co? Czyż wobec tego nie miał prawa do tego, żeby ją podrapać? Podrapać sobie?

G: Ja, ja, gut. Każda czlowiek ma prawa być sobie zrobić dobrze przyjemność.

L: A przyjemność człowieka jest dobrem.

G: I przy okazji Babcia nauczyła się osobiście odróżniać ból, od nie-bólu. Żaden opis nie zastąpiłby Babci tej odręcznej nauki. Wspaniały, dawno już wynaleziony sposób.

L: Tyle, że nauka kosztuje co nieco.

EN: Normalka. Za wszystko trzeba płacić.

G: Ale zdarzają się, widzi Babcia, rzeczy, które, jak niektórzy twierdzą, pozostają poza wszelkim dobrem i złem. Niestety nie dają się przełożyć na język tramwajów, kolejek po kiełbasę, salcesonów, faszerowanych motylami, żywymi, drgającymi jeszcze pośród własnego krwotoku, kwiatami o mięsistych łydkach i snach, przez które wykrzykują różne przedmioty oraz sytuacje.

L: Dobrze, ale co dalej?

EN: Głosujemy? G: Tak, głosujemy, po stronie czyjego i jakiego dobra opowiadamy się.

(Wszyscy łapią się za ręce. Dołącza się też Babcia. Tańczą.)

G: Które dobro dobre jest, a które cholernie niedobre! Które by należało uważać za obowiązujące! Trala-la-la-ala!

(Następuje scena głosowania przez podniesienie ręki)

G: (do L.): Proszę zaprotokołować wyniki głosowania. Będziemy te wyniki traktować jako obowiązujące wytyczne na wszelki wypadek. Na wszelki wypadek. (do siebie): I tak przecież będzie można robić swoje.

L: A co z dialektyką?

(EN i L. potykają się o B., przewracają się. Dosiada do nich i G.)

EN: Co robić, co robić. Żeby się coś już zaczęło dziać, żeby się stało inaczej. To niemożliwe, żeby to, co jest, było tylko takie, jakie jest, żeby to trwało dalej. To niemożliwe! To niemożliwe!.

G: Każdy z nas przed każdym ukrywa coś istotnego. Im więcej uda mu się ukryć, za tym większego głupca stara się uchodzić.

(B. podnosi się, usadawia się w fotelu, światła przygasają, gasną.)

G: Powiadam: ściemniło się. A przecież czas jest najcenniejszym materiałem budowlanym. Każdy z nas wierzy, że już niedługo nastąpi w jego życiu coś, co je w sposób zasadniczy odmieni. Że już niedługo będzie mógł żyć inaczej. A przecież to nieprawda.

     (Babcia podnosi się, zapala świecę. Słychać narastający gwar, strzępy okrzyków. Przez scenę przemaszerowuje pochód. Sztandary. Napisy na transparentach: Niech żyje! itd. Taki sam napis nieustannie wybłyskuje z ciemności nad maszerującym pochodem. Ale napis ten za każdym rozbłyskiem nieustannie się zmienia: zmniejsza, zwiększa, zwisa, jest zamglony, pokraczny, wypisany do góry nogami, rozsypany, ze znakiem zapytania itd. Poprzez gwar i melodię marsza przebija się zniekształcony i niezrozumiały tekst wygłaszanego przez kogoś przemówienia. Od czasu do czasu wszystko zagłusza trzykrotne: Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje! Robi się nieco jaśniej. Silne punktowe światło na 2 ludzi. Krąg światła podprowadza ich do rampy. Tymczasem wiwatujące tłumy ludzi znikają z fonii, jeszcze tylko przez moment słychać oddalający się gwar, szum i bełkot okrzyków. Faceci ubrani ze sklepową elegancją. Mają w rękach zniekształcony napis (transparent z jakimś napisem), chorągiewki. Nawet po dłuższej chwili nagle falsetem):

F.1: Niech żyje! Niech żyje!

F.2: Przestałbyś się wygłupiać. Jesteśmy już sami.

F.1: Co? Co? Aha. A, to rzeczywiście. (obaj wyrzucają transparent oraz chorągiewki)

F.2: Ale dziś pieprzył!

F.1: Kto, kto?

F.2: Jak to - kto? Ten co zwykle.

F.1: A ja widziałem taką scenę: dziewczynka przebrana za entuzjastkę idei, tak bardzo się wpatrzyła w przemawiającego, że nie zauważyła na drodze łajna.

F.2: Normalne. Tyle godzin czekania na słońcu na to, co powiedzą.

F.1: Czyli na nic. I ktoś nie wytrzymał. A skoro tak, to popuścił. Normalna rzecz, mój Boże.

F.2: Ale żeby tak na środku? Nie chce mi się wprost wierzyć.

F.1: Dla idei nie takie rzeczy podobno kiedyś się robiło.

F.2: Ale żeby nawet z powodu idei zaraz wdeptywać się w guano. W zwykłe ekskrementy?

B: Ej, wy!

F.1: Czego, smarkaczu?

B: No, no, tylko nie smarkaczu! Skąd to tak?

F.2: Skąd, skąd? Wiadomo - skąd.

B: To może wstąpicie? Opowiem wam coś interesującego.

F.1: Ale tam!

F.2: Opowie, nie opowie, wejść można. Niezła dziewucha.

(Od dłuższej chwili słychać straszliwie fałszywą grę na skrzypcach. F. 1 i F. 2 siadają koło B. Przedtem jeszcze jeden z nich rzuca na świecę transparent. Świeca gaśnie. Odgłos gry na skrzypcach wzmaga się.)

B: Uważaj, synku, bo wywołasz pożar.

F.1: Eee tam. Miałaś o czymś opowiedzieć.

B: To było tak: (nagle zapala światło. Babcia ucharakteryzowana na Einsteina, który jest Konstruktorem. Na scenie poza tym nikogo nie ma)

K: Uczuciu przerażenia i dezorientacji towarzyszą ostre bóle głowy, zawroty, a następnie choroba morska. Otoczenie zaczyna zmieniać kształty i rozmiary, kolory uciekają w głąb czaszki, następuje absolutna czerń, ciemność, wszystko staje się niesamowite i obce, zapada się w siebie, przestaje istnieć, o ile istniało w jakikolwiek sposób przedtem, człowiek odczuwa strach, płacze. (K. płacze, bierze kilka akordów - dalej patrz: SYSTEM, str. )

I wariant zakończenia. Po scenie z B.
(Słychać dzwonek telefonu)

L: To do mnie. Halo?. Tak. Pod jakim pretekstem?. Nie wiem, czy się uda. Tak. Spróbuję. Nie rozumiem z kim. Z jaką Babcią? Ach, tak. (zwraca się do obecnych):
Pytają o jakąś Babcię. Podobno to znajoma F.

G: Którego F.?

C: Jak to którego?

G: A bo ich było dwóch. Jeden od dawna nie żyje, drugi nie istniał nigdy.

L: Nigdy?

G: Nigdy.

L: No to chyba chodzi o tego pierwszego. Proszę go do telefonu.

(Ściemnia się, na scenie F.1 i F.2. Przy telefonie P.1.)

F.1: Słucham, tu F.1. Tak, spróbuję. Nie wiem, czy się uda. Chwileczkę. (do F.2): Spróbuj ją odszukać. Jakaś ważna sprawa.

(F.2 wychodzi za kulisy. Po chwili wprowadza B. Ale B. to już nie dawna O., ale G. G. podchodzi do telefonu.)

G(B/O): Halo?. Tak. Tak. Babcia. Byłam w kuchni. Dobrze. Chwileczkę. (do F.1 i F.2): Pytają o jakiegoś O., czy kogoś podobnego. Halo! Tak. Nikt nie wie. Nikt. G: (siada w fotelu): Uff, jaki dziś jestem zmęczony!

(F.1 i F.2 powoli z powrotem charakteryzują się na L. i na EN. Nakładają fartuchy laboratoryjne. L. wyjmuje spod ubrania mikrofon.)

L: Tu "Bałtyk"! Tu "Bałtyk"! Wzywam Centralę! Uwaga! Uwaga! Tu "Bałtyk"! Wzywam Centralę!

GŁOŚNIK: Tu Centrala! Uwaga! Tu Centrala! Obudzić Ofiarę! Obudzić Ofiarę!

(L. i EN przywiązują G. do krzesła - tak jak w scenie I, budzą G,)

GŁOS: Agent F.1!

F.1: Słucham!

GŁOS: Czy ofiara obudzona?

F.1: Jest już przytomna.

GŁOS: Za chwilę rozpocznie się dalszy ciąg badania. Jestem już w drodze! Przygotować urządzenia. Przygotować testy! Powtarzam: za chwilę zaczynamy!

(Jeszcze kiedy słychać GŁOS, na scenę wchodzi dawna O. Ale O. jest teraz już tym, kim przedtem był G. - jest szefem. O. zakłada jeszcze idąc fartuch lekarski. Z kieszeni wyjmuje dokument.)

G(O): Pić.

O(G): Podczas eksperymentów materiałowi doświadczalnemu wody nie podaje się.

EN: Paragraf 8, łamane przez 21, ustęp III!

O(G): Podaję wyniki!

G(O): Pić!

O(G): Procentowy rozkład elementów badanych w naszym eksperymencie jest następujący:
Dobra, jako takiego - 1-12%
Dobra na wynos - 1-15%
Marzenia - wiele, wiele ton.
Zła - 30% Złości - liczne ślady.
Poczucie krzywdy - 70%
Złośliwości abstrakcyjnej, w przeliczeniu na kilogram żywej wagi - około Pi razy kwadrat.
Liczne ślady kpiny, sprawiedliwości, aspołecznego stosunku do innych.

G(O): Kiedy to się wszystko skończy?

EN: Człowieku! To dopiero się zacznie!

L: Uwaga! Uwaga! Do wszystkich. Przeprowadzamy test kontrolny na gotowość rozpoczęcia badania. Uwaga! Proszę o test nr 63!

O(G): (recytuje wiersz str. 5)

L: Szefie! Twoje kompetencje potwierdzone! Przekazuję pełnię władzy, (czuli się do niego)

O(G): Uwaga! En. Test nr 15! (EN recytuje wiersz nr 6)

G(O): Pić!

O(G): Uwaga L.! Test nr 23! (L. recytuje wiersz nr 7)

(EN tymczasem wydostaje niewidoczną dotychczas, położoną "na płask" na podłodze wielką piłę tarczową, umocowuje ją, kładzie rękę na przełączniku. Przygasa światło.)

G(O): Cholernie, wiecie, się boję. Cholernie. Nie wiem, jak ja to przetrzymam.

(Z głośnika zaczyna płynąć dźwięk podobny do tego, jaki wydaje piła, kiedy się obraca. Po chwili G(O) krzyknie po raz pierwszy. Następnie krzyk jego, wzmocniony przez gigantofony, stanie się nie do wytrzymania. Następnie nagłe wyciszenie, światło. Scena zupełnie pusta. Brak aktorów i scenografii. Na oklaski zespół aktorski nie reaguje. Widzowie z ociąganiem rozchodzą się. Towarzyszy im MG.)

Koniec przedstawienia.

*

KB: Ale nudno!

D: To przez Babcię.

KB: Jest mało wytrzymała.

D: Nie potrafi fruwać.

Onap: Opowiem wam bajkę.

KB: Nie wolno nie umieć fruwać. To zbyt wielka ułomność, jak na nasze czasy. Całe szczęście, że babcia jest niemową.

Babcia: W moim wieku.

KB: Normalka.

D: Onap chce coś powiedzieć.

O: Chciałabym opowiedzieć wam bajkę.

D: Bajkę o królu.

O: Pewnego razu.

KB: Można by było spróbować wszczuć Babcię w siebie.

D: Ależ Babcia nie żyje od dawna!

KB: Nie szkodzi.

B: Kiedyś fruwałam. Kiedyś. Jak to było dawno.

KB: Ja wam pokażę, jak się wszczuwa kogoś w niego samego!
(Wyprawia z B. różne rzeczy: przekłada ją, poprawia, przewiesza przez poręcz fotela, a przede wszystkim bije, wyrywa włosy, paznokcie, wyłupuje oczy, wlewa jej do ust jakieś płyny)

B: Urodziłam się 6 października 1896 roku w rodzinie robotniczej. Mój ojciec, z zawodu kamieniarz, nie bał się niczego. Szkoły podstawowe kończyłam, kiedy byłam jeszcze mała. Całkiem mała. O - taka (pokazuje).

Onap: Pewnego razu wzywa Król Onap Iksa do kieszeni. Iks pyta KB, jako Król: No, co jest?! Guziki podane?!

Iks (którego gra Babcia): Królu! Telefonowałem niedawno! Wojska zajęły pozycje, kury zniosły się, chóry płoną nadal!

Król: Ani mi się ważcie niepokoić dewiz!

Onap, jako Królowa Bułgaria: Bułgaria! Bułgaria!

*

(Didaskalia: dot. I: Sekwencja dziecięca. Z wyciemnienia. Roześmiane, liczne głosy. Raczej dziecięce. Światła, półmrok.)

Ena: Wiecie co? Zabawmy się lepiej w doktora!

Gaj: Co pani dolega?

Lo: Przyprowadziłam do pana tę małą, bo wydaje mi się, że jest w ciąży.

Gaj: Co też pani! Przecież to mała dziewczynka. W tym wieku mogłaby najwyżej urodzić coś niezwykle małego. Tak, tak. Bo ja wiem, co? Może przecinek, a może westchnienie. Czy ona często wzdycha?

Lo: Jakby to panu powiedzieć.

Ena: To był kolega szkolny. Podobałam mu się i dlatego mnie kiedyś pocałował. I wtedy zaszłam w ciążę. Już wszystko omówiliśmy. Weźmiemy ślub, jak tylko się cokolwiek urodzi, i wyjedziemy. Wyjedziemy dokądkolwiek. To podobno świetnie wpływa na wszystko.

Lo: Dziecko! Sama nie wiesz, co mówisz! Doktorze! Błagam! Trzeba by coś zrobić!

Gaj: Można by tę małą poskrobać. (do Eny): Czy nie odczuwasz swędzenia czasami?

Off: To było tak: gdy zdecydowaliśmy się mieć małego, pocałowałem ją. Ale przecież ona zaraz potem umyła sobie usta. Utlenioną wodą!

Ena: Niestety, nie wiesz jeszcze wiele. Kiedy pożegnaliśmy się, pamiętasz, była wtedy wiosna, na korytarzu czekał na mnie dozorca, żeby mnie zgwałcić.

Lo: Tak, tak, wiem. Nazywa się Maciej, Stary Maciej, i brał udział w Konfederacji Barskiej. To bardzo zasłużony człowiek oraz obywatel.

Off: Przecież ja go znam. To mój ojciec! Od urodzenia impotent. Mama musiała się puścić, ażebym zaistniał. Czy dobrze mówię?

Gaj: (do Eny): Proszę, niech pani się położy. O, tutaj. Dokonamy zabiegu.

Lo: Ach, panie doktorze! Mała tak uwielbia bajki!

Gaj: To dobrze. Wobec tego opowiemy małej do cipuszki bajeczkę o Czerwonym Kapturku, któremu na imię było Szczypce, i.

Off: Przecież Szczypce potrafią same opowiadać godzinami interesujące rzeczy.

Ena: Niech opowiedzą małemu bajkę o sobie. Kawałek po kawałku. (milczenie)
A potem było tak. Kiedy mnie ten Maciej zaczął całować, zrobiło się na korytarzu jeszcze ciemniej i czułam, jak zachodzę w ciążę.

Lo: Być może zresztą, że mała plecie głupstwa albo ma halucynacje. To wyjątkowo pobudzone dziecko. Prawie dorosłe, mimo swego wieku.

Ena: Moja pierwsza miłość. Wiecie, zawsze zdawało mi się, że miłość jest czymś nadzwyczajnym. Po raz pierwszy zakochała się na śmierć i życie w kuchennym rondelku. Był wspaniały! A jak świetnie potrafił gotować! Nie macie pojęcia.

Lo: Czy to był rondelek taki sobie, zwykły?

Ena: Skądże! To był rondelek całkiem okrągły, nadzwyczajny! Chodziliśmy na narty, kąpaliśmy się całkiem nago i nic, rozumiecie, nic się go nie wstydziłam.

Gaj: Kłóciliście się często?

Ena: Kilka razy przypalił się, ale chyba to także i moja wina. Za wiele ognia.

Lo: (na boku): Lub uczucia.

Ena: Namówił mnie, żebym zaczęła samodzielnie myśleć. I oczywiście skończyło się na tym, że pewnej niedzieli pozwoliłam mu wejść z sobą do łóżka.

Lo: Jakbym to skądś już znała.

Gaj: Był niezły?

Off: Gadanie! Wysmoliłem jej całą pościel! Mucha nie siada!

Ena: Tak, to było dawno. Właśnie wtedy posadziłam pierwsze rozczarowanie w doniczce. Mają takie wielkie smutne kwiaty i ogromne oczy! I milczą całymi tygodniami.

Lo: W gruncie rzeczy każde zbliżenie z mężczyzną jest gwałtem.

Ena: Doktorze, czy pan już skończył?

Gaj: Jeszcze chwileczkę. (do Offa): Strasznie pan uparty. W żaden sposób nie można pana usunąć.

Off: Ach, jeśli o to chodzi, mogę usunąć się sam. Mam nienaganne maniery. Wie pan: Cambridge, Oxford, ZSP i tak dalej. Nie będę się sprzeciwiał.

Gaj: Widzi pani, zaraz będzie wszystko w porządku. O, jeszcze tylko tampon i.

Ena: Niech się pan pośpieszy. To trwa już tak długo! Jestem umówiona z moim chłopcem, który o niczym nie może się dowiedzieć, pod żadnym z pozorów!

Lo: Nudno tu. Ten zabieg trwa już cztery lata. Przecież on ją całkiem wyskrobie od środka! Biedaczka wyjdzie stąd zupełnie pusta.

Off: Taki zabieg prowadzi przy okazji również do usunięcia wraz z małym całych fragmentów etycznych.
(Puka ją po ciele)
O, jak głucho brzmi. Rzeczywiście jest już dużo mniej pusta niż pełna. No tak. Ale to ją być może napełni bardziej realistycznym myśleniem.
Przyroda nie znosi pustki.

Ena: Cztery lata pod narkozą! Najdłuższy zabieg w moim życiu!

Lo: Najdłuższy, ale nie ostatni. Proszę nie zaprzeczać. Ja przecież już wiem o tym, że po pewnym czasie, każdy z nas umiera. To, że w międzyczasie robi różne rzeczy nie może mieć najmniejszego znaczenia, skoro i tak wszystko kiedyś się kończy.

Gaj: Eee tam! Gadanie!

Ena: Maszyna do życia, która okazuje się maszyną do umierania. Który mamy rok?

Lo: Uspokój się, moje dziecko, jeszcze zdążysz. Wiesz przecież, jak mocno jest w tobie zakochany.

Ena: Sądzisz, że jeszcze czeka? Po tylu latach? Mimo że.

Gaj: O ile nie przerdzewiał.

Ena: Któregoś roku kupiliśmy kilka litrów miodu i wyjechaliśmy na miesiąc do Zakopanego. Wiele się wtedy nauczyłam.

Gaj: Cholera, zdaje się, że zaszła jakaś okropna pomyłka. (do Lo): czy pani jest pewna swego?

Lo: Jak mam to rozumieć? Gaj: Czy pani jest pewna, że mała jest istotnie sobą?

Ena: To by potwierdzało moje liczne przypuszczenia. Miałam takie wrażenie wtedy. przed laty. że mnie podmieniono za kogoś innego, cudzego, i że ja, to nie ja. od tamtej pory.

Gaj: Ach, to nie ma znaczenia. Nawet jeśli jest pani sobą, to i tak wszystko się będzie toczyło tak, jakby nigdy nic.

Ena: Przynajmniej na zewnątrz. Ale we mnie, w środku dzieją się rzeczy, które niestety nie dadzą się przełożyć na język, ani na gesty, ani na westchnienie, ani na żaden z dziesięciu milionów przedmiotów, których człowiek ma szczęście od czasu do czasu doznawać w procesie, jak powiada - zapomniałam kto - umierania.

Gaj: Chodzi o o wiele bardziej prozaiczną rzecz: Czy pani jest pewna, że ta tutaj oto mała jest na tyle dorosła, że można by ją nazwać dziewczynką? Mam nieustanne wrażenie, że to chłopczyk. Stary, zjełczały chłopczyk.

Lo: Zaraz, zaraz. Kiedy to ja ostatnio kupowałam masło?. Czy to było w roku 1830? Nigdy nie zapominam włożyć masła do lodówki albo wody.

Gaj: A mimo to ten chłopczyk wydaje mi się stary i zjełczały. To wina może ekspedientek.

Ena: Bo widzi doktor.

Gaj: Ta, tak. Objawy typowe. Kwas masłowy, kolor, zapach. Gorzki smak. Obawiam się, że popełniliśmy lapdus butrum.

Ena: To nic, to nic. Jakoś to będzie. Proszę się nie dziwić. Niczemu. Jeżeli tak mówię - również nie należy się dziwić. Jakoś to będzie. To powiedzenie jest ważnym osiągnięciem w moim życiu. Przedtem, zanim się go nie nauczyłam, nie zauważałam licznych odcieni różnych możliwości. Kolor czarny lub biały - nic pośredniego. Nic głupszego! A tak przecież nie można było w gruncie rzeczy na dłuższą metę żyć. Dlatego też uważałam, że żyję dopiero zupełnie od niedawna. W Zakopanem śnieg. Krokusy jak cholera. Wilki.

Lo: Bzdura!

Off: A jednak nie bzdura, wilki. Przypaliłem się wtedy po raz pierwszy.

Ena: Nie. Przepaliłeś się nie wtedy. Wtedy wykipiałeś.

Off: Być może nie pamiętam wszystkiego. Politura ze mnie całkiem już poodpryskiwała. A w ogóle, to czym ja właściwie mam pamiętać? Przecież jeśli chodzi o mózg, to ostatni smażyliśmy we mnie przed trzydziestu laty! A i to z jajecznicą.

Ena: Jedno jajko było zepsute, lecz abstrahowaliśmy wtedy od szczegółów. Ale to nie zawsze się udaje. Ach, jak ja bym już chciała być nareszcie dorosła! Dorośli są tacy dorośli!

Lo: Mała, doktorze, w tym celu od lat przeprowadza różne ćwiczenia woli i innych rzeczy.

Ena: A tak. Na przykład oddychać przestałam jeszcze przed ośmioma laty. Przypuszczam, że to wybitnie przyśpieszy proces mego dojrzewania. Na oddech pozwalam sobie tylko od czasu do czasu, raz na kilka tygodni, jeden, a i to dosyć płytki haust powietrza. Żeby nie przesadzać - powietrza możliwe zanieczyszczonego.

Lo: Preparuje sobie te porcje powietrza do oddychania sama, nocami. Nie znoszę metod chałupniczych. Dlatego prosiłam niedawno naszych londyńskich znajomych, żeby przysłali nam kilka haustów słynnego londyńskiego smogu. Wysyłam też małą od czasu do czasu do Chorzowa. Tam jest wspaniale zanieczyszczone powietrze!

Ena: Potem przez lata wypracowywałam sobie silną wolę, teraz potrafię na przykład tygodniami nie odzywać się, podnosić na odległość niezbyt ciężkie przedmioty, takie jak na przykład wyższa matematyka, biologia, polski i tak dalej. Przypuszczam, że po pewnym czasie uda mi się niechybnie przeskoczyć siebie samą. To by było ukoronowaniem procesu mego doroślenia. Tęgo się napracowałam. Sądzę, że mam prawo z czystym sumieniem do jednej, dwóch skrobanek rocznie. Zasłużyłam sobie na to ciężką pracą.

Off: W Zakopanem zachowywała się dziwnie. Przestrogi, którymi ją obdzieliła rodzina na drogę, rozdawała przygodnie napotykanym nieznajomym.

Ena: Bowiem już wtedy zrozumiałam, że prawda jest nieprawdziwa.

Gaj: Jeszcze tylko moment. Proszę szerzej otworzyć jamę brzuszną.

Ena: Prawdę swojej młodości miałam obedrzeć ze skóry. Aż do żywego mięsa. I dopiero wtedy, kiedy trysnęła spod niej moja krew i żywy ból, ukazało się żywe mięso prawdy prawdziwej. Lecz wpadłam w swego rodzaju nawyk. Od tego czasu nie mogę sobie pozwolić na to, ażeby rana choć przez sekundę zasklepiła się. Trzeba ją nieustannie rozdrapywać na nowo. Rozszarpywać przegapione zrosty. Inaczej rana zaczyna natychmiast przykro cuchnąć.

Gaj: Tak, tak. Prawda niekoniecznie jest czymś zachwycającym. Najczęściej - wprost przeciwnie.

Ena: Prawda jest dla mnie zadawaniem sobie cierpienia. Ona się nieustannie pod moimi paznokciami staje procesem rozdrapywania. Żywym bólem.

Lo: Z biegiem czasu człowiek tępieje na wszystko. Ból, żeby dochodził do nas z taką samą siłą jak na początku, musi być o wiele bardziej duży.

Gaj: No, nareszcie koniec. Jeszcze tylko test. Proszę spróbować, czy potrafi pani przejść przez ścianę, na przykład przez ścianę powietrza lub światła. Jeżeli materia nie postawi pani fizycznego oporu, znaczy jest pani uratowana, chłopcze.

Ena: Wystarczy uwierzyć, ażeby przechodzić na wskroś, na wskroś przez materialne przedmioty.

Lo: To cecha charakterystyczna dla młodości. Młodzi to potrafią. Jeszcze nie dalej jak wczoraj rano była świadkiem takiej oto sceny: ktoś, chyba człowiek, majestatycznie frunął bez pomocy nawet rąk (miał je złożone na plecach) ponad kilometr nad naszym domem. Prawdopodobnie dlatego właśnie, że był bardzo młody.

Gaj: Być może, że nawet młodszy od samego siebie. To się ostatnio coraz częściej zdarza.

Ena: W Zakopanem podano nam na obiad róże. Zupa z dzikiej róży, na drugie kompot z płatków różanych i na deser róża w sosie własnym.

Off: Róże były jeszcze żywe i tak śmiesznie podrygiwały na talerzu.

Ena: Jedna z nich coś krzyknęła mi w kierunku prawej górnej ósemki, kiedy ją nadgryzałam. Nie dosłyszałam jednak, o czym krzyczała, bo byłam zajęta jedzeniem.

Lo: Doktorze, czy pan już wyskrobał tę różę?

Ena: Rondelek, Off, ma zamiast tego mięsistą i kurczliwą róże.

Lo: Właśnie, właśnie. Moja córka ma w życiu szanse być czymś. Czy pan zauważył, doktorze, że ona również zamiast tego ma między udami tylko różę?

Ena: To dziwne, ale zawsze miałam takie wrażenie, że kiedy mi to robi, to wraz z westchnieniem ulgi wlewa się do mnie do środka kilka arów róż.

Lo: Off pisał nam, że Ena wprost pożerała jego słowa.

Off: Wyjadała mi całe fragmenty rozmowy. Jestem cały w dziurawych wyrdzewieniach.

Lo: I tym już było, niestety.

Ena: Jego słowa były takie delikatne. Wprost rozpływały mi się w uszach!

Lo: Następnie, pewnego dnia, zjadła niż tego ni z owego kawał nocy.

Ena: Nie potrafiłam po prostu jeszcze wtedy odróżnić nocy od czego innego. Po prostu myślałam, że ciastko z gwiazdami.

Gaj: Tak, ale od tego czasu w Zakopanem jest mniej ciemno niż w innych stronach.

Off: Mówiłem jej tak: moje drogie dziecko! Pluń na marzenia! Przecież ty jesteś już prawie dorosłą dziewczynką! Wtedy popatrzyła na mnie i.

Ena: I niestety nic nie powiedziałam. A potem.

Off: A potem, w nocy, mam na myśli ten kawałek nocy, który przez pomyłkę pożarła, rzuciła się na mnie i po kawałku zaczęła mnie konsumować. Nie mogłem jej pozostać dłużnym. To należało do konwencji.

Ena: Musiałam się nauczyć na samej sobie, co to jest konwencja. Zjadałam jego marzenia, słowa, gesty, niewypowiedziane myśli, niepomyślne myśli, palce, całe, całe ciało. Bardzo mi smakował.

Lo: Tak, tak. Pierwsze wrażenia są zawsze najsmaczniejsze.

Off: Potem mi zaczęła wyjadać garnitury, pożerać krawaty, wyjadać spode mnie materace, na których spałem, aż. Bałem się cokolwiek powiedzieć, wyrazić, zaśpiewać. Śpiew w jej obecności natychmiast zamieniał się w śpiewaka. A to był przecież 2-osobowy pokój!

Ena: Off w ten sposób utracił wtedy coś ponad 6 słów.

Off: Jedno z nich było niejasne. Zatem się nie liczy.

Ena: Zmysły istnieją. To nie jest legenda. Pewnego razu aż oślepłam od olśnienia. Olśnienia zdaje się prawdą. Zmysły się we mnie żarzą całymi latami. Wypalają mnie od środka. Co pan tam tak manipulujesz pomiędzy nogami?

Gaj: No jak to? Przecież przeprowadzamy excochleatio cari uterum!

Lo: Excochleatio? Ja ci draniu dam! Będziesz mi tu psuł dziecko! Do sądu podam! Psami poszczuję! Obleję vitriolem!

Off: Panowie, panowie! Przecież to zabawa. Mieliśmy udawać doktora, czy nie?

WSZYSCY: Mieliśmy! Ale to się staje nudne. Za chwilę będzie obiad!

Gaj: A kto mi zapłaci za zabieg, co?

Lo: Mała się nauczyła życia i jeszcze nam pan za to każe płacić, bezczelny! Takiego to by należało zakastrować na śmierć!

Ena: Czuję, jak odklejają mi się moje zmysły. Być może trzeba by wypowiedzieć kilka garniturów, bowiem inaczej całą zabawę wezmą diabli. Nareszcie będzie można zacząć być dorosłym, żyć. Co jeszcze?. No cóż. Nazywajcie mnie Różą. O świcie zacznę przejmująco pachnieć i zapach ten zwabi najpiękniejsze na świecie nożyce do cięcia kwiatów, i - normalna sprawa, mój Boże, w tym wieku, zerżnie mnie pierwszy lepszy, zerżnie, a potem pójdzie sobie, a świt powoli się zacznie przemieniać w coraz bardziej, coraz bardziej jasny dzień, a potem przyjdzie drugi i pomyśli sobie, że Róża pachnie nie tak, jak mogłaby pachnieć, chociaż będę starała się pachnieć dla niego z całych sił, ale mimo to zerżnie mnie po raz wtóry, i tak bez końca, ale niestety będę coraz mniej pachniała, coraz się później będzie na świecie dla mnie robiło, i pewnego razu na pewno nie starczy mi sił, żeby zdążyć odrosnąć, zanim przyjdzie do mnie następny chłopiec, albo nóż, żeby mnie ewentualnie zerżnąć. I po Róży...

powrót