powrót

 

 

Bogdan  Chorążuk

 

 

 

 

                                                      

Zielone oczy lasu.

 

Oczy lasu mają sosny

i dęby ogromne

Obserwują nas wyniośle

pną się karkołomnie

 

Uszy lasu mają deszcze

mają świergot ptaków

I nie wspomnieć trudno jeszcze

wszystkich leśnych kwiatów

 

Uszy lasu słyszą wszystko

chociaż są zielone

I jeziora oczy szkliste

                                            patrzą w każdą stronę

 

 

                                          

 

Uszy lasu brzęczą latem

i wiatr je kołysze

Wiele, wiele na nas kwiatów

czeka jeszcze dzisiaj

 

Oczy jezior powłóczyste

patrzą i nie wiedzą

Przez powietrze uroczyste

cisza tylko idzie.

 

 

 

 

 

Dekret

 

Pozwalam

drzewom rosnąć

Pozwalam

kwiatom pachnąć

Pozwalam

być pogodom

Pozwalam

świecić słońcu

 

Pozwalam

być radosnym

Pozwalam

wszystkim śmiać się

Pozwalam

ludziom marzyć

Pozwalam

śnić na jawie

 

Pozwalam

myśleć mądrze

Pozwalam

czuć się dobrze

Pozwalam

patrzeć w gwiazdy

Pozwalam

i pozwalam

 

Refren:

Polecam

żeby ludzie

byli bardzo ludzcy

i żeby byli

piękni i szczęśliwi

By ludzie byli

piękni i szczęśliwi


Na cieniu cień

 

Nie jestem godna niepogodo

tylu błyskawic purpurowych

Tak wysokiego deszczu dla mnie

Tylu otwartych dla mnie kwiatów

Dla mnie kwiatów…

 

Ptaki pływają w zachwyceniu

I nagie w deszczu brodzą drzewa

Nie jestem godna takiej nocy

gdy tak wysoko wszystko śpiewa

 

Nie jestem godna łąk wspaniałych…

Trawy, to przecież moje siostry

Zielenią tryska senna gałąź

I naokoło sama wiosna

Sama wiosna…

 

A przecież tyle jeszcze wiatru

Tyle zieleni i zdumienia

Nieba z wysoka na mnie patrzą

I cień na cieniach kładzie cienie

 

Nie jestem godna niepogodo

tylu błyskawic purpurowych

Tak wysokiego deszczu dla mnie

Tylu otwartych dla mnie kwiatów

Dla mnie kwiatów…

 


Zielony wiatr

 

Wiatru narwać zielonego

Narcyzów naręczy

I błękitu głębokiego

od tęczy ,od tęczy...

 

Oczy nabrać pełne kwiatów

Dzikiej kwiatów róży

Pławić je w gorączce lata

Z lotu ptaka wróżyć

 

Kąpać się w zachwycie sosen

Ssać buczenie trzmieli

Napić się ciemności nocnej

Wykudłacić w zielu

 

Niebem frunąć z obłokami

Złotą chmurą senną

Radość być nad radościami

Co noc a codziennie

 


Oszalały bzy

 

Oszalały bzy, oszalały

kiedy szedłeś ty do mnie nocą

                                          Niebem księżyc się toczył biały

gdy pukałeś do moich okien

Księżyc niebywały

 

 

I pachniały, ach jak pachniały!

pulsujące brzęczenia soków

                                                               A milczenie mrokiem milczało

I aż gęściej się stało wokół

 

 

Oszalały bzy, oszalały

kiedy biegłam, by ciebie wpuścić

I słowo się ciałem stało

Wszystkie zioła zaczęły nucić

Śpiewać wszystkie trawy

 

 

 

Oszalały bzy, oszalały

gdy wracałeś ode mnie nocą

                                          I płakać, i śmiać się chciało

kiedy cichły za oknem kroki

Niebo różowiało…

 

 

 


Co dzień, co noc

 

Co dzień, co dzień

kocha nas wiatr

Co dzień, co dzień

staje się świat

Co dzień, co dzień

od nowa chce się żyć

 

Co noc, co noc

kocha nas sen

Co noc, co noc

staje się cień

Co noc, co noc

od nowa chce się żyć

 

Co świt, co świt

kocha nas blask

Co świt, co świt

rodzi się czas

Co świt, co świt

od nowa chce się żyć

 

Co krok, co krok

słyszy się śpiew

Co krok, co krok

- nocą i dniem

Co krok, co krok

od nowa chce się żyć

 

Co dzień, co dzień

zdarza się cud

Co dzień, co dzień

szczęście jest tuż

Co dzień, co dzień

od nowa chce się żyć

 


Pięknie, pięknie!

 

Pięknie, pięknie!

Wieje coś wiatr

A naokoło

caluśki świat

 

Ciszy aż gęsto

W powietrzu miód

Na drzewach szczęście

dojrzałe już

 

W oknach ludzie

jak nie wiem co

Serce się budzi

jak widzi to

 

 

Trudno uwierzyć

że pięknie tak

Po środku przeżyć

Na rogu dnia

 

Płynę życiem

Nie mówię nic

Żeby nie krzyczeć

jak dobrze być

 

Pięknie, pięknie!

Wije coś wiatr

A naokoło

caluśki świat!

 


Błękitny śpiew

 

Śpiewu błękitnego

nabrać od motyli

W błyskawicach nieba

do oczu nachylić

Posłuchać, jak milczy

światło o poranku

Zatrzasnąć się w zachwyt

W pamięci go zamknąć

Porozmawiać z łąką

stopami bosymi

W uśmiech wejść jak w kąkol

Radość stamtąd wynieść

Srebro księżycowe

porozdawać gwiazdom

Niechaj w czarnym niebie

gniazda oczy znajdą

Zająć się od róży

purpurowym krzykiem

Palić się wysoko

najszczęśliwszym życiem

 


Tęczo, tęczo!

 

Tęczo, tęczo

nasze święto

świeć się nam często

tęczo, tęczo

 

Deszczu, deszczu

Nie padaj jeszcze

Nikt ciebie nie chce

deszczu, deszczu

 

Burzo, burzo

nie grzmij za dużo

Myśli się chmurzą

burzo, burzo

 

Roso, roso

kocham cię boso

Noce cię niosą

roso, roso

 

Lesie, lesie

tobą się cieszę

Że zieleń niesiesz

lesie, lesie

 

Drogo, drogo

znajoma nogom

i ciebie kocham

drogo, drogo

 

Tęczo, tęczo

nasze ty święto

świeć się nam często

tęczo, tęczo

 

                                                     Wietrze ,wietrze

                                                     Wierzyć się nie chce

                                                      Że wiejesz wiecznie

                                                      wietrze ,wietrze

 

                                                       Słońce, słońce

                                                       nie zachodzące

                                                       wiecznie płonące

                                                       słońce, słońce

 

Tęczo, tęczo

nasze święto

świeć się nam często

tęczo, tęczo

 

                                                                                           

 

                                                       

 

 


Szczere pola

 

Szczere pola

niekłamane

Ziemia woła

Śpiewa kamień

 

Milczą drzewa

z całej siły

Śpi ulewa

Kwiat się dziwi

 

Spod gorąca

pachnie sianem

Patrzy słońce

: dzień bez granic

 

W horyzoncie

utopione

przejmujące

piękne konie

 

Niedaleko

płynie potok

Zaszczebiotał

chór stokrotek

 

Kwilą szczawie

ponad świtem

Kwaśne w trawach

rośnie życie

 

Szczere pola

niekłamane

Ziemia woła

Śpiewa kamień

 


Co mówi muzyka

 

Co mówi muzyka

kiedy w ulach gra

Słodycz na języku

Życia miły smak

 

Na co kos się skarży

kiedy mija dzień

Pachnie coraz bardziej

lip brzęczący cień

 

Dlaczego psy wyją

w księżycową noc

Jak się łuszczy w strąkach

wysuszony groch

 

Ile trzeba ciszy

zebrać w jedno nic

żeby je usłyszeć

żeby stał się krzyk

 

O czym kwilą świerszcze

w sennych trawach dni

Co je czeka jeszcze

za następną z chwil

 

Do czego w dzięciołach

serce stuka tak

Kogo wieczór woła

już od tylu lat

 

Co mówi muzyka

srebrnym głosem wilg

O czym śpiewa gryka

I kto śpiew jej pił

 


Rozkołysał się wiatr

 

Rozkołysał się wiatr na pogodę

Rozkołysał wiatr

Opowiada po całym ogrodzie

Jak mi ciebie brak

 

Roztańczyły się chmury na wietrze

Roztańczyły się

Coraz bardziej na niebie słonecznie

Coraz dłuższy dzień

 

Rozsypało się stado gołębi

Rozsypało się

I na niebie zrobiło się głębiej

Aż trysnęła biel

 

Rozśpiewały się trawy i zioła

Rozśpiewały w krąg

Coraz bardziej do siebie cię wołam

W odurzeniu łąk

 

Rozpłynęły się ptaki powietrznie

Rozpłynęły w szkło

Jakie wszystko dokoła tu piękne

Nie wiadomo skąd

 

Nie rozminie nas tęcza ze sobą

Wiatr nie wróci wstecz

Jesteś różą, nad tobą ja – obłok

Co się zmieni w deszcz

 


Liście

 

Ej liście, liście, jesienne liście

Co na pogodę napadaliście

Co na pogodę co na marzenie

Padacie we mnie a od niechcenia

 

Ej liście, liście, zbutwiałe liście

Co pod stopami szeleściliście

Co pod stopami, co przed oczami

Że się oglądam ciągle za wami

 

Ej liście, liście, ostatnie liście

Wy mnie zachwytem napawałyście

Wy mnie zachwytem, wy mnie wzruszeniem

Że tak padacie na całą ziemię

 

Ej liście, liście, umarłe liście

Do cna mnie smutkiem napełniłyście

Do cna mnie smutkiem, choć na wesele

(A liść po liściu dalej się ściele)

 


W starym borze

 

W starym borze, głęboko

w najczarniejszej gęstwinie

Gdzie nie przedrze się oko

Gdzie powoli czas płynie

domek stał gajowego

pana Kowalskiego

 

Nawiedzały go sarny

Zapędzały się dziki

Wkoło bór szumiał czarno

Najpiękniejsze muzyki

A za ścianą, za szybą

mieszka jeszcze ktoś chyba:

Stoją drzewa

Biegną sarny

Płonie czerwień malin

Słońce śpiewa

w borze czarnym

A co było dalej?

Nieraz porą wieczorną

w oknie cienie dwa tańczą

Sarny stoją pokornie

w okna jasne patrzą

A gajowy gajowej

czesze włosy płowe

 

A gdy wstaje poranek

Kiedy dzień się zapala

Ona idzie na ganek

I on idzie, a dalej

sarny pasą się wokół

Mija rok po roku

Płyną lata

pracowicie

jak bór naokoło

Domek w kwiatach

Piękne życie

i echo, co woła:   Hop, hop!

Hej, hej!

eheeeej!

Hop, hop, hej, hej, eheeeeeeeej!

 


Jeziora, jeziora…

 

Wyjedźmy nad jeziora

W błękit skropiony mgłą

Ich brzegi nostalgiczne

Aż tutaj mi się śnią

 

One są jak tęsknota

Jak wylew mokrych traw

W kaczeńcach cisza złota

I nie ma żadnych spraw

 

Refren:

Jeziora, jeziora!

Kaczeńce i wiatr!

                                                                        I zachwyt że taki

                                                                        Że taki cudowny jest świat

 

Wyjedźmy nad jeziora

Tam się zatrzymał czas

Tam o nas dookoła

Od wieków marzy las

 

One tam w błyskawicach

zielony piją świt

I tak czekają na nas

Jak dotąd jeszcze nikt

 

Refren:

Jeziora, jeziora!

Kaczeńce i wiatr!

I pamięć nad lasem

Wisząca jak mgła

 

 


 

 


Poziomki jak niedźwiedzie

 

Łażą po lesie poziomki

wielkie jak niedźwiedzie

Łażą, i dojrzewają

 

Echo przed nimi ucieka

od drzewa do drzewa

Poziomki kichają

Mija lipiec

 

Kucam, zanurzam się w smaku

Wiatr wisi na słonecznych hakach

Powietrze niebylejakie

Wszędzie brak wszelkich braków

 

To i ja też zaczynam łazić

dojrzewać, i kichać

Że aż niejedna brzoza

biało do mnie wzdycha

 

A ja nic: tylko łażę, i łażę

: uwielbiam poziomki

Cienie na liściach dojrzewają

w leszczynach mój zawrót głowy

 


Tam, gdzie kiedyś

 

Tam, gdzie kiedyś szumiał bór

czworonożny stroi stół

A przy stole tym, bogatym

przy śniadaniu siedzę z bratem

 

Brat smaruje miodem chleb

I ja wcinam, bom nie kiep

Było gdyby to przed laty

pewnie by tu rosły kwiaty

 

„No to co”? – pomyślał brat

I oblizał jedną z warg

Ja w te pędy oblizałem

drugą w miodzie wargę całą

 

Szkoda, że się skończył bór

Bo nam szumiałby tu wtór

Tu, gdzie teraz jem śniadanie

było kiedyś dużo dawniej

 


Chwieje się noc

 

Chwieje się noc

W milczeniu drzew

Zakwilił ptak

pofrunął w sen

Sypie się barw

kolorowy zachwyt

 

Chwieje się noc

W płomieniu świec

Ćmy wypił mrok

wyszczerbił deszcz

Gwiazd niemy śpiew

kwiaty rozpowiedział

 

 

Chwieje się noc

zapada w sen

Nadejdzie świt

Zbudzi się dzień

Śpiewa już kwiat

rosy chłód i czystość

 


Błękitny śpiew

 

Śpiewu błękitnego

nabrać od motyli

W błyskawicach nieba

do oczu nachylić

Posłuchać, jak milczy

światło o poranku

Zatrzasnąć się w zachwyt

W pamięci go zamknąć

Porozmawiać z łąką

stopami bosymi

W uśmiech wejść, jak w kąkol

Radość stamtąd wynieść

Srebro księżycowe

porozdawać gwiazdom

Niechaj w czarnym niebie

gniazda oczy znajdą

Zająć się od róży

purpurowym krzykiem

Palić się wysoko

najszczęśliwszym życiem

 


Moment jesienny

 

Biegnie ogród przez ciszę

Ku milczeniu się chyli

Biegnie, i srebrno-słyszy

upływające chwile

 

Biegnie ogród przez siebie

Coraz głębiej dojrzewa

Błękit kiełkuje w niebie

I sok w gałęziach śpiewa

 

Minęło lato, mija długa jesień

Idą bałwany śnieżne i zawieje

Zza horyzontów sinych zima zimno niesie

Ostatni kogut na pogodę pieje

 

Biegnie ogród milczeniem

Ściga wiatr w drzew koronach

Przegania go o westchnienie

A w kącie róża kona

 

Bieganie ogród jesiennie

I po owocach się toczy

Słońce bardzo przyziemne

zamyka kwiatom oczy

 


Tańczący wiatr

 

Z daleka, w najdalszą dal

Od wieków, co noc, co dzień

wieje wiatr,

jakby tańczył się walc

Nieustannie dmie

I od pogody, do pogody

lunatycznie, jak nikt

wiecznie młody

pędzi wśród wertepów, wśród bezdroży

coraz prędzej

codziennie

niezmiennie

w cały świat

 

Wieje wiatr

Piękny wiatr

Wieczny wiatr

Świata wiatr

 

W topolach stuletni szum

Zielono na cały świat

Każdy liść roztańczony na pniu

Walca tańczy wiatr

I od topoli do topoli

kolorowy od barw

nuci pieśni

lekko

wszędzie wielo-jednoczesny

musujący

codzienny

wiosenny

srebrny wiatr

 

Wieje wiatr

Piękny wiatr

Wieczny wiatr

Świata wiatr

 


Ciche, białe kołysanie.

 

Śpiewają śnieżyce, śpiewają

Drzewom wiatr się kłania

Bielą i kryształami

stoły pozastawiaj

 

Mrugają (już) gwiazdy, mrugają

Niebo się wysłania

Złotem, wysokościami

świątecznie się kłania

 

Jaśnieją ciemności, jaśnieją

Światło świat dogania

Jasność, nad jasnościami

do samego rana!

 

Harcują wiatry, harcują

Ścichnąć mają zamiar

Ludziom chcą podziękować

Ciszy dodać w zamian

 

Refren:

W samym środku nocy

otwierają oczy

błękity uśpione

powietrze zdumione

lasy co pozieleniały

każda gałąź, każdy kamień

 

Wszystko się budzi

by radość śpiewać ludziom


Oczy lasu

 

Oczy lasu mają sosny

i dęby ogromne

Obserwują nas wyniośle

pną się karkołomnie

 

Uszy lasu słyszą wszystko

chociaż są zielone

I jeziora oczy szkliste

patrzą w każdą stronę

 

Uszy lasu mają deszcze

mają świergot ptaków

I nie wspomnieć trudno jeszcze

wszystkich leśnych kwiatów

 

Oczy wody mają ryby

mają wodorosty

Znad jeziora szklistej szyby

patrzy brzeg wyniosły

 

Uszy lasu brzęczą latem

i wiatr je kołysze

W ciszy jakby zasiał makiem

ciszę tylko słychać

 

Oczy jezior powłóczyste

patrzą i nie widzą

Prze powietrze uroczyste

cisza tylko idzie

 


.....

 

Jak dobrze być poziomką

Dojrzewać całe dnie

Rumienić się wspaniale

I kochać wiatru cień

 

Mieć liście i jagody

i pić południa skwar

Rozmawiać z chrabąszczami

I z lasem  chwiać się w takt

 

Jak dobrze być poziomką

ten tylko o tym wie

kto tego raz spróbował

I sam poziomką jest!

 


Sosna

 

Zrąbywano las. Sosna, chociaż stara, nie chciała umierać. Wywinąć się spod siekiery, wywinąć się spod siekiery! w każdej jej szpilce krążyło pragnienie. Ale nic nie umiała wymyślić, i tylko płakała żywicą pachnącymi łzami. I jej łzy toczyły się z jej wypieszczonego słońcem, pięknie spękanego pnia, i szpilki jej ze zmartwienia wypadały z korony, i żółkła tylko cała, i schła w oczach ptaków, które ją kochały.

A drwale byli tuż,tuż. Coraz bliżej słyszała trzask walących się na ziemię innych sosen, z wierzchołka patrzyła jak je obłupywano z kory, jak ucinano im gałęzie, jak cięto pień na żałosne kikuty, żałosne kikuty... Uciekaj sosno! pohukiwały znajome puszczyki, ale ona stała jak sparaliżowana. Och, żeby choć uciec od echa, które bezustannie z niej drwiło, uprzejmie jej donosząc każde uderzenie żelaza o pnie jej sióstr, żeby ogłuchnąć od litości wiatru, który jej szumiał o ostrzach żelaznych, o postrzępionych krawędziach stalowych, żeby powietrze się skrzepło na kamień! Ale nie mogła nie słyszeć, nie potrafiła zapomnieć. A topory podchodziły coraz to bliżej, i bliżej. Coraz wyraźniej słyszała ich żelazny chichot. Dąb, który się do niej zalecał od tysiąca lat, dąb, który obejmował ją wieczorem ciemno-zielonymi liśćmi, który coraz ciaśniej wplatał się gałęźmi w jej czułość sosnową, nawet dąb nie potrafił jej pomóc. Stała więc już tylko, stała głucha od nadziei, że może o niej, właśnie o niej zapomną, że może jej nie zauważą, albo ominą onieśmieleni jej bólem, oniemieli od piękna, jakie w sobie czuła. Modliła się do nich, a jednocześnie ich nienawidziła. Przyjdą tutaj po trupach jej sióstr i w jej wypielęgnowane słoje zanurzą ostrze siekiery. Stała jeszcze wyprostowana, otoczona szeptami wiatru i poskrzypywaniem gałęzi, wpięta w świergotanie ptaków, a echo siekier coraz ciaśniej oplątywało jej pień, i nie wiedziała umierając, że jest nieśmiertelna, że przetrwa o niej legenda wśród lasu, że jej cień, wydłużony o siostry – nie umrze, a kiedy i to kiedyś nastąpi, przez wieki jej soki będą jeszcze krążyły w słowie las.

Stara sosna nie chciała umierać.

 


Tam, gdzie kiedyś szumiał las

 

Tam, gdzie kiedyś szumiał las

teraz nie ma nic

:Czarny, wypalony świat

:Bezgraniczny pył

 

Ptaków nie ma więcej w krąg

i dzięcioła stuk

dawno z tych odfrunął stron

i nie wróci już

 

Na kikutach świszcze wiatr

melodyjkę złą

Umarł już ostatni kwiat

Rozpadł się już w proch

 

Nie ma tropów ścieżek tu

Ostygł każdy ślad

Czai się bezpański ból

I samotny strach

 

Kiedyś nieostrożny był

jakiś człowiek raz

Teraz rośnie tutaj nic

i po lesie żal

 


Pożar lubi spacerować…

 

Pożar lubi spacerować

pięknym brzegiem lasu

Po spacerze tym zostaje

czarna garstka płaczu

 

Po spacerze tym zostają

pustki po gęstwinach

– takich, które tutaj były

– A teraz ich nie ma

 

A na niebie krążą ptaki

co straciły gniazda

I pisklęta zaczadzone

I zwierzyna każda

 

Środkiem lasu płynie rzeka

pełna czarnej sadzy

Śnięte ryby się nie skarżą

Martwo milczy badyl

 


Hej, kolego!

 

Hej, człowieku – nie bądź głupi

Nie podpalaj lasu!

Pójdziesz kiedyś po raz drugi

zaznać tam wywczasów

 

I ty także  nie pal łąki

– Tam mieszkają świerszcze

Kwiatów fantastyczne dzwonki

Tysiąc zwierząt jeszcze

 

I wy, którzy przechodzicie

brzegiem puszczy starej

– nie rzucajcie jej butelek

– może się zapalić

 

I powiedzcie swemu ojcu

żeby był ostrożny

Papierosy, to też sposób

na ten pożar groźny!

 

Mówcie obcym i znajomym

– niech nie rozrabiają!

Czyste są niech nieboskłony

Lasy się ocalą

 

Najłatwiej las zapalić

i pójść sobie dalej

Bo las się nie wścieknie

nigdzie nie ucieknie

Więc do głowy pójdź po rozum

:Tę najprostszą prawdę zrozum!

 


Mniam, mniam, mniam!

O, mniam, mniam, mniam!

I, mniam, mniam, mniam!

W brzuchu jeszcze miejsce mam!

Na śniadanie ogień zjadł

domek gajowego

A na deser buki dwa

i coś sosnowego

Potem wtrącił w brzucho swe

pół hektara łąki

Potem zjadł zielony sen

Co się schował w kąkol

A następnie ogień ten

z wiatrem się zabawiał

– Po wierzchołkach lasu biegł

i ptaki przeganiał

Na polance spotkał znów

strasznie smaczny kąsek

– Stado ogłupiałych krów

Pobiegł dalej w pląsach

A na obiad ogień zjadł

Podpalaczy obu

:Obiad mu smakował tak

że już nie czuł głodu

Na kolację ogień ten

nie miał już niczego

Z głodu więc położył się

na jeziora brzegu

O, mniam, mniam, mniam!

I, mniam, mniam, mniam!

W brzuchu jeszcze

radość mam!


Kropla wody

 

Tam, gdzie nie ma

kropli wody

są najczęściej

same szkody

 

Niech zaiskrzy

jedna iskra

– Z dymem idzie

prawie wszystko!

 

Płoną lasy

dookoła

Tlą się chaszcze

W chaszczach zioła

 

Aż do nieba

w pewien piątek

z dymem leci

nasz majątek

 

Tam, gdzie nie ma

kropli wody

naokoło

same szkody

 


Błyskawica

 

Błyskawica

fiolet nocy

złotem bije

z całej mocy

W jego ciało

się przedziera

Potem grzmotem

po niej śpiewa

Błyskawica

jadem dzwoni

i uderza

z nieboskłonem

I wypija

drzewa świeżość

Nasycenie

swoje mierząc

Błyskawica

krzyczy z głodu

i uderza

w bukiet głogów

I wypija

go bez końca

żeby w popiół

szary strącić

Błyskawica

spada z chmury

i całuje

zbocze góry

Liże ogniem

i potęgą

że kamienie

nawet miękną

Błyskawica

błyskawicznie

wybłyskuje

błyskawicę

I ogarnia

złotem ziemię

i zapala

całą ciemność

      Przed świtem.

 

                                               Na godzinę przed świtem

ptakom śni się pogoda

Ziemia rosy spragniona

W chłodzie czarna woda

 

Na godzinę przed świtem

W niebie słońce kiełkuje

Między światłem a cieniem

Drzewa spacerują

 

Śpią kamiennym snem kamienie

Noc pod nocą się ukrywa

Tylko czyjeś gdzieś sumienie

krzyczy, lecz się krzyk urywa

 

Na godzinę przed świtem

noc się w siebie zapada

Rosa czarne gałęzie

chłodem opowiada

 

Na godzinę przed świtem

ludziom śnią się ptaki

Z ich przelotu wróżę

Świt niebylejaki

 


Świt

 

Ogromny był

zielony świt

W kolorach drzew

tężał i stygł

Na cały świat

rozkołysał się, na dzień

 

Ptaki do rąk

podawał mi

Powietrznych sfer

otworzył drzwi

Na cały świat

rozkołysał się, na dzień

 

Zachwytem śliw

upił się sad

Zerwany liść

zabliźnił wiatr

I cały świat

zakołysze się na dzień

 

Zrywa się bzów

do lotu krzak

Po niebie mknie

przegania wiatr

Już cały świat

rozkołysał się, na dzień

 

 

W milczeniu ziół

kiełkuje kos

rozdzwonił się

na cały głos

i cały świat

aż kołysze się, na dzień

 

Na wodzie drży

gasnący ślad

Łodygi traw

wypija czas

Już cały świat

rozkołysał się, już dzień

 

Oparł się świt

o tęczy brzeg

W bzach biała krew

przyśpiesza bieg

I cały świat

rozkołysał się, na dzień

 

Sypną się z chmur

anioły grusz

Skrzydeł ich cień

na kwiatach już

I cały świat

kołysze się, na dzień.

 


.....

 

Kamienie i drzewa!

Kamienie i drzewa!

Bądźcie wspaniałe i dzielne

Bądźcie codzienno-niedzielne

Kamienie i drzewa…

 

Pogody i deszcze!

Pogody i deszcze!

Bądźcie wieczorne i jeszcze

Jasno-wesoło-niedzielne

Pogody i deszcze…

 

Lasy – rośnijcie!

Ptaki – fruwajcie niewypowiedzianie lekko!

 

To, co istnieje

To, co jest obecne –

 być nie może przeoczone

Jest wam przychylne powietrze

Są wam przychylne żywioły

 

Nie dowierzajcie pozorom

Nie załamujcie gałęzi

Strony świata istnieją

Pory roku istnieją

 

Są nienadaremne

Nie do pominięcia

 

Lasy śpiewajcie

Ptaki słuchajcie niewypowiedzianie słodko

 

Wszystko istnieje

zawsze oraz wszędzie ponad wami , ponad wami...…

 

Wieczory i świerszcze!

Wieczory i świerszcze!

Bądźcie wełniane i skrzętne

Bądźcie skrzypiące i miękkie

Wieczory i świerszcze…

 

Błękitne powietrza!

Błękitne powietrza!

Bądźcie pogodne i piękne

Żyjcie łagodnie i z wdziękiem

Błękitne powietrza…

 


* *  *

 

Zapalają się zielenie

Płoną gwiazdy – twoje oczy

Jesteś wiosną i jesienią

Przeczuciami drzewa broczą

 

Jesteś każdym ziarnkiem piasku

Jesteś każdym poruszeniem

Dźwigam świt w kolejnym brzasku

Zapalają się zielenie

 

Tylko serce ci się tłucze

w mijających czasu mgnieniach

Chcesz radości się nauczyć

od radości i pragnienia

 

Jesteś sercem każdej rzeczy

Jesteś czymś, co napowietrzne

Serce tłucze się o wieczór

Jakże możesz szczęścia nie chcieć?

 

Zapalają się zielenie

Płoną gwiazdy – twoje oczy

Jesteś wiosną i jesienią

Przeczuciami drzewa broczą…

 


* * *

 

Zlitujcie się drzewa

- jakżeż was całe wyśpiewam?!

Darujcie mi ludzie

- nie wytrzymam już dłużej

 

Zachłystywać się błękitem!

Zauroczać się pogodą!

Bujnie naokoło kipi

słodka w upływaniu młodość!

 

Szczęście nasze nas dogania

wśród serdecznych zdarzeń życia

Świat naprawdę jest bez granic

Kto się światem chce zachwycić

 

Zlitujcie się drzewa

- jakżeż was całe wyśpiewam?!

Darujcie mi ludzie

- nie wytrzymam już dłużej

 

Pożar nieustanny serca

Musujący śmiechu napar

Chcę pozostać sobie wierny

Świat jest mój i ja dla świata

 

Zlitujcie się drzewa

- jakżeż was całe wyśpiewam?!

Darujcie mi ludzie

- nie wytrzymam już dłużej

 


Ponad pogodami

 

Konwalie biało tutaj świecą

zanim rozdzwonią się o wieczór

i smakowita z mroku pieczeń

usmaży się w powietrznym piecu

 

Gady i płazy zamyślenia

Zielone węże nasłuchiwań

I chropowate od patrzenia

brzozowej kory białe dziwa

 

Malina o czerwonych oczach

śni ponad pogodami Wszechświat

By tyle ciszy naraz spotkać

trzeba milczenie w sobie dotknąć

 

Brzęczenie smarowane miodem

Kilometrowe słupy chłodu

Deszcz, to aż do nieba schody

To wszystko, które we mnie głodem

 


Szczere pola

 

Szczere pola

niekłamane

Ziemia woła

Śpiewa kamień

 

Milczą drzewa

z całej siły

Śpi ulewa

Chmury tkliwi

 

Przejmująco

pachnie sianem

Frunie słońce

dniem bez granic

 

W horyzoncie

utopione

przejmująco

piękne konie

 

Niedaleko

płynie potok

Zaszczebiotał

chór stokrotek

 

Kwilą szczawie

wyśmienite

Kwaśne w trawach

kwitnie życie

 

Szczere pola

niekłamane

Ziemia woła

Śpiewa kamień

 


Żar

 

Żarliwy żar

Drzewa trzeszczą w szwach

Dzień z wywieszonym jęzorem

Blask mlaszcze południe

Wiatr zwija się w kamień

Powietrze śpi, cisza milczy

Czasu dokładnie nie ma

Nie można nie zaśpiewać:

 

Łąki! Łąki! Łąki!

- gdzieś zieleniejące

w ziołach utopione

między snem, a słońcem

jak słoneczne wyspy

lżejsze od powietrza

między pogodami

otwarte na przestrzał

w zeszłoroczną pamięć

 


*      *    *

 

Gałęziom gęstym od ptaków, śnią się ręce.

Ach, jak ich nieobecność milczy!

Ptaki chwytają w nie senne smakołyki, żonglują nimi,

podają do dziobów.

Świt  pręży się, przytula je do siebie.

Ptaki z swych snów wydziobują swoje ptasie szczęście

i fruną ,fruną ,fruną – w nieskończoność.

 

 

 

                        

                    

 

 

...

* * *

 

 

Łażą po lesie jagody
wielkie jak niedźwiedzie
Łażą i dojrzewają

 

Echo przed nim ucieka
Jagody kichają
Mija lipiec

 

Wiatr wisi na słonecznych hakach
Powietrze nie byle jakie
I tak dalej

 

           *    *    *

 

 

 

 

 

Sosna nie żyje Oto łeb mój suchy

dzięcioł skrzydłami klaszcze o przedwieczór

i korę-dom opuszcza ze mnie kornik złoty

to jakbym ślepnął - gałąź po gałęzi

 

Jeszcze tętno zielone zakrąży

dzięcioł ze mnie i łeb mój opuka

i drewno moje - ech! i gdzie on niesie

tę pamięć po mnie - o lesie - i kornik

 

 

 

 

        * * *

 

Bracia moi bukowi

- moje korzenie we mnie

- pnie moje leniwe

od palców do głowy

 

Bracia moi kudłaci

- charty śmigłe i czułe

w nerwach moich szczekanie

w mięśniach moich lot ptasi

 

Paszcze we mnie otwarte

w cztery strony głodne

Śmiech do ostatniej kropli

wyciekł ze mnie - a boli

 

Bracia moi niemrawi

rzeki ziemio tapczany

my - każdym atomem jednacy

Bracia moi - w materii 

 

 

*          *           *

 

 

 Las porośnięty jest naszą nadzieją.

  Pomiędzy drzewami przemyka się lis-przypomnienie.

  I orzech rośnie na skraju bólu głowy.

   

  Z języka spada słowo "ryba",

  macza pysk w kierunku.

   

  Wracamy.

  I okazuje się — minęły wieki.

 

 

 

 

Poziomka.

 

Jak dobrze być poziomką,
dojrzewać całe dnie,
Rumienić się wspaniale
i kochać nawet wiatr.

Mieć liście i jagody
i pić południa skwar.
Rozmawiać z chrabąszczami,
być z lasem za pan brat.

Jak dobrze być poziomką,
ten tylko o tym wie,
Kto tego sam spróbował
i sam poziomką jest.

 

Data publikacji niniejszego pliku pdf:

                 15 luty 2008r.

 

powrót