|
|
|
Bogdan Chorążuk
Zielone oczy lasu.
Oczy lasu mają sosny i dęby ogromne Obserwują nas wyniośle pną się karkołomnie
Uszy lasu mają deszcze mają świergot ptaków I nie wspomnieć trudno jeszcze wszystkich leśnych kwiatów
Uszy lasu słyszą wszystko chociaż są zielone I jeziora oczy szkliste patrzą w każdą stronę
Uszy lasu brzęczą latem i wiatr je kołysze Wiele, wiele na nas kwiatów czeka jeszcze dzisiaj
Oczy jezior powłóczyste patrzą i nie wiedzą Przez powietrze uroczyste cisza tylko idzie.
Dekret
Pozwalam drzewom rosnąć Pozwalam kwiatom pachnąć Pozwalam być pogodom Pozwalam świecić słońcu
Pozwalam być radosnym Pozwalam wszystkim śmiać się Pozwalam ludziom marzyć Pozwalam śnić na jawie
Pozwalam myśleć mądrze Pozwalam czuć się dobrze Pozwalam patrzeć w gwiazdy Pozwalam i pozwalam
Refren: Polecam żeby ludzie byli bardzo ludzcy i żeby byli piękni i szczęśliwi By ludzie byli piękni i szczęśliwi Na cieniu cień
Nie jestem godna niepogodo tylu błyskawic purpurowych Tak wysokiego deszczu dla mnie Tylu otwartych dla mnie kwiatów Dla mnie kwiatów…
Ptaki pływają w zachwyceniu I nagie w deszczu brodzą drzewa Nie jestem godna takiej nocy gdy tak wysoko wszystko śpiewa
Nie jestem godna łąk wspaniałych… Trawy, to przecież moje siostry Zielenią tryska senna gałąź I naokoło sama wiosna Sama wiosna…
A przecież tyle jeszcze wiatru Tyle zieleni i zdumienia Nieba z wysoka na mnie patrzą I cień na cieniach kładzie cienie
Nie jestem godna niepogodo tylu błyskawic purpurowych Tak wysokiego deszczu dla mnie Tylu otwartych dla mnie kwiatów Dla mnie kwiatów…
Zielony wiatr
Wiatru narwać zielonego Narcyzów naręczy I błękitu głębokiego od tęczy ,od tęczy...
Oczy nabrać pełne kwiatów Dzikiej kwiatów róży Pławić je w gorączce lata Z lotu ptaka wróżyć
Kąpać się w zachwycie sosen Ssać buczenie trzmieli Napić się ciemności nocnej Wykudłacić w zielu
Niebem frunąć z obłokami Złotą chmurą senną Radość być nad radościami Co noc a codziennie
Oszalały bzy
Oszalały bzy, oszalały kiedy szedłeś ty do mnie nocą Niebem księżyc się toczył biały gdy pukałeś do moich okien Księżyc niebywały
I pachniały, ach jak pachniały! pulsujące brzęczenia soków A milczenie mrokiem milczało I aż gęściej się stało wokół
Oszalały bzy, oszalały kiedy biegłam, by ciebie wpuścić I słowo się ciałem stało Wszystkie zioła zaczęły nucić Śpiewać wszystkie trawy
Oszalały bzy, oszalały gdy wracałeś ode mnie nocą I płakać, i śmiać się chciało kiedy cichły za oknem kroki Niebo różowiało…
Co dzień, co noc
Co dzień, co dzień kocha nas wiatr Co dzień, co dzień staje się świat Co dzień, co dzień od nowa chce się żyć
Co noc, co noc kocha nas sen Co noc, co noc staje się cień Co noc, co noc od nowa chce się żyć
Co świt, co świt kocha nas blask Co świt, co świt rodzi się czas Co świt, co świt od nowa chce się żyć
Co krok, co krok słyszy się śpiew Co krok, co krok - nocą i dniem Co krok, co krok od nowa chce się żyć
Co dzień, co dzień zdarza się cud Co dzień, co dzień szczęście jest tuż Co dzień, co dzień od nowa chce się żyć
Pięknie, pięknie!
Pięknie, pięknie! Wieje coś wiatr A naokoło caluśki świat
Ciszy aż gęsto W powietrzu miód Na drzewach szczęście dojrzałe już
W oknach ludzie jak nie wiem co Serce się budzi jak widzi to
Trudno uwierzyć że pięknie tak Po środku przeżyć Na rogu dnia
Płynę życiem Nie mówię nic Żeby nie krzyczeć jak dobrze być
Pięknie, pięknie! Wije coś wiatr A naokoło caluśki świat!
Błękitny śpiew
Śpiewu błękitnego nabrać od motyli W błyskawicach nieba do oczu nachylić Posłuchać, jak milczy światło o poranku Zatrzasnąć się w zachwyt W pamięci go zamknąć Porozmawiać z łąką stopami bosymi W uśmiech wejść jak w kąkol Radość stamtąd wynieść Srebro księżycowe porozdawać gwiazdom Niechaj w czarnym niebie gniazda oczy znajdą Zająć się od róży purpurowym krzykiem Palić się wysoko najszczęśliwszym życiem
Tęczo, tęczo!
Tęczo, tęczo nasze święto świeć się nam często tęczo, tęczo
Deszczu, deszczu Nie padaj jeszcze Nikt ciebie nie chce deszczu, deszczu
Burzo, burzo nie grzmij za dużo Myśli się chmurzą burzo, burzo
Roso, roso kocham cię boso Noce cię niosą roso, roso
Lesie, lesie tobą się cieszę Że zieleń niesiesz lesie, lesie
Drogo, drogo znajoma nogom i ciebie kocham drogo, drogo
Tęczo, tęczo nasze ty święto świeć się nam często tęczo, tęczo
Wietrze ,wietrze Wierzyć się nie chce Że wiejesz wiecznie wietrze ,wietrze
Słońce, słońce nie zachodzące wiecznie płonące słońce, słońce
Tęczo, tęczo nasze święto świeć się nam często tęczo, tęczo
Szczere pola
Szczere pola niekłamane Ziemia woła Śpiewa kamień
Milczą drzewa z całej siły Śpi ulewa Kwiat się dziwi
Spod gorąca pachnie sianem Patrzy słońce : dzień bez granic
W horyzoncie utopione przejmujące piękne konie
Niedaleko płynie potok Zaszczebiotał chór stokrotek
Kwilą szczawie ponad świtem Kwaśne w trawach rośnie życie
Szczere pola niekłamane Ziemia woła Śpiewa kamień
Co mówi muzyka
Co mówi muzyka kiedy w ulach gra Słodycz na języku Życia miły smak
Na co kos się skarży kiedy mija dzień Pachnie coraz bardziej lip brzęczący cień
Dlaczego psy wyją w księżycową noc Jak się łuszczy w strąkach wysuszony groch
Ile trzeba ciszy zebrać w jedno nic żeby je usłyszeć żeby stał się krzyk
O czym kwilą świerszcze w sennych trawach dni Co je czeka jeszcze za następną z chwil
Do czego w dzięciołach serce stuka tak Kogo wieczór woła już od tylu lat
Co mówi muzyka srebrnym głosem wilg O czym śpiewa gryka I kto śpiew jej pił
Rozkołysał się wiatr
Rozkołysał się wiatr na pogodę Rozkołysał wiatr Opowiada po całym ogrodzie Jak mi ciebie brak
Roztańczyły się chmury na wietrze Roztańczyły się Coraz bardziej na niebie słonecznie Coraz dłuższy dzień
Rozsypało się stado gołębi Rozsypało się I na niebie zrobiło się głębiej Aż trysnęła biel
Rozśpiewały się trawy i zioła Rozśpiewały w krąg Coraz bardziej do siebie cię wołam W odurzeniu łąk
Rozpłynęły się ptaki powietrznie Rozpłynęły w szkło Jakie wszystko dokoła tu piękne Nie wiadomo skąd
Nie rozminie nas tęcza ze sobą Wiatr nie wróci wstecz Jesteś różą, nad tobą ja – obłok Co się zmieni w deszcz
Liście
Ej liście, liście, jesienne liście Co na pogodę napadaliście Co na pogodę co na marzenie Padacie we mnie a od niechcenia
Ej liście, liście, zbutwiałe liście Co pod stopami szeleściliście Co pod stopami, co przed oczami Że się oglądam ciągle za wami
Ej liście, liście, ostatnie liście Wy mnie zachwytem napawałyście Wy mnie zachwytem, wy mnie wzruszeniem Że tak padacie na całą ziemię
Ej liście, liście, umarłe liście Do cna mnie smutkiem napełniłyście Do cna mnie smutkiem, choć na wesele (A liść po liściu dalej się ściele)
W starym borze
W starym borze, głęboko w najczarniejszej gęstwinie Gdzie nie przedrze się oko Gdzie powoli czas płynie domek stał gajowego pana Kowalskiego
Nawiedzały go sarny Zapędzały się dziki Wkoło bór szumiał czarno Najpiękniejsze muzyki A za ścianą, za szybą mieszka jeszcze ktoś chyba: Stoją drzewa Biegną sarny Płonie czerwień malin Słońce śpiewa w borze czarnym A co było dalej? Nieraz porą wieczorną w oknie cienie dwa tańczą Sarny stoją pokornie w okna jasne patrzą A gajowy gajowej czesze włosy płowe
A gdy wstaje poranek Kiedy dzień się zapala Ona idzie na ganek I on idzie, a dalej sarny pasą się wokół Mija rok po roku Płyną lata pracowicie jak bór naokoło Domek w kwiatach Piękne życie i echo, co woła: Hop, hop! Hej, hej! eheeeej! Hop, hop, hej, hej, eheeeeeeeej!
Jeziora, jeziora…
Wyjedźmy nad jeziora W błękit skropiony mgłą Ich brzegi nostalgiczne Aż tutaj mi się śnią
One są jak tęsknota Jak wylew mokrych traw W kaczeńcach cisza złota I nie ma żadnych spraw
Refren: Jeziora, jeziora! Kaczeńce i wiatr! I zachwyt że taki Że taki cudowny jest świat
Wyjedźmy nad jeziora Tam się zatrzymał czas Tam o nas dookoła Od wieków marzy las
One tam w błyskawicach zielony piją świt I tak czekają na nas Jak dotąd jeszcze nikt
Refren: Jeziora, jeziora! Kaczeńce i wiatr! I pamięć nad lasem Wisząca jak mgła
Poziomki jak niedźwiedzie
Łażą po lesie poziomki wielkie jak niedźwiedzie Łażą, i dojrzewają
Echo przed nimi ucieka od drzewa do drzewa Poziomki kichają Mija lipiec
Kucam, zanurzam się w smaku Wiatr wisi na słonecznych hakach Powietrze niebylejakie Wszędzie brak wszelkich braków
To i ja też zaczynam łazić dojrzewać, i kichać Że aż niejedna brzoza biało do mnie wzdycha
A ja nic: tylko łażę, i łażę : uwielbiam poziomki Cienie na liściach dojrzewają w leszczynach mój zawrót głowy
Tam, gdzie kiedyś
Tam, gdzie kiedyś szumiał bór czworonożny stroi stół A przy stole tym, bogatym przy śniadaniu siedzę z bratem
Brat smaruje miodem chleb I ja wcinam, bom nie kiep Było gdyby to przed laty pewnie by tu rosły kwiaty
„No to co”? – pomyślał brat I oblizał jedną z warg Ja w te pędy oblizałem drugą w miodzie wargę całą
Szkoda, że się skończył bór Bo nam szumiałby tu wtór Tu, gdzie teraz jem śniadanie było kiedyś dużo dawniej
Chwieje się noc
Chwieje się noc W milczeniu drzew Zakwilił ptak pofrunął w sen Sypie się barw kolorowy zachwyt
Chwieje się noc W płomieniu świec Ćmy wypił mrok wyszczerbił deszcz Gwiazd niemy śpiew kwiaty rozpowiedział
Chwieje się noc zapada w sen Nadejdzie świt Zbudzi się dzień Śpiewa już kwiat rosy chłód i czystość
Błękitny śpiew
Śpiewu błękitnego nabrać od motyli W błyskawicach nieba do oczu nachylić Posłuchać, jak milczy światło o poranku Zatrzasnąć się w zachwyt W pamięci go zamknąć Porozmawiać z łąką stopami bosymi W uśmiech wejść, jak w kąkol Radość stamtąd wynieść Srebro księżycowe porozdawać gwiazdom Niechaj w czarnym niebie gniazda oczy znajdą Zająć się od róży purpurowym krzykiem Palić się wysoko najszczęśliwszym życiem
Moment jesienny
Biegnie ogród przez ciszę Ku milczeniu się chyli Biegnie, i srebrno-słyszy upływające chwile
Biegnie ogród przez siebie Coraz głębiej dojrzewa Błękit kiełkuje w niebie I sok w gałęziach śpiewa
Minęło lato, mija długa jesień Idą bałwany śnieżne i zawieje Zza horyzontów sinych zima zimno niesie Ostatni kogut na pogodę pieje
Biegnie ogród milczeniem Ściga wiatr w drzew koronach Przegania go o westchnienie A w kącie róża kona
Bieganie ogród jesiennie I po owocach się toczy Słońce bardzo przyziemne zamyka kwiatom oczy
Tańczący wiatr
Z daleka, w najdalszą dal Od wieków, co noc, co dzień wieje wiatr, jakby tańczył się walc Nieustannie dmie I od pogody, do pogody lunatycznie, jak nikt wiecznie młody pędzi wśród wertepów, wśród bezdroży coraz prędzej codziennie niezmiennie w cały świat
Wieje wiatr Piękny wiatr Wieczny wiatr Świata wiatr
W topolach stuletni szum Zielono na cały świat Każdy liść roztańczony na pniu Walca tańczy wiatr I od topoli do topoli kolorowy od barw nuci pieśni lekko wszędzie wielo-jednoczesny musujący codzienny wiosenny srebrny wiatr
Wieje wiatr Piękny wiatr Wieczny wiatr Świata wiatr
Ciche, białe kołysanie.
Śpiewają śnieżyce, śpiewają Drzewom wiatr się kłania Bielą i kryształami stoły pozastawiaj
Mrugają (już) gwiazdy, mrugają Niebo się wysłania Złotem, wysokościami świątecznie się kłania
Jaśnieją ciemności, jaśnieją Światło świat dogania Jasność, nad jasnościami do samego rana!
Harcują wiatry, harcują Ścichnąć mają zamiar Ludziom chcą podziękować Ciszy dodać w zamian
Refren: W samym środku nocy otwierają oczy błękity uśpione powietrze zdumione lasy co pozieleniały każda gałąź, każdy kamień
Wszystko się budzi by radość śpiewać ludziom Oczy lasu
Oczy lasu mają sosny i dęby ogromne Obserwują nas wyniośle pną się karkołomnie
Uszy lasu słyszą wszystko chociaż są zielone I jeziora oczy szkliste patrzą w każdą stronę
Uszy lasu mają deszcze mają świergot ptaków I nie wspomnieć trudno jeszcze wszystkich leśnych kwiatów
Oczy wody mają ryby mają wodorosty Znad jeziora szklistej szyby patrzy brzeg wyniosły
Uszy lasu brzęczą latem i wiatr je kołysze W ciszy jakby zasiał makiem ciszę tylko słychać
Oczy jezior powłóczyste patrzą i nie widzą Prze powietrze uroczyste cisza tylko idzie
.....
Jak dobrze być poziomką Dojrzewać całe dnie Rumienić się wspaniale I kochać wiatru cień
Mieć liście i jagody i pić południa skwar Rozmawiać z chrabąszczami I z lasem chwiać się w takt
Jak dobrze być poziomką ten tylko o tym wie kto tego raz spróbował I sam poziomką jest!
Sosna
Zrąbywano las. Sosna, chociaż stara, nie chciała umierać. Wywinąć się spod siekiery, wywinąć się spod siekiery! w każdej jej szpilce krążyło pragnienie. Ale nic nie umiała wymyślić, i tylko płakała żywicą pachnącymi łzami. I jej łzy toczyły się z jej wypieszczonego słońcem, pięknie spękanego pnia, i szpilki jej ze zmartwienia wypadały z korony, i żółkła tylko cała, i schła w oczach ptaków, które ją kochały. A drwale byli tuż,tuż. Coraz bliżej słyszała trzask walących się na ziemię innych sosen, z wierzchołka patrzyła jak je obłupywano z kory, jak ucinano im gałęzie, jak cięto pień na żałosne kikuty, żałosne kikuty... Uciekaj sosno! pohukiwały znajome puszczyki, ale ona stała jak sparaliżowana. Och, żeby choć uciec od echa, które bezustannie z niej drwiło, uprzejmie jej donosząc każde uderzenie żelaza o pnie jej sióstr, żeby ogłuchnąć od litości wiatru, który jej szumiał o ostrzach żelaznych, o postrzępionych krawędziach stalowych, żeby powietrze się skrzepło na kamień! Ale nie mogła nie słyszeć, nie potrafiła zapomnieć. A topory podchodziły coraz to bliżej, i bliżej. Coraz wyraźniej słyszała ich żelazny chichot. Dąb, który się do niej zalecał od tysiąca lat, dąb, który obejmował ją wieczorem ciemno-zielonymi liśćmi, który coraz ciaśniej wplatał się gałęźmi w jej czułość sosnową, nawet dąb nie potrafił jej pomóc. Stała więc już tylko, stała głucha od nadziei, że może o niej, właśnie o niej zapomną, że może jej nie zauważą, albo ominą onieśmieleni jej bólem, oniemieli od piękna, jakie w sobie czuła. Modliła się do nich, a jednocześnie ich nienawidziła. Przyjdą tutaj po trupach jej sióstr i w jej wypielęgnowane słoje zanurzą ostrze siekiery. Stała jeszcze wyprostowana, otoczona szeptami wiatru i poskrzypywaniem gałęzi, wpięta w świergotanie ptaków, a echo siekier coraz ciaśniej oplątywało jej pień, i nie wiedziała umierając, że jest nieśmiertelna, że przetrwa o niej legenda wśród lasu, że jej cień, wydłużony o siostry – nie umrze, a kiedy i to kiedyś nastąpi, przez wieki jej soki będą jeszcze krążyły w słowie las. Stara sosna nie chciała umierać.
Tam, gdzie kiedyś szumiał las
Tam, gdzie kiedyś szumiał las teraz nie ma nic :Czarny, wypalony świat :Bezgraniczny pył
Ptaków nie ma więcej w krąg i dzięcioła stuk dawno z tych odfrunął stron i nie wróci już
Na kikutach świszcze wiatr melodyjkę złą Umarł już ostatni kwiat Rozpadł się już w proch
Nie ma tropów ścieżek tu Ostygł każdy ślad Czai się bezpański ból I samotny strach
Kiedyś nieostrożny był jakiś człowiek raz Teraz rośnie tutaj nic i po lesie żal
Pożar lubi spacerować…
Pożar lubi spacerować pięknym brzegiem lasu Po spacerze tym zostaje czarna garstka płaczu
Po spacerze tym zostają pustki po gęstwinach – takich, które tutaj były – A teraz ich nie ma
A na niebie krążą ptaki co straciły gniazda I pisklęta zaczadzone I zwierzyna każda
Środkiem lasu płynie rzeka pełna czarnej sadzy Śnięte ryby się nie skarżą Martwo milczy badyl
Hej, kolego!
Hej, człowieku – nie bądź głupi Nie podpalaj lasu! Pójdziesz kiedyś po raz drugi zaznać tam wywczasów
I ty także nie pal łąki – Tam mieszkają świerszcze Kwiatów fantastyczne dzwonki Tysiąc zwierząt jeszcze
I wy, którzy przechodzicie brzegiem puszczy starej – nie rzucajcie jej butelek – może się zapalić
I powiedzcie swemu ojcu żeby był ostrożny Papierosy, to też sposób na ten pożar groźny!
Mówcie obcym i znajomym – niech nie rozrabiają! Czyste są niech nieboskłony Lasy się ocalą
Najłatwiej las zapalić i pójść sobie dalej Bo las się nie wścieknie nigdzie nie ucieknie Więc do głowy pójdź po rozum :Tę najprostszą prawdę zrozum!
Mniam, mniam, mniam! O, mniam, mniam, mniam! I, mniam, mniam, mniam! W brzuchu jeszcze miejsce mam! Na śniadanie ogień zjadł domek gajowego A na deser buki dwa i coś sosnowego Potem wtrącił w brzucho swe pół hektara łąki Potem zjadł zielony sen Co się schował w kąkol A następnie ogień ten z wiatrem się zabawiał – Po wierzchołkach lasu biegł i ptaki przeganiał Na polance spotkał znów strasznie smaczny kąsek – Stado ogłupiałych krów Pobiegł dalej w pląsach A na obiad ogień zjadł Podpalaczy obu :Obiad mu smakował tak że już nie czuł głodu Na kolację ogień ten nie miał już niczego Z głodu więc położył się na jeziora brzegu O, mniam, mniam, mniam! I, mniam, mniam, mniam! W brzuchu jeszcze radość mam! Kropla wody
Tam, gdzie nie ma kropli wody są najczęściej same szkody
Niech zaiskrzy jedna iskra – Z dymem idzie prawie wszystko!
Płoną lasy dookoła Tlą się chaszcze W chaszczach zioła
Aż do nieba w pewien piątek z dymem leci nasz majątek
Tam, gdzie nie ma kropli wody naokoło same szkody
Błyskawica
Błyskawica fiolet nocy złotem bije z całej mocy W jego ciało się przedziera Potem grzmotem po niej śpiewa Błyskawica jadem dzwoni i uderza z nieboskłonem I wypija drzewa świeżość Nasycenie swoje mierząc Błyskawica krzyczy z głodu i uderza w bukiet głogów I wypija go bez końca żeby w popiół szary strącić Błyskawica spada z chmury i całuje zbocze góry Liże ogniem i potęgą że kamienie nawet miękną Błyskawica błyskawicznie wybłyskuje błyskawicę I ogarnia złotem ziemię i zapala całą ciemność Przed świtem.
Na godzinę przed świtem ptakom śni się pogoda Ziemia rosy spragniona W chłodzie czarna woda
Na godzinę przed świtem W niebie słońce kiełkuje Między światłem a cieniem Drzewa spacerują
Śpią kamiennym snem kamienie Noc pod nocą się ukrywa Tylko czyjeś gdzieś sumienie krzyczy, lecz się krzyk urywa
Na godzinę przed świtem noc się w siebie zapada Rosa czarne gałęzie chłodem opowiada
Na godzinę przed świtem ludziom śnią się ptaki Z ich przelotu wróżę Świt niebylejaki
Świt
Ogromny był zielony świt W kolorach drzew tężał i stygł Na cały świat rozkołysał się, na dzień
Ptaki do rąk podawał mi Powietrznych sfer otworzył drzwi Na cały świat rozkołysał się, na dzień
Zachwytem śliw upił się sad Zerwany liść zabliźnił wiatr I cały świat zakołysze się na dzień
Zrywa się bzów do lotu krzak Po niebie mknie przegania wiatr Już cały świat rozkołysał się, na dzień
W milczeniu ziół kiełkuje kos rozdzwonił się na cały głos i cały świat aż kołysze się, na dzień
Na wodzie drży gasnący ślad Łodygi traw wypija czas Już cały świat rozkołysał się, już dzień
Oparł się świt o tęczy brzeg W bzach biała krew przyśpiesza bieg I cały świat rozkołysał się, na dzień
Sypną się z chmur anioły grusz Skrzydeł ich cień na kwiatach już I cały świat kołysze się, na dzień.
.....
Kamienie i drzewa! Kamienie i drzewa! Bądźcie wspaniałe i dzielne Bądźcie codzienno-niedzielne Kamienie i drzewa…
Pogody i deszcze! Pogody i deszcze! Bądźcie wieczorne i jeszcze Jasno-wesoło-niedzielne Pogody i deszcze…
Lasy – rośnijcie! Ptaki – fruwajcie niewypowiedzianie lekko!
To, co istnieje To, co jest obecne – być nie może przeoczone Jest wam przychylne powietrze Są wam przychylne żywioły
Nie dowierzajcie pozorom Nie załamujcie gałęzi Strony świata istnieją Pory roku istnieją
Są nienadaremne Nie do pominięcia
Lasy śpiewajcie Ptaki słuchajcie niewypowiedzianie słodko
Wszystko istnieje zawsze oraz wszędzie ponad wami , ponad wami...…
Wieczory i świerszcze! Wieczory i świerszcze! Bądźcie wełniane i skrzętne Bądźcie skrzypiące i miękkie Wieczory i świerszcze…
Błękitne powietrza! Błękitne powietrza! Bądźcie pogodne i piękne Żyjcie łagodnie i z wdziękiem Błękitne powietrza…
* * *
Zapalają się zielenie Płoną gwiazdy – twoje oczy Jesteś wiosną i jesienią Przeczuciami drzewa broczą
Jesteś każdym ziarnkiem piasku Jesteś każdym poruszeniem Dźwigam świt w kolejnym brzasku Zapalają się zielenie
Tylko serce ci się tłucze w mijających czasu mgnieniach Chcesz radości się nauczyć od radości i pragnienia
Jesteś sercem każdej rzeczy Jesteś czymś, co napowietrzne Serce tłucze się o wieczór Jakże możesz szczęścia nie chcieć?
Zapalają się zielenie Płoną gwiazdy – twoje oczy Jesteś wiosną i jesienią Przeczuciami drzewa broczą…
* * *
Zlitujcie się drzewa - jakżeż was całe wyśpiewam?! Darujcie mi ludzie - nie wytrzymam już dłużej
Zachłystywać się błękitem! Zauroczać się pogodą! Bujnie naokoło kipi słodka w upływaniu młodość!
Szczęście nasze nas dogania wśród serdecznych zdarzeń życia Świat naprawdę jest bez granic Kto się światem chce zachwycić
Zlitujcie się drzewa - jakżeż was całe wyśpiewam?! Darujcie mi ludzie - nie wytrzymam już dłużej
Pożar nieustanny serca Musujący śmiechu napar Chcę pozostać sobie wierny Świat jest mój i ja dla świata
Zlitujcie się drzewa - jakżeż was całe wyśpiewam?! Darujcie mi ludzie - nie wytrzymam już dłużej
Ponad pogodami
Konwalie biało tutaj świecą zanim rozdzwonią się o wieczór i smakowita z mroku pieczeń usmaży się w powietrznym piecu
Gady i płazy zamyślenia Zielone węże nasłuchiwań I chropowate od patrzenia brzozowej kory białe dziwa
Malina o czerwonych oczach śni ponad pogodami Wszechświat By tyle ciszy naraz spotkać trzeba milczenie w sobie dotknąć
Brzęczenie smarowane miodem Kilometrowe słupy chłodu Deszcz, to aż do nieba schody To wszystko, które we mnie głodem
Szczere pola
Szczere pola niekłamane Ziemia woła Śpiewa kamień
Milczą drzewa z całej siły Śpi ulewa Chmury tkliwi
Przejmująco pachnie sianem Frunie słońce dniem bez granic
W horyzoncie utopione przejmująco piękne konie
Niedaleko płynie potok Zaszczebiotał chór stokrotek
Kwilą szczawie wyśmienite Kwaśne w trawach kwitnie życie
Szczere pola niekłamane Ziemia woła Śpiewa kamień
Żar
Żarliwy żar Drzewa trzeszczą w szwach Dzień z wywieszonym jęzorem Blask mlaszcze południe Wiatr zwija się w kamień Powietrze śpi, cisza milczy Czasu dokładnie nie ma Nie można nie zaśpiewać:
Łąki! Łąki! Łąki! - gdzieś zieleniejące w ziołach utopione między snem, a słońcem jak słoneczne wyspy lżejsze od powietrza między pogodami otwarte na przestrzał w zeszłoroczną pamięć
* * *
Gałęziom gęstym od ptaków, śnią się ręce. Ach, jak ich nieobecność milczy! Ptaki chwytają w nie senne smakołyki, żonglują nimi, podają do dziobów. Świt pręży się, przytula je do siebie. Ptaki z swych snów wydziobują swoje ptasie szczęście i fruną ,fruną ,fruną – w nieskończoność.
... * * *
Łażą po lesie jagody
Echo przed nim ucieka
Wiatr wisi na
słonecznych hakach
* * *
Sosna nie żyje Oto łeb mój suchy dzięcioł skrzydłami klaszcze o przedwieczór i korę-dom opuszcza ze mnie kornik złoty to jakbym ślepnął - gałąź po gałęzi
Jeszcze tętno zielone zakrąży dzięcioł ze mnie i łeb mój opuka i drewno moje - ech! i gdzie on niesie tę pamięć po mnie - o lesie - i kornik
* * *
Bracia moi bukowi - moje korzenie we mnie - pnie moje leniwe od palców do głowy
Bracia moi kudłaci - charty śmigłe i czułe w nerwach moich szczekanie w mięśniach moich lot ptasi
Paszcze we mnie otwarte w cztery strony głodne Śmiech do ostatniej kropli wyciekł ze mnie - a boli
Bracia moi niemrawi rzeki ziemio tapczany my - każdym atomem jednacy Bracia moi - w materii
* * *
Las porośnięty jest naszą nadzieją. Pomiędzy drzewami przemyka się lis-przypomnienie. I orzech rośnie na skraju bólu głowy.
Z języka spada słowo "ryba", macza pysk w kierunku.
Wracamy. I okazuje się — minęły wieki.
Poziomka.
Jak dobrze być poziomką,
Data publikacji niniejszego pliku pdf: 15 luty 2008r. |
|