powrót

 

Bogdan Chorążuk
WIZYTÓWKA POETYCKA.

 

 

PAROKSYZM .

Paroksyzm powrotu do spraw zadawnionych wykrwawia z siebie 8 minut po 12.00 dnia 14 lipca 1969 roku na geograficznej wysokości x. Dokoła się roztacza pewien widok, i aktualny chorążuk. Po jego wyrażeniach, przez wrażenia kleceni z fragmentów płyną, błąkają się zaszczuci i pozbawieni zaszczytów, i nie wiadomo, jakie to energie napędzają im cele u nóg. Mijają, przestają egzystować. Chorążuk wypowiada fragment słowa, widok zalewa żrący zapach sensu, krwawią formuły, z których go oddarto. Z niesłyszalnym sykiem pęka kilka sekund. Chorążuk cieknie z nich, mruży swe oczy, wszechświat zachodzi mgłą i ciszą. Paroksyzm się wali po swej świadomości, (jego) mózg tryska, głupieje, nuci niższe piętra (wujka). Dodaje się do ciotki, stara się, lecz nie jest niestety tak młody, jak by się należało spodziewać, szczerzą się z niego kolejne wyglądy, krew, znowu krew, szczerość należy uważać za piłę, chorążuk rżnie pół piętra niżej, i jednocześnie rozchyla się z wrzaskiem, z rozkoszy mu wariują wszystkie słowa: dostaje niewypowiedzianych i nieodwracalnych zaburzeń. Upływające naokoło nadal tną syreny, ciotka przekracza punkt kulminacyjny, gwałtowny spadek łagodności załamuje się, czas fragment po fragmencie z namaszczeniem mlaszcze mijające i spod kolejnej jego warstwy wyłania się (nareszcie!) mój tors oraz słowa. Teraz już jestem na szczycie minionego: ze zmętniałymi od oddalenia oczami, strzępem uśmiechu w kątach warg gnijącym, tak uczepiony tego (swego), co nastąpi, że aż malejący (nierealny). Ja, znachor sztuk, dyplomowany felczer filozofii, ja z wywalonym na wszystko suchym i obrzmiałym językiem estetyki, z wybałuszającymi się gałami pisanego, powieszony na wszystkich swych wierszach, na każdym apelowym placu sczerniałej z gorączki pamięci, a czas sekunda po sekundzie wykrwawia się ze mnie, a oczy me zachodzą wszystkim, wszystkim, które mija.

 

* * *

 

Idziemy. Rozmawiamy. Wtopieni w gatunek.
Patrzę ogromnym zmęczeniem jego ewolucji.
Przez nerwy moje wieją archetypy.
Pniemy się po spirali dialektycznej. Widzę
niżej pode mną pęczniejące mózgi.
Podróż nasza skrwawiona utylitarnością.
Tli się humanizm. Trzeszczą aksjologie.
Cywilizacja się chwieje w wszystkich naraz miejscach.
Na drodze naszej kwitną atomowe grzyby.
Tempo marszu narasta. Wyżej! Wyżej! Wyżej!
Nasze kobiety umierają w drodze
do siebie. Rozmijam się z wszystkim.
Czy to już świt? Rogatki miasta?
Tu rozchodzimy się we wszystkie strony
i każdy z nas ma w sobie coś ze wszystkich.
I ja startuje w niebo nagim ciałem

 


* * *

 

Siedzę tutaj, w tej części Wszechświata, siedzę
pod własnym nazwiskiem, głęboko pod paznokciem, ja
drzazga, ja, gwiazda spalająca się w własnym
i kryształowym olśnieniu, ja.
Zderzam się ciągle ze sobą. Muszę się odzyskać. Ja.
Nieskończoność
na mnie gwałtownie napiera, i na widnokręgach
żarzy się moje milczenie. Fala za falą bije we mnie
powaga. Docieram do siebie z najodleglejszych przypomnień.
Pochylam się nad sobą: galaktyki się rozbryzgują.
Powoli się zaczynam coraz szybciej, coraz szybciej,
coraz szybciej sączyć z własnego urodzenia. Czy to
za wiele, aby Wieczność wykrwawiła się? Przedmioty
opuszczają siebie, i są już tylko wrażeniami.
Czuję ich napór. Zatrzaskują się
na nas dokładnie. Za oknem - czy to wyje moja pamięć
- miałka osobność dendrytów, wiatr przesypujący nas
ze zdarzenia w zdarzenie? Zderzamy się nieustannie
z własną bezsilnością. Staram się skupić: myśl moja
przenika przez beton i chaos. I wzrasta
ciśnienie Historii. Wtłacza nas do urządzeń
do dokładnego mielenia miesięcy. Lecz
chytrość moja mi nie zastąpi niczego. Nic, co by
nas mogło zastąpić, nas nie uratuje. Nie wiem,
czym jest człowiek, czym jest człowiek.
Siedzę w tej części Wszechświata, siedzę
pod własnym nazwiskiem, głęboko pod paznokciem
staram się nie boleć,
lecz chytrość moja mi nie zastąpi niczego.

 


* * *

 

Wisi nade mną różowy obłok mego bólu.
Z nieba nie spadnie ani kropla ulgi!
Spieczony język stara się mnie wypowiedzieć.
Sypią się z niego martwe, białe słowa.
Ze wszystkich szczelin wpełza na mnie ciemność.
Jej larwy mnożą się w mych poruszeniach.
Odkleja się ze mnie mój słuch i mnie wyje.
Przez moje nerwy biegnie wariat i coś krzyczy.
Jego krzyk mnie przebija na wylot, jakbym nie istniał.
Sam także nie wiem, na ile już jestem.

 


* * *

 

Piszę w przeczuciu śmierci. Ścigany
horrorem rozpadającego się organizmu
ślącego do mnie rozpaczliwie list po liście
gończym z każdego narządu. Jestem
skazany jednak już od urodzenia. I teraz
czekam tu tylko na prawykonanie wyroku.
Nie piszę do nikogo gróźb o ułaskawienie.
Piszę w przeczuciu śmierci. Ubrany
w śmiertelną powagę.

 


.

 

 

Na dworcu w Ciechanowie,

 

nocą Wśród nas była między innymi wariatka.
Była! Wszczuta bez reszty w siebie,
w tę poczekalnię ogromną i senną.


Wariatka, zresztą mucha gryzła nas, gryzła nas
gryzła nas i nieustannie się przeistaczała
kiedy gasiłem jej w ustach kolejnego papierosa
wyła, i na moment się stawała popielniczką.


Bałem się poruszyć. Poczekalnia otwarta na
przestrzał, razem z systemem słonecznym tkwiła
nieruchomo w pędzie ku nieskończoności.
Co chwilę któryś z nas odchodził na bok, i umierał
Przez tę noc zestarzałem się o wiele zdarzeń.

Wariatka mnie ugryzła, znowu mnie ugryzła.
Tym razem było to śmiertelne ukąszenie
bowiem zabiłem ją, a ona
u sufitu zwisała jeszcze bardziej żywa
i śmiała się ze mnie ciałem, i jeszcze czymś innym.

Wreszcie nadjechał powłóczysty expres.
Dworzec śmierdzący uryną natychmiast
zapadł się, i przestał istnieć.
Pod moją czaszką drżał już cel podróży.

 

* * *

 

Wiem: jestem zupełnie kimś innym.
Umówiłem się ze sobą, że jestem tym, kim być powinienem, że jestem sobą.
A jednocześnie, jeżeli tylko tak udaje przed sobą tym. którym jestem pozornie
tego, którym jestem rzeczywiście - to przed kim udaję?
Przed tym, którym być powinienem, że jestem taki, jakim być powinienem,
czy przed tym, jakim jestem, udaję, jakim być powinienem?
Czy jestem kimś innym, skoro potrafię się objąć namysłem?
Lub jeszcze innym, jeżeli opisuję siebie zastanawiającego się nade mną?
I jednocześnie nie tym? Czy jestem czymś nieskończonym,
jeżeli potrafię myśleć, że myślę, że potrafię myśleć, że myślę et ceatera?
A przecież jestem tym, kim jestem -

 

* * *

 

Patrzę i widzę.
A wiem, że to, co widzę, jest tylko mniejszą częścią tego. co mógłbym zobaczyć.
A wiem, że ze mnie - za mnie to samo widzi coś,
co będąc mną, jest jednocześnie czymś osobnym.
Czymś, co pożera część mego widoku.
Kto to tak widzi moimi oczami?
Co za mnie patrzy mną i wodzi mnie poza mnie?
Moje patrzenie przesącza, i przez jakie filtry, na moją niekorzyść?
Co widzi lub co chce zobaczyć? Coś, co ukrywa przede mną?
Czyżby mnie - Boże, rzeczy zdeterminowana, choć przez materię o kwiatach tak obcych, że
aż przekraczających naszą możliwość pojęcia?
Bowiem ktoś patrzy moimi oczami.

 

 

 

SZCZEROŚĆ (ZA SZCZEROŚĆ)

 

Podobno szczerość jest godną uwagi wartością.

Spróbujmy to natychmiast wykorzystać. Na przykład:

Opuszczam spodnie, sram. Sram na majestat śmierci.Poważnie

i szczerze. Siny z emocji aksjologiczny nieboszczyk

po pachy już w nieskończoności. Ksiądz coś

bełkocze, przewraca gałami. Pudło ze śmierdzącym nadzieniem

rozłazi się na rachitycznych nóżkach. Po kościele. Po kościele!

Obwąchuje nas. Zmarły uchyla trumnę, żebrze o trochę litości.

Tutejszy organista, znany w okolicy dureń, bije organy po

mordzie. Stara się im wydrzeć tajemnicę dźwięku. Nieboszczyk

karmi sobą ciszę, następnie się o, jakby to powiedzieć, nanizuje.

Bóg z nudów po raz wtóry przelicza obecnych.

Dusza zmarłego Jego szybuje do góry, i tam wyrżnąwszy łbem

o podświadomość naszą, wielokrotnie mdleje. Białej

krwi strumień bryzga na obecnych. Z posrebrzeń

łuszczą się muskularne i zezowate anioły. Wloką zmarłego

do krypty, łamią mu kręgosłup, duszą. Spod drzwi cieknie Pan.

Wdowa z emocji dostaje monstrualnej menstruacji.

Bóg się niecierpliwi. Nieboszczyk rzęzi. Konwulsje

się rozpełzają po przyszłych miesiącach. Obecni

na przedłużającym się ceremoniale hodują swe zasługi.

Ze świata zmarłego gwałtownie wyciekają zdarzenia i rzeczy.

Mój przyszły trup zaczyna nudzić nawet mnie. I śmierdzieć.

Zatem opuszczam spodnie i po raz wtóry sram. Sram na majestat

własnej przyszłej śmierci. Co nie jest takie proste, bowiem

szczerość nie jest, jak widać, przyjemna i łatwa.

Lecz niech tam...

 

 

 

LABIRYNT

Alternatywna dżungla.
Psychiczne trzęsawiska.
Pogruchotane reguły logiczne, bezsensowne sensy.
Przedzieram się z trudem przez siebie.
Wlokę własne życie.
Obłazi mnie robactwo jadowitych natręctw.
Zapadam się w pułapkę własnej świadomości.
Złośliwe przeoczenia kosztują mnie, człowieka, wiele.
Impet straciłem już dawno, śmiech wysączony do ostatniej kropli.
Plączę się w słowach, dręczą mnie własne zamiary.
Ograniczenia mnie duszą i bolą.
Biję po mordzie szczęście za to, że go nie ma.
Próbuję się stąd wyrwać z siebie na swobodę.
Krąży nade mną legenda o tym, że gdzieś tam są inni.
Wisi nade mną Wszechświat niewytłumaczalnie.
Bełkotliwy półmrok, odór niemożności.
Wpadam po pas w bagno kolejnego dnia.
Na jego rozkrzewionych możliwościach kwili
ten cudowny ptak o nazwie przyszłość.
Jest głuchy i ślepy.
I wabi mnie głosem pozorów i przeczuciem dreszczy.
Odżywiam się marzeniami.
Zjadam własne zęby.
Rzeczywistość jest rozpływającą się, galaretowatą i nieciągłą fikcją.
Nagle potrafi się zdarzyć coś, co się zdarzyć nie może.
Nierealne zdziczenia, negacje negujące siebie,
ogłupiające paradoksy, tuczące mnie obietnice,
mnożące się, chore cywilizacje i sprawy.
Nadzieja i rozpacz.
Nadzieja i rozpacz.

 

 

 


Zegarmistrz światła /piosenka/.

 

A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy

Przewieją się przeze mnie dni na przestrzał
Zgasną podłogi i powietrza
Na wszystko jeszcze raz popatrzę
I pójdę nie wiem gdzie - na zawsze.

 

 

 

UTYLIZAC:JA.

Prowadzą nas do rzeźni. Trwa to już od wieków.

Lecz, według ostatnich obliczeń, nasza przydatność jest

[mniejsza od pewnych ustaleń.

Ryk bydła miesza się z naszą odrazą i kałem.

Podkrada się do nas bezsilność, podgarnia pod siebie.

Interesujące na co nas przerobią.

Na uderzeniach wisi twój poćwiartowany krzyk.

Do podstawionych naczyń ścieka z niego

nasza przyszła krew.

Wzdłuż muru biegnie człowiek z nożem w twoich plecach.

Potykasz się o to, co zaraz nastąpi.

Z nieba mżą wielościany prawnicze.

Wwąchują nas przyszłe uderzenia noża.

Podprowadzają cię pod wykarmione agonią obuchy.

Twoi oprawcy, zresztą przyjaciele, uwijają się koło roboty.

Na twarzach wytatuowane uśmiechy zwycięzców.

Jeden z nich dobiera ci odpowiedni nóż i słowa.

Ich rechot kończy się twoim milczeniem.

Pytają cię o zdrowie, o sukcesy.

Usprawiedliwiasz się, że jesteś tak intelektualnie wątły.

Weterynarze cię zapewniają, że nie jest tak źle.

Być może, zostaniesz nawet wyeksportowany.

Ktoś cię zaczyna przeliczać na kilogramy i ceny.

Żegnasz się z bratem: chce cię choćby częściowo wykupić.

Matka podtyka ci tabletki oszałamiające.

Przyjaciele udają, że tego nie widzą.

Zmuszony więc jesteś policzyć im i to na ich dobro.

Pogrzeb się jakoś przedłuża.

Rozdajesz drobiazgi i ostatnie rady.

Obok ćwiartują jedną z twoich dziewczyn.

Jeszcze z jej brzucha cieknie twoja rozkosz.

Z jej czaszki bryzga kilka twoich myśli.

Ocierasz twarz rękawem, uśmiechasz się przepraszająco

przez nią.Zdaje się jednak, że nie zauważa cię.

Każdy jest tutaj zajęty czym innym; sobą.

Ciebie w łeb nagle uderza nienaturalność tej sceny.

Niczego jeszcze nie rozumiesz.

Ale już tego nie zdążysz przemyśleć.

Zaczyna się twoje utylitaryzowanie.

B o g d a n C h o r ą ż u k.

 

 

 

P O R A N I E W Y R A Ż A L N E G O.

*

 

Z uderzeń krwi do głowy, ze skurczów żołądka...
To było tak rozległe, że się musiało zmaterializować.
Nadziane oczekiwaniem,
błogosławione we wszystkich proroctwach.
To się musiało przecież w końcu zdarzyć

*

Zaczyna się pora niewyrażalnego.
Oto już kwitnie to wszystko, co było zaledwie przeczuciem.
I będzie można do zawrotu głowy wąchać, wąchać, wąchać
kwiaty alternatyw.

*

Przerwa zapuszcza korzenie.
Oto znów dzieje się to.
Rozpięte na teraźniejszościach.
Rozciągane przez oddalające się od siebie brzegi.
Odzyskam je.
Z nieświadomości mojej wije gniazdo pierwszy przedmiot.

*

Ten stan się ciągnie stąd kilometrami.
Jego niebieskie żyłki wrastają w moją wyobraźnie.
Tylko do tego miejsca docierają wyraźne wrażenia.
Gdyby to było możliwe, okazałoby się, że.
Niestety jednak.

*

Ach. piękne urojenie!
Wejść w nie tak bardzo,
żeby aż drzwi prowadzące
do niego skrzypnęły.
I zastać tam siebie.

 

*

Wielkie stężenie zainteresowania kwitnie łakomie przed lustrem.
Zrywa go Narcyz, karmi nim swój zachwyt.
Zdejmuje z siebie ciało, patrzy.
Z lustra się sączy jego zawrót głowy.

*

Mija kolejna minuta.
Po raz ostatni i pierwszy patrzę dookoła.
Na wszystko. Za chwilę
już tego nie będzie, i
już nigdy więcej nie powtórzy się.
Widziałem coś. czego nikt inny
nigdy nie zobaczy. Za chwilę. gdy skończę ten wiersz,
to, o czym piszę, nie będzie istniało

*

Chociażby raz zobaczyć,
raz w ciągu Wieczności,
chociażby jeden, jedyny raz
zobaczyć to miejsce,
to miejsce, i te wszystkie miejsca,
których już nigdy nie zdążę zobaczyć.

*

Poza sferą smakową.
Poza rejonem dotyku.
Poza okolicą widzenia.
Poza czuciem i słuchem.
Poza.

*

Ważne mnie dzisiaj problemy rozwiązują.
Tak bardzo jestem zawiązany!
Bolą mnie wszystkie supły.
Z nadmiaru nóż mi kwitnie o zdecydowanych cięciach.
Jestem doszczętnie gordyjski.

*

W analogiczny sposób można otrzymywać x
(wymieszać, zapoczątkować reakcję).
Ilość stworzonej w ten sposób substancji
powinna przemienić się w jakoś(ć). Można by to potraktować jako
wstępny produkt do produkcji na przykład.  

 

 

powrót